Artykuły

Kaštel Kambelovac

Twory Portrety
Przez fuzję niebieskości morza i przestworzy przedzierał się samolot na podobieństwo noża skrzypiącego po posadzce o subtelnym wzorze. Jego zatrważające, chciwie zbierające uwagę ludzką cielsko forsowało gatunek myśli inaczej nieskorych do praktykowania nad brzegiem rajskich wód, na beztroskiej plaży.

Szary masyw górski czuwający jak wielkie, rozciągłe bóstwo nad chorwacką osadą spowiła polewa granitu. Nadciągało wielkie oślepienie tytana. Gniewna ciemność. Burkliwe jęki samolotu zostały obdarte z dumy huku przez to łomotanie, rozrywanie stężonymi ramionami burzowych olbrzymów, przed którymi, być może, broniło mieszkańców to bóstwo, to deifikowane, posągowe wzniesienie.

Nie wiadomo było, czy to idzie naprawdę, czy mit o zagładzie przesyła tylko niekonsekwentne przypomnienie o sobie. Rozłamywanie, darcie się, muzyka kamienna, śpiew głazów, gruchoty. Nisko nad ziemią, tuż przy pobrużdżonym faliście policzku morza przelatywały gołębie, przelatywały mewy. Błysk: niespokojna biel gołębia na rdzawo-pomarańczowym dachu. Błysk: ukryte ludzkie bytowania pod parasolem ciepło zielonych pinus pinea. Błysk: żywopłoty o nagle zginających się palcach po całym dniu bezgestowości. I ciągle, ciągle jeszcze to niedowierzanie, bo pomiędzy kożuchem grozy przeciskały się jasne, jak uśmiech poczciwca, przesmyki światła z daleka.

A jednak będzie. Nadchodził przesyt gorąca, załamujący prawidła o ciepłych krajach, o cieplejszych w każdym razie niż Polska krajach, gdzie niepodzielnie panuje monopolistyczne słońce. Pielgrzymka pod dachy, wymuszona spokojność kroków, niby niespieszność podszyta najdzikszym z pędów i szybkie, kontrolne podrywanie głowy w górę. Jaki przepełniony misją jest wtedy ruch ręki sięgającej do klamki drzwi, jak natężone symbolami przejście przez próg, podmienienie przestrzeni dzikiej na ujarzmioną. Bezpieczeństwo rozlewa się, rozgrzewa skórę, wszczypuje się w oblicze orzeźwione niedoszłą zasadzką burzy. Za oknem odbył się wybuch ulewnego deszczu. Gwałtowność, z jaką woda opuszcza chorwackie nieba, kontrastuje ze zwykle stoickim usposobieniem tamtejszych morskich brzegów. Po takim deszczu na świat wpełza spokój. Dopust na wszelkie wrzaski, na waśń w całej jej rozciągłości pozostawił po sobie westchnienie ulgi. Cienka mglistość nakładała się balsamicznie na trudne do ukojenia poparzenia tej ziemi. Cicho, cicho, znudzone już żywioły podają sobie ręce. Niebo i woda, jak spici ciepłym winem uczestnicy tego samego stołu, po wymierzeniu paru ciosów w opuchnięte od żaru mordy, ostatecznie padają sobie w objęcia. Wieczór zapadł nad zespolonym pejzażem.

Przychodzi też dzień zachwytu nad owocami tamtej skomplikowanej w charakterze ziemi. Na osnutych srebrzystym jedwabiem liściach tulą się do siebie zielone korale pęczniejących oliwek. Mijałam miniaturowe alejki tych drzew – szlachetne było w nich wszystko. Gaje oliwne to teren nieprzerwanej narady siwomeszkowych dziadów, starszyzny, która widziała i wie wszystko. Kontrastowało to silnie z bliskim sąsiedztwem pospolitych, obdartych z niezwykłości przez tubylców, drzew figowych. Rośliny te nie miały klasycystycznego oblicza, galanterii ruchu, budzącej respekt figury. Przeciwnie, ich liście wyciągały się w jowialnym pozdrowieniu, a zastygłe w cudacznym układzie gałęzie zdawały się skandalem wśród prostych domów, prostych murów, prostych betonów zalewających plaże. Rubaszne sylwetki figowców trzymały jednak w hojnych garściach ametystowe dary – giętkie, mięsiste, obfite w smaku dojrzałe figi, których zapach, jak puch, wlatywał w nozdrza, łaskocząc człowieka fantasmagoryczną słodyczą. W dalmacyjskich przestrzeniach urzekał również spektakl teatru Punica Granatum, którego owocowi aktorzy z każdą godziną odnajdywali w sobie coraz odważniejsze warstwy rubinowości. Z podwórków zerkała roślinna dzieciarnia – kompletnie zielone cytrusy, a wśród ogrodzeń lub rozpłaszczone na ścianach domostw wylegiwały się swobodne, rozzuchwalone bugenwille. Nad spokojem spacerów czuwały przykościelne mocarne, niezdobyte niczym lodowe wieże, palmy o gęstych włosach szeleszczących papierowo na wietrze. Tamtejsze rośliny wśród rozpalonych kamieni, skał i betonów były jak oda do ożywczego chłodu, do chcianej a kruchej zieleni, którą tak łatwo połyka żerująca latem paszcza spalonych brązów.

Trudno było się żegnać. Jak to? Mam mówić ostatnie „dzień dobry” i ostatnie „dobranoc” poranno-wieczornym zmarszczkom morza? Nie ugłaszczę więcej grymasów lepionych palcami popołudniowych fal? Melancholijnie nastawiam twarz ku zachodzącemu słońcu, a potem pomiędzy składanymi do odjazdu przedmiotami przemycam też pamięć o szesnastowiecznych uliczkach, w których krzyżują się życia ludzi stałych i ludzi ulotnych. Biją dzwony, z warg powoli ulatnia się słoność wody. Odjeżdżam.



Autorką grafiki do tego tekstu jest rysujeczasem. Sprawdźcie jej twórczość na Instagramie!