Artykuły

Drzewa powyrywane z korzeniami, czyli reportaż z nauczania zdalnego

W reportażu, dogłębnie i niepospiesznie, badam zdalne nauczanie na naszej uczelni. W tej części wracam do pierwszych dni i pierwszych wspomnień oraz historii. Nasuwam kluczowe pytania i szukam na nie odpowiedzi. W kolejnej pojawi się temat sesji i obszar z nią związany, jeszcze więcej serii zdarzeń i wypowiedzi osób, przywiązujących wagę do jakości kształcenia. Całość zakończy badanie ośrodków pomocy psychologicznej, wywiad z Prorektorem ds. Kształcenia - prof. Wojciechem Łużnym oraz kilka dywagacji co do przyszłości.

Wtorek 11 marca 2020 roku. Godzina 14:00. Akademia Górniczo-Hutnicza, na podstawie zarządzenia nr 13/2020 Rektora prof. Tadeusza Słomki, zawiesza zajęcia do dnia 25 marca 2020 roku, do godz. 24:00. Tego samego dnia ma miejsce konferencja premiera Mateusza Morawieckiego oraz niektórych ministrów, którzy przekazują najważniejszą w tamtym czasie informację dla studentów. Uczelnie wyższe zawieszają zajęcia na czas dwóch tygodni. To wtedy AGH, całe szkolnictwo wyższe z całą oświatą w Polsce, stają w jednym rzędzie konfrontującym się z nową rzeczywistością, pandemią koronawirusa.
 Pierwsze pytanie, jakie zadaję studentom, z którymi udaje mi się porozmawiać, odnosi się do ich wspomnień z tamtych dni. Ich odpowiedzi są różne. - Ja tego samego dnia wyjechałem z Krakowa, bo wybuchła lekka panika. - opisuje Kamil z WO - Krążyły informacje, że mają miasta zamykać, będą ograniczenia w ruchu. Wszyscy byliśmy w szoku.

- Wydawało się, że to nie potrwa aż tak długo, że jest to stan przejściowy, nikt się tym nie przejmował. Nikt się nie spodziewał, że sytuacja się tak rozwinie - wspomina Oskar z WIEiT, zaś Oliwia z WGGiIŚ mówi krótko - Ja swojego pierwszego dnia w ogóle nie pamiętam.

- Dobrze pamiętam ten dzień! Siedziałem sobie na laboratoriach w sali 3.7 albo 3.6 na trzecim piętrze w nowej części - opowiada o swoim dniu Tadeusz z WZ - Nagle wszedł Pan Dziekan i powiedział: „Co wy tu jeszcze robicie? Nie ma zajęć. Do widzenia”. No i zostaliśmy wysłani do domu.

Nie każdy z moich rozmówców wspominał niepochlebnie wydarzenia z pierwszego dnia koronaferii. Karolina z WIEiT pamięta to tak - O boże, to było coś wspaniałego. Co za radość jak się dowiedzieliśmy, że nie trzeba iść na drugi dzień na uczelnię. To było piękne.

Ania z WEAIiIB przypomniała o najbardziej obleganym miejscu wtedy na całym kampusie - Skoro nam odwołali zajęcia, to poszliśmy na miasteczko. Oczywiście to nie było mądre i następnego dnia była o to duża spina na uczelni i na moim wydziale. Potem, przerodziło się to w duży chaos, a z chaosu wynurzyło się AGH i był dramat.

Magda z WGiG podjęła wtedy najlepszą, w jej oczach, decyzję - Postanowiłam nie pójść na wykład z fizyki, który był zaplanowany o ósmej rano, zaś reszta moich znajomych zdecydowała wziąć w nim udział. Wiem od nich, że w połowie zajęć prowadzący powiedział, że muszą opuścić salę, ponieważ wyszło rozporządzenie Rektora, że przechodzimy na zdalne, a ja sobie leżałam wygodnie w łóżku i śmiałam się z nich.

