Artykuły

Spektakl przez duże S

Optyka

Na początku obecnego roku akademickiego postanowiłam chodzić co najmniej raz w miesiącu do teatru. Na siłownię chodzę już stosunkowo regularnie, więc kolejnym celem na mojej liście było ukulturalnianie siebie, wiadoma sprawa. Nie powiem, zaplanowanie sobie wolnego wieczoru ze sztuką nie zawsze wychodzi. Kiedy jednak wreszcie zdarzy mi się odwiedzić teatr, nigdy nie żałuję. Powiem więcej, jeszcze nie tak dawna wycieczka do Wrocławia i wybór mniej oczywistego, prywatnego teatru przerosła moje oczekiwania.



,,Rollercoaster” (reż. Maciej Masztalski) w wykonaniu aktorów teatru Ad Spectatores odbiega od tradycyjnej formy przedstawień, które do tej pory widziałam. Zanim wybrałam się na tę sztukę, wiedziałam, że na pewno będzie w niej coś innego - przy opisie sztuki widnieje komentarz ,,spektakl w ruchu widowni”. Nie wiedziałam czego dokładnie się spodziewać, ale byłam bardzo ciekawa, pełna entuzjazmu i gotowa doświadczyć czegoś nowego. W końcu sztuka powinna poruszać.

Scena spektaklu znajdowała się w starym Browarze Mieszczańskim, na południu Wrocławia. Okolica zdawała się opuszczona, był wieczór, w zasięgu wzroku nie widziałam innych ludzi. Na jednym z budynków widniał niewielki szyld Ad Spectatores. Chwilę się wahałam, a gdy w końcu zdecydowałam się przekroczyć próg i wejść do ceglanego budynku, poczułam się jakbym wchodziła do czyjegoś mieszkania.
Wyjątkowo przyszłam przed czasem, pani sprawdziła mi bilet i poleciła nie zostawiać kurtki, tylko trzymać przy sobie swoje rzeczy. W stosunkowo małym pomieszczeniu rozłożone były krzesełka, na ścianie znajdował się rzutnik. Gdy ,,salę” wypełniło około trzydziestu osób, rozpoczął się występ.

Światła zostają zgaszone. Oglądam film dotyczący zachowywania się w trakcie spektaklu - bezdyskusyjnie wszyscy widzowie mają podążać za aktorami w trakcie sztuki. Do pomieszczenia, w którym się znajduję, wchodzi klaun hałasując. Śpiewa, krzyczy, podskakuje, przechodzi między krzesłami. Pojawia się jego dziewczyna, rozmawiają. Zostajemy wraz z nią zaproszeni do restauracji na rocznicową kolację. Przechodzę więc do kolejnego pomieszczenia… Co dokładnie się działo po kolei, gdzie i dlaczego nawet nie jest możliwe do opisania. Nie wypada spoilerować tym, którzy jeszcze nie widzieli spektaklu. Jak sygnalizuje tytuł sztuki, fabuła jest nadzwyczaj chaotyczna, dynamiczna, a także nieprzewidywalna. Skupię się więc bardziej na ,,smaczkach”, które czuję, że należy wymienić i docenić, bo takich interakcji z teatrem jeszcze nie doświadczyłam. Nie miałam nawet pojęcia, że tak można.

Przede wszystkim samo inicjowanie przechodzenia od sali do sali zostało zrealizowane w naprawdę subtelny sposób i przechodziło sprawnie. Bez zbędnych przerw, ciszy, zakłóceń, przemieszczałam się z pomieszczenia do pomieszczenia, czując jakbym nie była samym widzem w teatrze tylko czynnym obserwatorem bieżących wydarzeń. Wraz z głównymi postaciami znajdowałam się w restauracji z tańczącymi kelnerami, czy też obserwowałam zza okna próbę samobójczą pewnej kobiety. Duże wrażenie na mnie zrobiło rozwiązanie z bezprzewodowymi słuchawkami dla wszystkich, kiedy to uczestniczyliśmy w silent disco, przyglądając się tańczącej parze.

Gra aktorska bardzo mnie urzekła, postacie były żywe i wiarygodnie przerysowane. Przez godzinę trwania ,,Rollercoastera” zdążyłam się przyjrzeć każdemu z czterech bohaterów. Jeśli chodzi o rekwizyty i scenografię, stanowiły jedynie tło i narzędzia bohaterów, nie przyćmiewając toczącej się żwawo akcji. Niecodziennym zastosowanym przedmiotem był samochód, który poruszał się pomiędzy widownią. Spektakl opierał się bardziej na grze słów, żartach i odniesieniach do życia społecznego. Czułam jakbym uczestniczyła w niekończącej się wymianie zdań, poglądów. Sztuka łączyła w sobie moje dwa ulubione gatunki literackie - kryminał i komedię, balansując między dowcipem, a dramatycznymi spiskami.

Sztuka pełna jest odniesień do wszelkich kontekstów ze świata kultury, jak i nawiązań do obecnej polityki, sytuacji społecznej, różnych utartych konwenansów, problemów współczesnego świata. Spektakl nie tylko oddziałuje na zmysły, poza słuchem operując również wizualnie dymem, kolorowym światłem, a bliskość innych widzów sprawia, że czułam się jednością z innymi ,,wybranymi” świadkami pewnej kryminalnej intrygi. Skłania również do refleksji i pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. Fabuła ,,Rollercoastera” trwała od poranka do świtu kolejnego dnia. Zaczyna się seansem w małej salce i tam również się kończy, zresztą bardzo wymownym fragmentem wiersza Tuwima ,,Do krytyków”. Czy wiem co dokładnie się wydarzyło w ciągu tej doby? Mam pewną teorię na ten temat.