Artykuły

Przejdźmy na TY – ale tylko odrobinkę…

Ostatnio uwagę czytelników Newsweeka oraz W Sieci przykuła akcja reklamowa jednego z bardziej znanych browarów. Fani browaru również nie pozostali obojętni, chwaląc go za pomysłowość. Jednak, czy jest to kolejna zwykła reklama? Czy jesteśmy w stanie dojrzeć w niej coś “ponad”?

Przejdźmy na TY – ale tylko odrobinkę…

Często ciężko mi w to uwierzyć, ale ilekroć wychodzę z lasu (tak, większość z moich znajomych argumentuje moje nieobeznanie w niektórych sprawach kwestią zasiedzenia w wyobrażonym lesie, z dala od świata), tylekroć uświadamiam sobie, że stare chińskie przysłowie wypełnia się na naszych oczach – “Obyś żył w ciekawych czasach”. I faktycznie w takich przyszło nam obecnie żyć. Ale od początku. Zakładam, że nie znajdzie się tutaj ani jedna osoba, która w ten czy inny sposób nie kojarzy marki Tyskie. Marka ta rozpoznawalność zawdzięcza wielu zabiegom marketingowym, włączając te na różnych festiwalach muzycznych (kiedy te jeszcze się odbywały), reklamom w witrynach sklepów spożywczych, billboardach w wielu polskich miastach, telewizji czy końcowo gazetach i czasopismach. O ile te zawarte w przestrzeni miejskiej zdają się momentami razić w oczy przechodniów, te w gazetach są zazwyczaj nieco bardziej subtelne. Skierowane do pewnej publiki, więc grona potencjalnych odbiorców mają za zadanie przyciągać do siebie jak najwięcej osób zgodnie z założonymi strategiami marketingowymi firmy. Następnie przełożyć ma się to na dochód firmy, a dalej na jej coraz silniejsze wybijanie się na światowym rynku. Rzecz jasna, po trupach do celu. W przypadku najświeższej reklamy, przysłowiowymi trupami możemy stać się my wszyscy, z pominięciem pewnych wąskich elit.

Chodzi o nic innego, jak akcję firmy, która to postanowiła swój produkt zamieścić w dwóch na pozór skłóconych czasopismach – Newsweeku oraz W Sieci. Jak można wyczytać z krótkiego tekstu, zamieszczonego nad postem na ich facebookowym fanpage’u, akcja ma na celu „poznanie racji obu stron” oraz „wyjście z baniek”. Chapeau bas? Wydaję mi się, że nie do końca… Dajmy sobie chwilę na pogłębioną refleksję.

Ciekawych czasów nie-początek

Otóż czas ten ciekawy, do którego postanowiłem się odnieść, wcale nie miał swego początku w pierwszych tygodniach marca zeszłego roku, kiedy to w kraju nad Wisłą pojawił się szczep koronawirusa. Źródła tego czasu są zdecydowanie bardziej rozmyte, zawoalowane. Jednak pomimo tego, część  osób, z którymi zdarza mi się rozmawiać na podobne tematy, za wszelkie niedogodności obwinia mityczny początek „nowej normalności”. Szkopuł tkwi w politycznym wykorzystaniu tego niemal mitycznego początku. Dlatego nie – początek czasów ciekawych ma kilka punktów na kartach współczesnej historii, ta z kolei bezpośrednio przekłada się na zbliżający się wielkimi krokami kryzys gospodarczy oraz klimatyczny. Przypuśćmy więc, że za roboczy czas nie-początku na potrzeby tej pisaniny uznam przełom lat 80-tych i 90-tych. Wtedy też z hukiem miał paść ancien regime, stalowy kolos na glinianych nogach. A co było później?


