Artykuły

Z wizytą u Królowej Beskidów

Portrety
Szczyt – słowo wypowiadane jednym tchem, wzbudzające pewien rodzaj podziwu, poczucie monumentalizmu. Kolumna, którą dla podtrzymania nieboskłonu wybudowała sama matka natura w swoim własnym, indywidualnym stylu. Niektóre z nich, posiadając światową sławę, stanowią cel dla wielu śmiałków, lecz celów takich może znaleźć się więcej. Inne zapomniane i przygniecione tysiącami lat z czasem dostają niezaszczytną broszkę lekkich wzniesień i pagórków, jeszcze kolejne o różnej wysokości, często będące ciekawą atrakcją turystyczną znajdują się nieopodal nas. Bez względu na to, czy jesteś doświadczonym łazikiem, czy niedzielnym turystą warto się nimi zainteresować.

Nie przesuwając daleko od Krakowa palcem po mapie, możemy zatrzymać naszą uwagę na jednym z nich – Babiej Górze (lub Diablaku), leżącej w Paśmie Babiogórskim należącym do Beskidu Żywieckiego w Beskidach Zachodnich. Beskidy nie są może najwyższymi, najpopularniejszymi czy najbardziej wymagającymi górami, jednak stanowią doskonałą okazję do urokliwej, leśnej wędrówki bądź odpoczynku na łonie natury. 

Sama nigdy nie byłam szczególną fanką tych gór. Zdarzyło mi się być tam kilka razy, jednak nigdy nie schodziłam ze szlaku z nieodpartą chęcią powrotu. Aż do niedawna. 

Okoliczności mojego życia sprawiły, że byłam w odwiedzinach w bliskiej okolicy tego wzniesienia. Wybierając się tam, gdy wspomnicie tylko “tubylcom” o “Babiej”, w pewnikiem rozmówca nie omieszka was powiadomić o popularnym w tamtych rejonach zwyczaju wspinania się na szczyt, by uchwycić moment wschodu słońca. Chłonąc wzrokiem uroki gór, od słowa do słowa, padła wśród moich współtowarzyszy propozycja, aby w końcu (bo prób było kilka) podjąć się zdobycia go – w dosyć (jak dla mnie) niestandardowy sposób – nocą. Brzmi zachęcająco – problem jest jeden, na szczyt trzeba się dostać na nogach. Oczywiście dla kogo problem – dla tego problem, jednak dla miłośników wyższego poziomu adrenaliny we krwi, może być to świetna okazja do zabawy, a i amatorów przyrody, lasu i pięknych widoków droga ta nie zawiedzie. 

Oczywiście, przed taką podróżą należy zaopatrzyć się w niezbędne informacje, jak ta, o której to godzinie Słońce ma zamiar wschodzić, tak aby zdążyć przed jego przybyciem i podziwiać całe przedstawienie. Wyruszyliśmy, więc o 3. Dalecy jeszcze od dobudzenia, dostaliśmy się na wejście na szlak z Przełęczy Krowiarki. Tu przejęło mój umysł zaskoczenie. Wyobrażając sobie podejście, widziałam nas samych, w ciemnym lesie, zdanych na siebie – istny survival. Jednak, popularność wschodów na Babiej wyprzedziła znacznie moje imaginacje. Ludzi żądnych wrażeń zmysłowych i fizycznych były tłumy. Nieco ostudziło to mój zapał – jednak niepotrzebnie. Gdy wejdzie się już w rytm nocnego marszu lub zatopi w rozmowie ze współtowarzyszami, zapadnie się w chwili, mijamy się z ludźmi, podobnie jak z czasem – niezauważenie. 

Czy droga ta jest wymagająca – spytacie. Nie odpowiem wam na to, gdyż trudności odczuwane są w sposób indywidualny. Jedno jest pewne – jest to wędrówka, więc czy tramp, czy laik – na pewno będzie miał okazję wynieść z niej coś dla siebie, pobyć sam ze sobą w chwili, zatapiając się w proces pokonywania drogi. Jak wiadomo, nie liczy się cel, tylko droga – to ona uszlachetnia. Jednak tutaj i do celu warto dotrzeć.  

Zaczynając marsz ruszamy leśnym szlakiem, gdzie nie widać nic innego oprócz ciemnych czubków drzew, zanurzonych w gęstej zupie drogi mlecznej. Gdy wejdzie się już nieco wyżej, a świat nadal otula noc, można zauważyć niezwykłe połączenie nieświadomej, uwspólnionej twórczości człowieka i przyrody. Wspinający się pod górę łańcuch turystów dzierży ze sobą latarki. W momencie, gdy wyjdzie się zza zasłony drzew i spojrzy na nich z góry, widać niby świetlistą drogę, bijącą się o jasność z gwiazdami. Można nawet poczuć rodzaj duchowego uniesienia przy okazji uczestniczenia w tym niezwykłym zjawisku. 

Kierując na powrót twarz w stronę szczytu, wkraczamy na teren nakrapiany nagimi skałami. Między wzniesieniami budzą się pierwsze prześwity poranka. Obnażeni zmęczeniem, zupełnie jak te skały, stajemy twarzą w twarz z naturą i najbardziej cichym, a zarazem potężnym z żywiołów – ziemią, który w swojej ciągłej, lecz powolnej zmianie pnie horyzontu w górę. Wzrastając razem z nim, po kilku godzinach wędrówki, z każdym krokiem jesteśmy już coraz bliżej ukoronowania naszego starania, pokłonu z góry w stronę otaczającego nas istnienia. Z osiągnięciem celu nadchodzi brzask. 

Nastaje bezkresny ocean mgły, z którego niczym lądy na początku świata, w kilka dłuższych chwil, wyłaniają się jeszcze zielone górskie szczyty, a w dolinach zaczynają wykiełkowywać drobne budynki okolicznych wsi. Pojedyncze szlaki wzorem strumieni, wybijają w pobliżu, zachęcając do dalszej przygody. Cud stworzenia odbywa się właśnie na naszych oczach.  Widok warty wszelkiego trudu. Z obserwując zapartym tchem, stajemy się częścią tego preludium.  

Natchnieni magią narodzin tego dnia, po chwilach zachwytu, skierowaliśmy się ku dołowi, aby na powrót wtopić się w codzienność. Wróciliśmy jednak, z czymś zupełnie nowym – odmienioną częścią nas samych, która zakorzenieniem w naturze przybliża nas do wiecznego trwania. Non omnis moriar wypełnia się w momencie stapiania się z żywą istotą przyrody.  

Nasz wizyta zakończyła się tam, gdzie się rozpoczęła. Tym razem, schodząc ze szlaku, zaczęłam planować kolejne spotkania. Bliskie podróże nie muszą być więc nudne i bezwartościowe – jak widać nawet nie zmierzając daleko, można ulec urokowi prawdziwej Królowej.