Szukając głębszego obrazu ówczesnych dni, wchodzę na grupę facebookową Miasteczka Studenckiego AGH i scrolluję aż ukażą się moim oczom posty z marca 2020 roku. Te, które przykuły moją uwagę, prezentują dwa odmienne fronty. Pierwszy, wypełniony ironicznymi memami, oraz drugi, pełen wielozdaniowych dyskusji w temacie wirusologii. „Ignorancja, arogancja i lekceważenie - głupota. Panika, zapasy i czekanie na śmierć - też głupota. Poziom co niektórych studentów żenujący, czas wrócić do gimnazjum, jak wypicie piwa w plenerze napawa Was jakąś nieposkromioną ekscytacją i się powstrzymać nie da. [...] Chociaż udawajcie rozsądek, zróbcie zapas alko i pijcie w jednym pokoju nieprzerwanie przez dwa tygodnie” - pisze jedna ze studentek komentując post namawiający do pozostania w domu. Pozostałe wypowiedzi są w podobnym tonie. Reakcje dużej części osób wyglądają jednakowo. Nie podoba im się samowola wśród żaków, którzy swoje pierwsze dni koronaferii spędzili na piciu alkoholu, żartowaniu o umieraniu moherów oraz zdzieraniu gardła na przyśpiewkach o literach A, G i H, czy utworze Emigrowałem.

Jest jesień, gdy uczestniczę w szkoleniu Parlamentu Studentów Rzeczypospolitej Polskiej w temacie kształcenia na odległość. Tam też pierwszy raz zostaję odesłany do Ustawy o Szkolnictwie Wyższym i Nauce z 2018 roku. A dokładniej do art. 63, par. 1, pkt. 1, Ustawy o brzmieniu: „Studia są prowadzone w formie: 1) studiów stacjonarnych, w ramach których co najmniej połowa punktów ECTS objętych programem studiów jest uzyskiwana w ramach zajęć z bezpośrednim udziałem nauczycieli akademickich lub innych osób prowadzących zajęcia i studentów”. Stąd aby kształcenie na odległość było zgodne z postanowieniami ustawy, odpowiednia liczba zajęć online musi odbywać się w kontakcie z prowadzącym, tak jak ma to miejsce w nauczaniu stacjonarnym. Niestety, wysyłanie samych skryptów, to nie jest dobra droga do ukończenia studiów.

Jak to wyglądało w pierwszych tygodniach po rozporządzeniu Rektora? Dzięki uprzejmości Uczelnianej Rady Samorządu Studentów dane mi jest zajrzeć do opracowanego przez nich, od 2 kwietnia do 6 maja 2020 roku, raportu z analizy poziomu prowadzenia zajęć w trybie zdalnym na podstawie danych od Wydziałowych Rad Samorządu Studentów. Średnie oceny wystawione na wydziałach: WIMiC, WMN, WMS, WWNiG, WGGiIŚ i WO wskazują na poprawny przebieg kształcenia online. Dla WGGiOŚ, WIMiR, WEAIiIB, WIEiT, WZ oraz WFiIS przeznaczono kategorię - możliwa poprawa. Raport dla tych wydziałów przekazuje informacje o jednostkowych członkach kadry dydaktycznej, z którymi nie ma kontaktu, o nieprowadzonych wykładach czy o okrojonym sposobie prowadzenia zajęć. Przechodząc do ostatnich: WIMiIP, WEiP, WGiG i WH, które oznaczone zostają jako - wymaga uwagi - można zauważyć już częściej pojawiający się brak kontaktu z prowadzącymi, nieodbywające się zajęcia czy materiały wysyłane do własnego opracowania.

Trzeba mieć na uwadze, że raport URSS uległ przedawnieniu już na przełomie maja i czerwca, co sami autorzy przewidzieli. Nieulegające żadnym zmianom restrykcje spowodowały wymuszenie na osobach przeprowadzających zajęcia kontakt ze studentami i dokończenie materiału przewidzianego w syllabusie. Niemniej jednak, średnia ocena w raporcie wynosi 7.46 na 10, co wskazuje na to, że przedstawiciele WRSS pozytywnie ocenili, w tamtym czasie, proces kształcenia na uczelni.

- Trzeba było się samemu uczyć. To było tak jakbyś dostał książkę i ktoś by Ci powiedział, że masz tu napisane, przeczytaj sobie, a jak czegoś nie zrozumiesz to napisz mail, to Ci wytłumaczę - wspomina Mateusz z WMS. O ile część pracowników uczelni wykazywała chęć do częstego kontaktu mailowego, tak o niektórych można było powiedzieć, że ślad zaginął. 

