Artykuły

Taka głupia sytuacja

Twory
Godzina odjazdu na papierowym rozkładzie jazdy w gablocie nie zgadzała się ani z godziną na elektronicznej tablicy, ani na stronie internetowej. Kilka minut więcej albo mniej nie powinno stanowić różnicy, jednak zimne, wilgotne powietrze i podmuchy wiatru rozpędzające mokry śnieg z deszczem, wydawały się spowalniać ruch wskazówek na cyferblacie.

Na przystanku marzło kilkoro ludzi, w różnym stopniu pozawijanych w szaliki i płaszcze. Drobna dziewczyna w ciężkich butach włożyła do uszu słuchawki i zaczęła przechadzać się w tę i z powrotem wzdłuż krawężnika. W najgorszym wypadku, według informacji wyświetlanych na tablicy, do autobusu zostało 16 minut. Jakieś 4 albo 5 piosenek. Nie tak źle.

Dreptała w kółko – kilka kroków na zachód, potem z powrotem na wschód. Przystanek omijała możliwie szerokim łukiem, żeby umożliwić stojącym tam dwóm starszym paniom swobodne komentowanie jej ubrań i widocznych przez rajstopy tatuaży. Rozbawiona, próbowała nawiązać kontakt wzrokowy, ale odwracały oczy, pochylając się do siebie nawzajem i szepcząc. A, niech mają rozrywkę. One też muszą wytrzymać te pozostałe 12 minut.

Po chwili przestała się kręcić, bo podpity pan w zmechaconej czapce i z niezapiętym plecakiem przystanął na jej trasie, tarasując przejście. Teraz już tylko podrygiwała do rytmu muzyki w miejscu.

Autobus przyjechał w momencie, kiedy dwie babcie spod wiaty przystanku najwyraźniej przestały rozmawiać o niej i zaczęły wymieniać się opiniami na temat pana pod wpływem, kręcąc głowami nawet bardziej zdecydowanie niż przed chwilą.

Usiadła przy oknie i wyciągnęła notatki z ostatnich wykładów. Jeśli miała mieć wolną głowę przez weekend, powinna przerobić przynajmniej połowę. Trudno było się skupić. Jej uwaga i wzrok co chwilę zaczynały błądzić, interesowały się informacją o dzisiejszych imieninach, widokiem za oknem, kolczykami kobiety kilka siedzeń dalej.

Autobus wjechał na rondo, kierowca miał ciężką nogę, więc trochę zarzuciło. Szybko złapała za poręcz, żeby nie wypaść z siedzenia. Siła odśrodkowa przycisnęła jedną plotkującą babcię do drugiej, a drugą do okna. W tym samym momencie gdzieś z tyłu autobusu coś zadudniło, szybkie szurnięcie i grzmot, niewyraźne jęczenie. Wyjęła jedną słuchawkę z ucha i odwróciła głowę.

Pan w zmechaconej czapce leżał na plecach na pokrytej śniegową ciapą podłodze, mruczał pod nosem, jedną ręką trzymał się za głowę, drugą próbował sięgnąć żółtej barierki. Szybko rzuciła okiem na pozostałych pasażerów. Wszyscy zerkali na siebie nawzajem, na kiwającego się na podłodze faceta, na jego otwarty plecak na siedzeniu i dłoń, która nie potrafiła pokonać ostatnich kilku centymetrów do uchwytu.

Dezorientacja i niezdecydowanie całego autobusu wywołały u niej nagły stres. Zagięła kartkę w zeszycie, żeby wiedzieć, gdzie skończyła. Zaczęła zarzucać torbę na ramię, żeby wstać do mężczyzny. Przesuwała się powoli w stronę przejścia między fotelami, z nadzieją, że zareaguje ktoś inny.

Facet w beżowej kurtce był szybszy, złapał gościa za rękaw i pociągnął do góry. Całe, cholera, szczęście. Usiadła normalnie, odwróciła głowę, włożyła słuchawkę do ucha. Mężczyzna znowu siedział koło swojego plecaka, głowa zwieszona, nic mu nie jest. Nic się nie stało. Dwie kobiety przed nią nachyliły się do siebie.

Jej uldze towarzyszył jednak wstyd. Normalnie kanapki chodzi robić dla bezdomnych. Kupuje kaszę, makaron i czekoladę i wkłada do koszyka przy drzwiach kościoła. Jak ktoś puka i prosi o kromkę chleba, to kiwa głową, zamyka drzwi na klucz i idzie do kuchni po bułkę z pasztetem i dwa jabłka. Wzrusza się nad artykułami o slumsach w Indiach, nie umie potem spać w nocy, wpłaca na zrzutki.

Ale teraz to nie jej bolące plecy, nie jej brudna zmechacona czapka, nie w jej krwi promile, nie ona naniosła błoto na podłogę. Nie jej wina. Do niej należą tylko rozbiegane oczy, przygryzane wargi, nagły pot pod pachami. Do gadatliwych pań oceniające spojrzenie, a do pana który w końcu pomógł – beżowa kurtka, milczenie i ulga pozostałych pasażerów. Do przewróconego pana ból pleców, zimny wilgotny sweter, guz na głowie, kilka otarć, zmarznięte dłonie i stopy, siniec, który będzie bolał zupełnie niezależnie od zainteresowania otoczenia. Pewnie flaszka w plecaku.

Wróciła do notatek, lecz nie na długo. Spojrzała przez okno. Jeszcze jakieś 10 minut do jej przystanku. Uda się może przeczytać jeszcze jedną stronę.

Światło zmieniające się z żółtego w czerwony. Ostre hamowanie. Znowu huk! Ten sam mężczyzna tym razem również nie utrzymał się w fotelu. Wyjęła jedną słuchawkę z ucha i odwróciła głowę. Szybko rzuciła okiem na pozostałych pasażerów. Wszyscy zerkali na siebie nawzajem, na kiwającego się na podłodze faceta, na jego otwarty plecak na siedzeniu i dłoń, która nie potrafiła pokonać ostatnich kilku centymetrów do uchwytu. Zagięła kartę w zeszycie.

Tym razem pomógł pan kierowca. Po wszystkim wrócił za kółko. Dzięki kilkominutowemu opóźnieniu udało jej się doczytać pierwszy wykład do końca.