Artykuły

Drzewa powyrywane z korzeniami, czyli reportaż z nauczania zdalnego

W reportażu, dogłębnie i niepospiesznie, badam zdalne nauczanie na naszej uczelni. W tej części wracam do pierwszych dni i pierwszych wspomnień oraz historii. Nasuwam kluczowe pytania i szukam na nie odpowiedzi. W kolejnej pojawi się temat sesji i obszar z nią związany, jeszcze więcej serii zdarzeń i wypowiedzi osób, przywiązujących wagę do jakości kształcenia. Całość zakończy badanie ośrodków pomocy psychologicznej, wywiad z Prorektorem ds. Kształcenia - prof. Wojciechem Łużnym oraz kilka dywagacji co do przyszłości.

Złe doświadczenia ze swoich studiów bardzo łatwo przywołać z pamięci. A przecież nie tylko na nich zbudowany jest obraz  dwóch semestrów nauczania zdalnego. Pytam więc studentów, co pozytywnego mogą powiedzieć o tej formie kształcenia, jacy dydaktycy zaskoczyli ich swoją innowacyjnością, kreatywnym podejściem czy zaangażowaniem w prowadzenie zajęć.

- Dobrze wspominam zajęcia, na których nauczyciel poszedł do laboratorium i swoim telefonem nagrał wszystkie etapy przeprowadzania labów, krok po kroku je tłumaczył, puszczając filmiki jednocześnie będąc z nami na zajęciach online. On to rozwiązał fantastycznie, dużo z tego zrozumieliśmy. W sumie wynieśliśmy z tych zajęć więcej niż jakbyśmy sami próbowali coś porobić - chwali Ania z WEAIiIB.

Nie są to jednostkowe głosy. Wielu członków uczelnianej kadry właśnie w taki nieschematyczny sposób rozwiązało problem laboratoriów. Jak wskazuje Kamil z WO - Mieliśmy zajęcia z formowania układów modelowych. Miałeś skrzynkę formierską, wiadro z piaskiem i przedmioty do formowania. Musiałeś model zasypać piaskiem, ubić to wszystko, zrobić układ wlewowy i taką gotową formę odnieść na stanowisko do zalewania ciekłym metalem. Fakt jest taki, że jeżeli nie weźmiesz tego ubijaka do ręki, nie pobawisz się tym, to nie zrozumiesz jaki jest zamysł tych zajęć praktycznych. To, że prowadzący pokaże Ci to przez kamerkę, nagra wideo, ty to zobaczysz, będziesz wiedział o co chodzi, ale sam tego nie zrobisz. Musisz sam to wykonać metodą prób i błędów. Taka jest idea tych zajęć.

Trudno się z Kamilem nie zgodzić, lecz jak na warunki, z jakimi musieli zmierzyć się dydaktycy, to rozwiązanie nagrań wideo napawa nadzieją. Innymi pomysłami musieli wykazać się ćwiczeniowcy. Wielu z tej okazji kupiło sprzęt za własne pieniądze. Jak wspomina Edyta z WGGIOŚ - Miałam jednego prowadzącego, który się naprawdę ogarnął i był to jeden ze starszych nauczycieli akademickich. Prowadził zajęcia czysto obliczeniowe i chciał nam pokazać wszystko jak najlepiej w excelu. Zainwestował w tablet graficzny i potrafił go świetnie używać tak, że nikt nie zauważył żadnej różnicy między zajęciami stacjonarnymi, bo można było sobie wszystko wygodnie pobrać na swój komputer.

Podobny przykład podaje Olga z WFiIS, tyle że dydaktyk, o którym wspomina, kupił innego rodzaju sprzęt, niezwiązany z elektroniką - Prowadzący tak bardzo się  starał o jak najlepszy przebieg zajęć zdalnych, że nawet pochwalił się studentom kupnem tablicy oraz mazaków i lepszą kamerą, żeby prowadzić wykład jakby odbywał się normalnie na sali. Zdarzali się też tacy, którzy chcieli być jak najdokładniejsi, jak najbliżej studentów. Ci, którzy nie mieli problemu z zajęciami odbywającymi się stacjonarnie, prowadzili też dobrze zajęcia online. Nie było takich odchyleń, że jak ktoś był super na żywo, to online sobie w ogólne nie radził, albo na odwrót.

Karolina z WIEiT opowiada mi o dydaktyku, który na potrzeby nauczania zdalnego postawił swój własny serwer - To był nauczyciel z WEAIiIB i w jego kompetencji leżał  przedmiot informatyczny - www, języki skryptowe, jeśli się nie mylę. On był takim trochę zapaleńcem systemowym i sam sobie stawia czasem serwerki. Każdy student dostawał taki swój w chmurze Google'a, bo prowadzący porozumiał się z dostawcami usługi, że udostępniają mu co roku darmowe serwery dla studentów, aby mogli pracować w fajnym środowisku. Najbardziej niesamowita jest nitka na memy. Sam nam je wrzucał, opowiadał żarty. Teraz się przeniósł, w tym semestrze letnim na TEAMSy, i tam też założył kanał na memy i ludzie je tam wciąż publikują. To jest właśnie piękno nauczania zdalnego, jak można się z prowadzącym powymieniać memami - warto dodać, że został zgłoszony do Lauru Dydaktyka i tam też uzyskał wyróżnienie.