Klara i Tadeusz z WZ opowiadają mi o pewnej osobie nauczającej na ich wydziale. Jest to starsza Pani Profesor, dla której obsługa maila stanowi ogromny problem, więc do kontaktu ze studentami w głównej mierze używa telefonu. Z drugiej strony doceniają innego prowadzącego, który chwalił się studentom z odbytych wakacyjnych kursów przeszkalających z obsługi programów wykorzystywanych do nauczania na odległość - Da się! To wszystko chęci - komentują.

Mimo wszystko, zabranie możliwości kontaktu stacjonarnego niektórym całkowicie utrudniło sprawę. Jak mówiła mi Ania z WEAIiIB - Trzeba było dogadać się ze wszystkimi osobami przeprowadzającymi zajęcia, a ze względu na pełnioną przeze mnie funkcję starostki, ten obowiązek w większości spoczął na moich barkach. Pisanie miliona maili dziennie i ustalanie jakichś tam platform, każdy prowadzący oczywiście chciał inną. Kazali instalować różne oprogramowanie, totalnie nie wiedzieli co się dzieje, nie byli przygotowani.

To jedne z licznych problemów, z jakimi musieli zmierzyć się studenci. Studia to wyjątkowo stresujący czas, co niejednokrotnie podkreślali moi rozmówcy, a emocje, jakie towarzyszyły im podczas pandemii nie poprawiały sytuacji. W takim razie jak to wyglądało przed zagrożeniem epidemicznym? Czy nauczanie zdalne spowodowało, że wszyscy dydaktycy zetknęli się po raz pierwszy z komputerem i programami do spotkań online, czy też narzędziami i platformami dostępnymi na Uczelni?

Niektórzy zauważają korelację między przedpandemicznymi wspomagaczami nauczania stacjonarnego, takimi jak UPEL [Uczelniana Platforma E-Learningowa - przyp. D.C.], własne strony czy serwery, a szybkością dostosowania się do nowej formy przekazywania wiedzy. Jak mówi Kamil z WO - Ci prowadzący, którzy już wcześniej używali UPEL, bardzo szybko i sprawnie poradzili sobie z przystosowaniem do nauczania zdalnego, i było widać, kto tego wcześniej używał. Do teraz nawet to widać.

Co ciekawe, Karolina z WIEiT wskazuje, że na jej wydziale istniał jeden rocznik, pewnego kierunku, który przedmiot - statystykę - miał prowadzoną w połowie zdalnie - Jest to w syllabusie wpisane, że połowa godzin dedykowana jest platformom e-learningowym i już przed pandemią mieli kurs, taki pełnoprawny, na UPEL.

Kinga spotkała się z podobnym zjawiskiem, aż na dwóch wydziałach jednocześnie - Miałam na drugim semestrze na WZ coś z informatyką. To wyglądało tak, że prowadzący zadawał zadania i studenci wrzucali rozwiązania w formie pliku na UPEL. Na pierwszym roku na WIMiC, na technologii informacyjnej, było podobnie. Tam również korzystało się z UPEL.
Nie wszyscy, którzy obcowali z tymi technikami, używali ich w celu polepszania swoich metod dydaktycznych -  Ja właśnie na drugim roku miałam jeden przedmiot, który przebiegał w formie online. Zajęcia odbywały się na UPEL, aczkolwiek wyglądały one właśnie tak, że prowadzący przesyłał nam materiały, mieliśmy się z nimi zapoznać i rozwiązać zadania. Spotkaliśmy się dopiero na sam koniec, na kolokwium, na uczelni - tłumaczy mi Ola z WIMiR.

Są to jednak jednostkowe przypadki w skali uczelni. Pandemia sprawdziła każdego dydaktyka pod kątem tego, jak radzi sobie w nowej i niezbyt kolorowej rzeczywistości. W tym przypadku studenci nie pozostawiają na nikim suchej nitki. Każdy mój rozmówca wskazuje, że pierwsze tygodnie, a nawet i miesiące, wypadły po prostu blado. Brak kontaktu, najczęściej ze starszą kadrą, dla której najczęstszą formą kontaktu były konsultacje w ich pokojach czy gabinetach. Dla wielu jakość pierwszych zajęć pozostawia wiele do życzenia. Niektórzy, chcąc w pełni odwzorować nauczanie stacjonarne w trybie online, tworzyli spotkania, na których kamera skierowana była na tablicę w sali, na której wykładowca przedstawiał zagadnienia danego przedmiotu. Nie zawsze się to sprawdzało ze względu na brak widoczności, najczęściej spowodowany słabym łączem internetowym czy kamerą o niedostatecznej rozdzielczości.

