Artykuły

Mnie życie mnie

Twory
Powiem wprost. Uzależniłem się od TikToka. Budzę się, włączam TikToka. Idę spać – oglądam. Robię to w połowie dnia, na zajęciach, na uczelni, w pracy, w wolnych chwilach, gdy piję i jem. Gdyby tylko filmiki przewijały się samoistnie, to mógłbym może nawet wykorzystywać je jako słuchowisko przed snem, tracąc na wartości wizualnej. Jeszcze tego nie wprowadzono na moje szczęście albo nieszczęście. Uzależnienie nie wzięło się znikąd. Oglądanie tych filmów – od kategorii spisku, negliżu, słodkich piesków, aż do boomer tiktoków (te uwielbiam najbardziej), wywołuje u mnie podobny stan jak przy innych formach uzależnień – wyrzut dopaminy.

Trudno się czasem powstrzymać od uderzenia palcem w ikonkę aplikacji. Przecież to takie proste. Włączam, leci filmik, pierwszy, drugi, dwudziesty pierwszy, trzydziesty siódmy i tak dalej. Część z nich sprawia, że cieplej na serduszku, inna bawi, a pozostała żenuje (mam głównie na myśli boomer tiktok). Mieszanka prostego języka, dopasowanej muzyki i idealnie dobranego kadru (tego znienawidzonego przez wielu - pionowego) daje mi poczucie jedności. Mógłbym być jednym z ekranowych ludzików, tak silnie pragnących wyświetleń.

Nasza relacja początkowo emanowała chłodem. Bardziej tym jesiennym niż wczesnozimowym. Gdy pierwszy raz przebiła się do mojej świadomości, to nosiła miano Musical.ly. Wówczas, dwie znajome z klasy licealnej przed lekcją recytowania Inwokacji, nagrywały film, w którym lip-syncowały jakiś ówczesny radiowy hit. Nie muszę chyba mówić, co pomyślał wtedy 18-latek zasiedziany w książkach i obgryzający paznokcie przez huczące myśli o maturze. Jeśli ktoś nie wie: pomyślał coś na kształt: „Jakie to debilne”.

Pech chciał, iż we wrześniu 2017 roku Musical.ly zostało wykupione przez firmę ByteDance oraz połączone z ich aplikacją o ówcześnie już znanej nazwie – TikTok. Od tej pory amerykańska i europejska młodzież odnalazła nowe wyjście dla strumienia swojej twórczości. Platforma, która głównie służyła lip-syncom, mniej lub bardziej kreatywnym (w mojej świadomości z taką formą najsilniej kojarzy się performerka Liza Koshy, znana jako Lizzza pierwotnie działająca na Vines – aplikacji jeszcze starszą niż jej następczynie, ale to już właściwie zupełnie inna para kaloszy), do dowolnej formy filmów.

Znajdziemy tam wszystko, dosłownie, W S Z Y S T K O. Urywki lub przeróbki seriali i filmów — obecnie króluje Diuna. Tam też zauważam wielkie zamiłowanie do Oscara Isaaca, jednego z aktorów filmu, pomijając oczywiście Timothée Chalameta, Zendaya’e czy Jasona Momoa’e, którzy to niejednokrotnie przewinęli się przez moją główną tablicę, nie tylko w kontekście Diuny. Dodajmy też głośny obecnie na Netflixie koreański serial Squid Game.

Idźmy dalej. Poradniki gotowania, od walk o włoską kuchnię, po przepisy kuchni wegańskiej. Znane wszystkim (na oko mierząc) indyjskie reklamy ukazujące budowę basenu z błota w środku dżungli, też tam mogą nas uraczyć. Komentarze dotyczące polityki w Polsce i na świecie, a stąd tworzące się odpowiedzi na filmy, odpowiedzi na filmy odpowiedzi filmów czy odpowiedzi na filmy odpowiadające na filmy odpowiedzi filmów. I tak dalej. Wszelkiego rodzaju zwierzątka, te słodkie i te mniej. I moje ukochane, boomer tiktok, czyli filmy boomerów, którzy nie do końca rozumiejąc trendy i ich konteksty kulturalne tworzą czasem karykatury.
Czy rozwijam się kulturalnie oglądając te rzeczy? Trudno ukryć, że odpowiedź nie jest inna niż „nie”. Lepiej, gdybym wziął do ręki jeden z reportaży kurzący się na półce lub zrobił cokolwiek kreatywnego. Nawet spacer miałby bardziej pozytywne skutki dla ciała niż ciągłe przeglądanie TikToka. Tylko, że wszystkiemu winna jest pandemia.

Jeszcze końcem roku 2019 rozmawiałem z moją przyjaciółką Karoliną na temat tej aplikacji. Karolina jak zwykle, uprzedzająca mnie w obecnych trendach, pobrała ją i rozpoczęła z nią współżycie, które tak jak ówcześnie mi, trudno jest jej zakończyć. Ochoczo mówiłem jej, że jest to śmiechu warte aby stare konie – czyli my – używały aplikacji stworzonej dla dzieci. Proroczo usłyszałem, że i mnie również to dopadnie, wcześniej lub później.

Miała rację. Gdy podupadające zdrowie psychicznie końcem kwietnia dawało się we znaki, poddałem się i ściągnąłem TikToka. Strona główna szybko dopasowała się do moich oczekiwań i nie pozwoliła mi się rozstać z telefonem. Tiktoki zaadaptowały się do sytuacji na świecie. Objęły mnie niewidzialnym płaszczem troski i zrozumienia. Nie byłem sam w tym fatalnym położeniu. Pół roku później udało mi się doczekać powrotu do Krakowa, a stare nawyki pozostały.

W tym momencie trudno rozliczyć TikToka za swoją egzystencję. Ja jednak zwrócę uwagę na jego ciemną stronę. W jednej kwestii jest podobny do Instagrama. Filmy branży fitnessowej, a w szczególności tiktoki, eksponujące półnagie sylwetki dziewczyn i chłopaków, przedstawiają nierealistyczne wyobrażenie ciała i są prostą drogą do zaburzeń odżywiania i zaburzeń psychicznych.

Inną, mroczną stronę TikToka odkryłem dzięki (o zgrozo) Netflixowi, a dokładniej dzięki serialowi dokumentalnemu – Explained. Regularnym trendem w tej aplikacji jest tworzenie oryginalnych układów tanecznych, które stają się viralowe dzięki odtwarzaniu ich masowo przez użytkowników. Przy tłumnym odtwarzaniu cudzych treści może dochodzić do zagubienia ich oryginalnych twórców. Tak też się działo w Stanach Zjednoczonych. Afroamerykańska część performerów została pominięta, gdy ich trend zaczął opanowywać TikTok. Nie powinno nikogo dziwić, że z ich twórczości korzystali biali użytkownicy aplikacji, którzy zdobywali popularność dzięki danemu układowi, a w filmikach tematycznie krążących pomiędzy kolejnymi trendami, wprowadzali promocję firm usługowych, skąd czerpali korzyści pieniężne. Dochodzimy do kolejnej dysfunkcji społeczeństwa, tworzącego nierówności społeczne poprzez – wydawać by się mogło – niewinną aplikację.

Co będzie z TikTokiem? Trudno powiedzieć. Myślę, że będzie długo królował na salonach, a przynajmniej dłużej niż Snapchat. Ja jedynie czekam na ten przełomowy moment w mojej głowie, gdy z obliczem Jacka z Lśnienia usunę TikToka na dobre.