W pewnym przypadku, zajęcia prócz nauki programowania, uczyły stawiać kroki w drodze zostania YouTuberem, o czym opowiada mi Krystan z WFiIS - To był przedmiot  programowanie niskopoziomowe, jeden z obieralnych. Zamiast wygłaszanych referatów, każdy musiał nagrać filmik na YouTube z kamerą i to były dwugodzinne seminaria w parach. Takie dwugodzinne filmiki nagrywaliśmy i później każdy był zobowiązany obejrzeć je wszystkie.

Nie tylko studenci mogli zostawać gwiazdami YouTube’a. Dydaktycy deptali im po piętach - Moja ćwiczeniowiec od mechaniki teoretycznej, Pani Joanna, kiedy rozpoczęła się pandemia, to nie dość, że prowadziła nam zajęcia na platformie Teams, to jeszcze nagrywała  filmiki na YouTube’a , w których tłumaczyła całą teorię i każde zadanie krok po kroku - mówi Magda z WGiG - W każdej chwili można było do tego wrócić. Przygotowała dodatkowe zadania do sprawdzania postępów. Naprawdę starała się, żebyśmy zrozumieli materiał który jest trudny. Szczerze doceniam Panią Asię za cały jej wkład.

W tym momencie, żadna forma, jaką posługiwali się prowadzący przez poprzednie semestry nauczania zdalnego, jak również jakimi posłużą się w przyszłości, już mnie nie zaskoczy. Weronika z WH wspomniała jak jeden z jej wykładów przyjął formę podcastu - Nauczyciel zamiast zwykłej formy, nagrał nam podcasty, co pozytywnie mnie zaskoczyło. Studenci mieli za zadanie wysłuchać ich do końca semestru. Forma zaliczenia miała postać odpowiedzi na pytania problemowe, które były stawiane pod koniec danych zajęć. Były to takie pytania, które nawiązywały do odpowiedniej problematyki i wymagały od studentów chwili zastanowienia. Ogólnie, myślę, że prowadzący podołali.

Wielu studentów okazało wdzięczność za zaangażowanie w proces nauczania zdalnego, zapewnienie o możliwości konsultacji w dowolnym czasie. O takiej zalecie wspomina Krzysiek z WGGiOŚ. Mimo że nie wymienił spektakularnych technik kadry akademickiej, to  najbardziej ucieszyła go pomoc od dydaktyków po zajęciach, oraz fakt, że nie zostawał z własnym projektem sam.

Z uśmiechem wspominam komentarz Izy z WIMiC, która trafnie wskazuje wykorzystanie zebranych w ciągu poprzednich dwóch semestrów materiałów przez prowadzących - Mam notatki z obieraka z poprzedniego semestru, co jest bardzo przydatne, bo normalnie bym ich nie dostała. Musiałabym chodzić na zajęcia i przepisywać cały wykład odręcznie. Tak, nie dość, że mam gotowe materiały, to jeszcze opracowane referaty od prowadzących do każdego tematu. To super, bo to bardzo przydatny obierak i mam pomocne informacje na kolejne semestry - podsumowuje Iza.

Nauczanie wymaga egzekwowania wiedzy, niezależnie od formy jaką przybierają dane zajęcia. Jak powszechnie wiadomo, na uczelniach wyższych w trakcie semestru przygotowanie studenta z określonego tematu sprawdzane jest na kolokwiach. Nauczanie zdalne postawiło nowe wyzwania procesowi oceny wiedzy. W jaki sposób w obecnych warunkach będzie się on odbywać? Czy studenci będą ściągać? Czy wymagać włączonych kamer? Jakiej platformy wtedy użyć? A może zmniejszyć czas na odpowiedź na pytanie?

Na podstawie zebranych wypowiedzi muszę stwierdzić, że pierwszy semestr nauczania zdalnego był, kolokwialnie mówiąc, królikiem doświadczalnym dla przyszłych dwóch. Dochodziło do wielu niecodziennych przypadków, zachowań i pomysłów wśród kadry dydaktycznej. Niemniej jednak, można powiedzieć, że jako uczelnia daliśmy radę i wypracowaliśmy solidne fundamenty oceniania studentów.

Idealnie podsumowuje ten proces Marzena z WEiP - Kolokwia wyglądały tak, że pisaliśmy na kartce, jeśli mieliśmy zadania obliczeniowe i odsyłaliśmy je w odpowiednim czasie. Wszyscy zostali podzieleni na grupy i mieli swoje zadania. Były też testy jednokrotnego wyboru, z wymieszaną kolejnością, żeby zminimalizować domniemane ściąganie oraz zmniejszony czas, w celu ograniczenia kontaktu między studentami. Te testy nie sprawiały trudności, ale też trudno wymienić takie, które powodowały, że można ściągać. Bycie przygotowanym na egzamin to podstawa.