Z bańki w bańkę

Tymczasem wkroczyliśmy niepewnie w drugą dekadę XXI wieku, zmarnowani, wycieńczeni, wykluczeni, wyzyskiwani, źli i podzieleni. No właśnie – dlaczego podzieleni? Przyczyn jest wiele. Można powiedzieć, że nakładają się one na siebie nawzajem, tworząc nieskończoną siatkę zależności. W artykule pt. „Polacy są podzieleni, jak nigdy. Jednak to, co nas łączy, może zaskakiwać” umieszczonym na platformie natemat.pl, a odnoszącym się bezpośrednio do wcześniej wspomnianej reklamy, raz za razem kolejni badacze przekonują, że – owszem, jesteśmy podzieleni, ale patrzcie, przecież w tylu sprawach się zgadzamy. Tymczasem Tyskie, zdaje się mieć na to remedium – stuknijmy się wszyscy i pogadajmy bez spiny. Tylko, czy można traktować to obwieszczenie jako hasło skierowane do wszystkich ludzi bez wyjątku? Śmiem twierdzić, że nie.

Problem w tym, że Ci wyobrażeni „wszyscy”, to tak naprawdę mała grupa odbiorców, czytelników prasy działającej na korzyść współczesnej polityki tzw. „centrum”, a z drugiej strony czytelników powiązanych z bardziej konserwatywną opcją. I dziwi mnie wielce, że autor zwięzłego komentarza pod grafiką w najnowszym poście na fanpage’u browaru wspomniał o symbolicznej „sąsiadce, która mieszka po lewej”. Bez wątpienia ma to wydźwięk stricte polityczny. Jeśli autor wspomniał o „sąsiedzie po prawej” i i „sąsiadce po lewej”, to - patrząc na wymiar symboliczny zdjęcia zamieszczonego w poście - możemy wywnioskować, że lewa jest odniesieniem do Newsweeka, prawa zaś do Do Rzeczy. Można odnieść wrażenie, że Newsweek (a więc czasopismo powiązane z tzw. „centrum”) jest właśnie głosem całej politycznej lewej strony, co u wielu wywołałoby zapewne uśmiech politowania. Tym bardziej, że cała „lewa strona” jest dużo bardziej złożona i nie kończy się wyłącznie na parlamentarnej figurze.

Prócz tego autor pisze, jakoby „więcej nas łączyło, niż dzieliło” oraz że marka “...nie odkryła nieznanego lądu, ale sięgnęła po to, co autentyczne i tak bardzo nam dziś potrzebne”. Tyskie więc stara się stanąć w pozycji swoistego anioła stróża czy też sprawiedliwego sędziego, wyrozumiałego ojczulka, który pogłaska po głowach dwie zwaśnione, binarne opozycje – lewą (nie-lewą) i prawą (czy taki był zamysł?). Tylko na ile ten konflikt jest rzeczywisty, a na ile stanowi PR-ową zagrywkę? Dlatego też przyznaję rację autorowi – marka niczego nowego nie odkryła. Prawda jest taka, że jedynie dobitnie nam przypomniała o czymś, co zdaje się subtelnie pomijamy.

Skoro więc potrzebna jest nam dziś zgoda tychże stron sporu (które wcale tak daleko od siebie nie stoją, jak co poniektórzy suponują), to czy w takim razie właśnie nie osiągamy kolejnego szczebla na drabinie „ciekawego czasu”? Ja tu nie widzę nic więcej, niż coś, co mógłbym roboczo określić prawopośrodkowizmem. Odwołanie do strony „lewej” zdaje się być jedynie czysto marketingowym zabiegiem. Politycznym marketingiem. Więc to symboliczne, patetyczne „wyjście z bańki” jest niczym innym, jak wyjściem z mniejszej do leciutko większej bańki. Może w nieco bardziej skrojonej, wypacykowanej formie.

Zaczarowany ołówek korporacji

Czyli kawałek niewidzialnego grafitu obleczony w drewienko, który jest w stanie jednym machnięciem sprawić, że znikną wszelkie nierówności, niezgoda i niedopowiedzenia. Niczym nowym nie jest, że takowym zaczarowanym ołówkiem posługuje się niejedna korporacja. Dla swych własnych interesów rysuje światy, które nigdy nie miały racji bytu.