Nauczanie online to świetna okazja, by móc wykorzystać wykłady w formacie PDF, udostępniane na wybranej platformie do wideokonferencji. Każdy student bez problemu widzi prezentację na swoim komputerze i słyszy wyraźnie komentarz prowadzącego. Czy tak było? Jak wskazuje Matuesz z WMS, nie zawsze - Jeśli chodzi o matematykę, to stacjonarnie wykładowca przedstawia rozumowanie na bieżąco i możemy śledzić dowód w czasie rzeczywistym. Trzeba trochę więcej czasu, żeby to przyswoić, co było umożliwiane w trakcie tych wykładów, natomiast w pdf nie ma tej chwili i siłą rzeczy trzeba nagrywać wykład i odsłuchiwać go później pauzując w niektórych momentach.

Jak zabawnie komentuje to Edyta z WGGIOŚ - Wykłady może z dwóch przedmiotów się odbywały, reszta polegała na wrzuceniu pdf na UPEL, z czego jeden prowadzący nie pokwapił się nawet założyć kursu na UPEL i wysłać tam wykładów  po polsku, tylko dodał jakieś dla zaocznych po angielsku, które miał od iks lat.

Jak efektywnie nauczać studentów w czasie pandemii? Na to pytanie po części odpowiada prof. Ryszard Tadeusiewicz w numerze 512. Tygodnika - PAUza Akademicka. Jak sam opisuje: „Zacznę od tego, że od pewnego czasu prawie każdy wykładowca, w większym lub mniejszym stopniu, korzystał z prezentacji, przygotowanych z wykorzystaniem odpowiedniego programu i wyświetlanych podczas wykładu za pomocą komputera i rzutnika”.

Typ takiej prezentacji puszczany na wykładach stacjonarnych obarczony jest biernością studentów. Nie są aktywnie włączeni w sterowanie treścią i nie przyswajają wiedzy w sposób maksymalny. Formą tego rodzaju przekazywania informacji studentom  jaką proponuje prof. Tadeusiewicz jest prezentacja w trybie samoobsługi.

„Spreparowanie prezentacji polega na tym, że wprowadzam do slajdów animację. Slajdy, które podczas normalnego wykładu wyświetlane są od razu w całości, a wykładowca, omawiając je, wskazuje (laserem) poszczególne elementy i dodaje ustne wyjaśnienia – zostają podzielone na poszczególne elementy, które są wyświetlane pod dyktando uczącego się studenta, bo są inicjowane jego kolejnym kliknięciami. W ten sposób student zamiast biernie przyswajać strumień informacji – aktywnie je sobie pobiera. Co więcej, sterując animacją, może w każdej chwili cofnąć o jeden czy kilka kroków, wczytując się w logikę wywodu, co bardzo utrwala przyswajaną wiedzę” - opisuje w tygodniku profesor.
Mimo że stworzenie animowanego mini dzieła może pochłonąć ogromne ilości zasobów czasowych, to jego konsekwencje znacząco polepszają proces przyswajania wiedzy u studentów. Dodajmy do tego możliwość pobrania i odtworzenia rozumowania w dowolnym czasie i o dowolnej porze, otrzymamy wyższe niż stacjonarnie, aktywne pojmowanie treści.
Celem każdego dydaktyka powinno być stałe podwyższanie jakości kształcenia własnych przedmiotów, czym próbuje natchnąć innych profesor Tadeusiewicz. „Jednak, moim zdaniem, warto to robić, gdyż pozwala to tchnąć nowe życie w posiadane prezentacje i skłonić studentów do ich aktywnej percepcji. Przynajmniej ja w to wierzę” - podsumowuje wszystko były Rektor AGH. 

Powyższy tekst jest fragmentem reportażu "Drzewa powyrywane z korzeniami, czyli reportaż z nauczania zdalnego", autorstwa Dawida Ciocha. Pozostałe części pojawią się na stronie BiSu już wkrótce.

Wszystkie imiona studentów zostały zmienione.