Zabawna sytuacja zdarzyła się na kierunku budownictwa na WGiG. Miało to miejsce przy okazji pierwszego zdalnego kolosa z fizyki. Jak opisuje Magda - Prowadząca chciała na początku, żebyśmy jej wysyłali kolokwia w ciekawy sposób. Ona smsem wysłałaby zadania, a my mielibyśmy mieć dwie godziny na wykonanie ich wszystkich. Potem szybko biec na pocztę i pocztą jej wysłać, aby mogła je ocenić, ponieważ wyjechała sobie z Krakowa gdzieś na wieś i nie miała zasięgu. O to była dość duża afera, w końcu doszliśmy do kompromisu. Pani wysłała nam zadania, a my dokładne odpowiedzi odesłaliśmy mailem, zamiast całych rozwiązań, a pod koniec semestru wysyłaliśmy jej wszystkie kolokwia z tego okresu, ale już ich nie sprawdzała - Jak na obecne standardy, sytuacja wydaje się nieprawdopodobna. Jak dodaje Magda, frustracja w studentach narosła na tyle, że przekazali informacje o zaistniałej sytuacji władzom dziekańskim.

Na temat ściągania wypowiedziała się Iza w WIMiC - Jeśli już robią kolosy online to zakładają, że my po prostu będziemy ściągać nie wiadomo jak. Prowadząca z elektrochemiiciała stałego, bardzo prostego przedmiotu, dała nam osiem zadań obliczeniowych na 45 minut bez możliwości cofania zadań. Jak wylosowało Ci najtrudniejsze zadanie na początek to po prostu siedzisz i je liczysz, bo nie wiesz, czy dalej nie bedzie gorzej i tracisz połowę czasu. Pani dodała też tam niestworzone rzeczy, które nie sprawdzały Twoich umiejętności, Twojej wiedzy, tylko to czy znałeś podchwytliwe przykłady. Zrobiła to tak, że połowa roku nie zdała tego kolokwium. Trudność kolosów się podniosła porównując do wersji stacjonarnej.

 Na ściąganie prowadzący znaleźli sposób, a przynajmniej niektórzy. Pewni dydaktycy dołożyli zabezpieczeń do kolokwiów ustawionych na UPEL. Jednym z nich jest Safe Exam Browser. Jak można przeczytać na stronie Centrum e-Learningu: „SEB to bezpieczna przeglądarka egzaminów. Podczas rozwiązywania testów/egzaminów online, studenci mają zablokowaną nawigację i przełączanie się do innych aplikacji. Dzięki temu realizacja egzaminów/testów jest dodatkowo zabezpieczona”. Dołóżmy do tego kamery ustawione na kartki i na twarz studenta i otrzymamy niemal całkowite zablokowanie możliwości ściągania. Z SEB na swoich wydziałach spotkali się Tadeusz i Mateusz. Drugi z nich nie wspomina obcowania z tą przeglądarką najlepiej.

- Człowiek się zastanawia wtedy czy mu się kamerka nie wyłączyła na kolokwium, czy mikrofon prawidłowo  działa. Dodatkowo ten czas, który jest odliczany na ekranie totalnie rozprasza i powoduje dodatkowy stres - wspomina Mateusz z WMS. Z samą przeglądarką miał przyjemność spotkać się na dwóch przedmiotach, na obu zdalnych semestrach, fizyce i na teorii algorytmów. Przeglądarki SEB nie wspomina dobrze - Pamiętam z jednego przedmiotu, zaraz na początku nauczania zdalnego, prowadzący przeprowadzał kolokwium zaliczeniowe. Kazał zainstalować SEB kilka dni wcześniej. Kolejne odbyło się w formie testu. Tutaj zaczął się problem. Zainstalowałem oprogramowanie, jednakże kompletnie nie działało. Wyskakiwał błąd i koniec. Początkowo próbowałem prosić o pomoc prowadzącego, ten po jakimś czasie bezowocnych prób odesłał mnie do Centrum E-learningu. Krótko mówiąc, zamiast przygotowywać się do kolokwium musiałem spędzić dużo czasu na znalezienie odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego to nie działa?". To przysporzyło mi mnóstwa negatywnych emocji, w pewnym momencie byłem na tyle zdesperowany, że musiałem przeinstalować cały system. Za to bardzo pozytywnie oceniam pomoc, którą otrzymałem od CeL i koordynatora platformy UPEL mojego wydziału.

Powyższy tekst jest fragmentem reportażu "Drzewa powyrywane z korzeniami, czyli reportaż z nauczania zdalnego", autorstwa Dawida Ciocha. Pozostałe części pojawią się na stronie BiSu już wkrótce.

Wszystkie imiona studentów zostały zmienione.