W artykule Bartosza Świderskiego zawartych jest wiele fragmentów badań, dotyczących obecnych podziałów w polskim społeczeństwie oraz przykładowych czynników, które nie dość, że je wywołują, to jeszcze umacniają. Pomimo tego, że postarał się on rzeczywiście sumiennie wpleść tam ważne dane, według mnie pominął jednak całkowicie jedno z zasadniczych źródeł polaryzacji społeczeństw (tu już nie tylko na płaszczyźnie polskiej) – system akumulacji kapitału. Wydaje mi się, że bez wzięcia tego pod uwagę, rozmazuje nam się przed oczami coś, co stanowi niebagatelne źródło konfliktów. Czytając artykuł, miałem wrażenie, że przy każdym kolejnym podtytule, wnioskiem staje się jedynie puste powiedzenie „więcej nas łączy, niż dzieli”. W tenże sposób korporacje z pomocą mediów są w stanie zaczarować rzeczywistość. Niestety duża część z nas do tej pory daje się uwieść podobnemu dyskursowi, winiąc zgoła wszystko, prócz tego co nadal pozostaje tematem tabu.

Bajka dla zaspanych

Dlaczego wspomniałem, że jest to przekaz jedynie do wybranych? Ze względu na całą masę osób wykluczonych z grona odbiorców. Poza prawopośrodkową bańką Tyskiego - tam, gdzie kończy się ich horyzont, istnieje cała masa wyzyskiwanych pracowników… ich pracowników. Żeby nie być gołosłownym, wystarczy wejść na stronę gowork.pl, wyszukać opinie dotyczące pracy w browarze i może nieco przetrzeć oczy. Tylko z ostatniego roku zdołałem wyczytać 99% negatywnych opinii, bezpośrednio odnoszących się do warunków pracy, płacy itd. To po pierwsze (szczególnie ważne dziś). Druga kwestia odnosi się do problemu o wiele bardziej złożonego, czyli podstaw funkcjonowania systemu tzw. wolnego rynku. Trzecia sprawa, dotyczy sprawy drugiej – mianowicie kiedy tenże system przechodzi kryzys (jak to było dla przykładu w 2008 roku), wpływa on na jeszcze większe rozwarstwienie społeczeństw – szczególnie dobrze widać to w krajach tzw. „drugiego” i „trzeciego świata”. Bajka dla wielu osób powoli przeradza się więc w koszmar, w senną marę, senny paraliż. Jedni postanawiają głośno mówić o coraz ciekawszych czasach, podczas gdy inni doszukują się jego początku w wielu mitycznych początkach. Jedno jest pewne – Tyskie jest jedynie ziarenkiem wśród wielu podobnie ambitnych ziarenek – w myśl „wolnoć Tomku w swoim domku”. Problem w tym, że domkiem już jakiś czas temu stał się cały świat. O tym od dawna mówią wykluczeni i marginalizowani, przełamując tabu.

Postkolonialny układ widoczny jest niemal wszędzie, gdziekolwiek zdołamy wejrzeć w głąb, poddać się refleksji, tam też zazwyczaj na pierwszym miejscu stoi kapitał, za nim zaś głosy oburzonych miliardów. Bo, czy kiedykolwiek przysłowiowi panowie w garniturach staną naprzeciw przepracowanych ludzi, którzy zmuszeni są aktualnie pracować jeszcze więcej i więcej, by móc w miarę „normalnie” żyć. Czy zamiast szukać poklasku we własnej bańce postanowią przejść na TY, również ze mną? Szczerze wątpię.

Symboliczny wymiar marketingu browaru Tyskie może stać się idealnym podłożem do wstępnych rozważań dotyczących tego, czy aby nie powinniśmy zastanowić się na poważnie nad tym w jaki sposób funkcjonuje „zachodnie” tabu pod postaciami korporacji itp. Tabu, o którym tylu wspomina (choć też często nieświadomie), wielu bierze na warsztat, a ogromna rzesza zdecydowanie krytykuje, mając ku temu cały ciężki wór argumentów, poprzedzonych najczęściej własnym doświadczeniem. Jak możemy zauważyć po tej akcji reklamowej, aktorzy odgrywający niegdyś rolę wielce rywalizujących, stali się za sprawą piwnego kapłana jednym, symbiotycznym organizmem, dziko szarżującym bykiem. O tym byku z brązu przynoszącym „prosperity” krążyła niegdyś pewna legenda. Dziś, coraz częściej zdaje się być ona jedynie bajką… dla zaspanych. Tymczasem wracam do lasu.