Artykuły

Nie mogę kochać czytników, czyli o sentymencie do papierowej książki

Pamiętam zdziwienie kuzynki Jennie, kiedy ja i moja siostra informujemy, że to, co nam się marzy po przyjeździe do Nowego Jorku, to wielkie polowanie na książki w rozrzuconych po mieście klimatycznych księgarniach i antykwariatach. „Przecież można mieć wszystko na czytniku!”.

Niepozorny prostokąt, w którym zamknięto tysiące literackich światów. Lekkie, poręczne urządzenie o właściwościach niemalże magicznych – jest w stanie przemknąć przez kilkusetstronicową przygodę mocą wyważonego kliku, zgrabnego ruchu palca. Mowa o czytniku elektronicznym, ale i nie tylko. W tym wszystkim chodzi też o jego współtowarzyszy w epizodzie digitalizującej się literatury: ściśle z czytnikiem powiązaną książkę elektroniczną (e-book) oraz o książkę mówioną (audiobook). Te technologiczne dokonania, niewątpliwie spektakularne i powodujące spore zamieszanie wśród książkolubnej części społeczeństwa, w początkowym stadium swoich karier zatrzęsły ideą końca książki papierowej. Przyznać należy, że nowe “bezcielesne” oblicze literatury stało się rozwiązaniem przyjętym z wdzięcznością przez wiele osób z różnych względów. Jednak prorokowanie ostatecznego przesiedlenia książek tradycyjnych do rozległej przestrzeni antymaterialnej okazało się myślą, która nie znalazła aż tak podatnego gruntu w rzeczywistości. Odnoszę wrażenie, iż to, co wówczas umknęło zabieganym pomysłodawcom coraz to większych udogodnień, to potęga ludzkiego sentymentu. Bo jak tu taki czynnik włączyć do poważnych kalkulacji? Jak wpleść te nieco śmieszne, nieco rozczulające wzruszenia człowieka nad przemijalnością w ekonomiczne tabele? Skąd i po co ta tęsknota za tym, co jawi się jako forma przestarzała? O tym właśnie sentymencie ciągnącym ludzi wstecz, w to, co nieraz bardziej skomplikowane, ale o ile sympatyczniejsze!, w sposób jawnie subiektywny chciałabym trochę opowiedzieć.

Nie taki czytnik straszny

Pozwolę sobie jednak najpierw poświęcić moment na oddanie sprawiedliwości czytnikom. Nie można bowiem myśleć o tej sprawie w sposób – tak w pewnym sferach umiłowany – czarno-biały. Byłoby to przejawem krótkowzroczności przegryzionej niepokojącą dawką egocentryzmu. Dlatego przyznać należy: zarówno książka mówiona, jak i elektroniczna cieszą się uzasadnioną popularnością wśród pewnych grup ludzi. Warto zaznaczyć choćby, jaką wielką pomocą stają się dla osób z niepełnosprawnościami. Czytnik pozwala na dostosowanie rozmiaru i stylu czcionki do własnych potrzeb, jest poręczny i nie wymaga takiej dozy ostrożności, z jaką niejednokrotnie traktujemy książki papierowe. Z kolei audiobook, to nieocenione literackie medium, między innymi dla osób niewidomych czy słabowidzących. Co więcej, nie każdy lubiący mieć książki na własność może pozwolić sobie w danym momencie życia na zapełnianie kolejnych półek, szafek i stołów papierowymi egzemplarzami. Czytnik wychodzi naprzeciw tym, u których przestrzeń mieszkalna jest znacznie ograniczona. Ich biblioteczka ma wówczas magiczne właściwości namiotu Weasley’ów! Małe urządzenie ma potencjał przechowania w sobie nawet po kilkaset woluminów. W tym też jest pewien urok. Często podnosi się również kwestie ekologiczne. Do produkcji książek tradycyjnych zużywamy niebagatelne pokłady zasobów i energii. Czytnik wypina się wówczas dumnie, zerka na towarzystwo, nieznacznie wysuwając się przed szereg.Jam jest eko!”, deklaruje. Czy jednak do końca? Rysą na nieskazitelności czytnika staje się choćby materiał, z którego jest wykonywany i to, że jako społeczeństwo nadal mamy problem z porządnym przetrawieniem kwestii recyklingu. Wracając jednak do gabarytów czytnika oraz “antymaterialności” książki elektronicznej i mówionej: staje się to nieraz zbawieniem dla podróżników-bibliofilów. Na cóż ograniczać się względami bagażowymi i gryźć się potem w duszy, że nie zabrało się tego czy tamtego tytułu? Wszystkie literackie kąski, którymi pragniemy umilić sobie czas wojaży, mogą znaleźć się w naszych zawsze obecnych, nieodzownych urządzeniach elektronicznych. Zatem po co? Po co się męczyć z nieporęczną, łamliwą, ciężkawą, problematyczną papierową książką?

Wspomnienia upchane między stronicami

Pamiętam zdziwienie kuzynki Jennie, kiedy ja i moja siostra informujemy, że to, co nam się marzy po przyjeździe do Nowego Jorku, to wielkie polowanie na książki w rozrzuconych po mieście klimatycznych księgarniach i antykwariatach. „Przecież można mieć wszystko na czytniku!”. Jej reakcja zdawała się być zabarwiona niewypowiedzianym pytaniem. Jakby podejrzewała, że jedynym racjonalnym wytłumaczeniem tego kuriozum mógł być fakt, iż w Polsce nie cieszymy się jeszcze wszystkimi nowinkami technologicznymi dostępnymi w Stanach. Próbujemy tłumaczyć, że to nie to samo. Upieramy się. Dla mnie Nowy Jork już zawsze będzie trochę tymi straganami przytulonymi do zewnętrznych ścian księgarni. Straganami obładowanymi niechcianymi książkami za dolara czy nawet dwadzieścia pięć centów. Przygarniamy znane i nieznane egzemplarze, które potem musimy wysłać w osobnej paczce do domu, bo nie mieszczą się w walizkach. Tyle zachodu! Amerykańskie książki mieszkają teraz u mnie w pokoju i piękno tej sprawy polega na tym, że ja wiem, że ja tam mam nie tylko opowieść autora, którego nazwisko widnieje na okładce. Tam też jest ułamek mojego życia utkany pomiędzy słowami, które tak cenię. E-book nie daje mi takich pamiątek. Jego strony nie pachną przygodą, nie będą powiernikami przypadkowo zerwanych kwiatów w obcym kraju.

Znikają księgarnie, smutnieją miasta

Bywają chwile, kiedy sprawa przewidywanego końca książki tradycyjnej mnie strasznie gnębi: bo jak to? Z czasem oznaczałoby to świat bez księgarni, świat bez antykwariatów, gdzie zakurzone stosy książek przyjaźnie mrugają grzbietami o przeróżnych fakturach. Świat bez emocji towarzyszących otwieraniu nowej książki, pierwszego przewertowania stron, szelestu kartek. Znikłyby te miejsca uniwersalnie znajome, te przyjazne punkty na mapie, które w obcych miastach i miasteczkach są jak domy przyjaciół, których nie waham się odwiedzić. Przewidywany koniec książki tradycyjnej byłby też końcem wielu przestrzeni, które mnie ukształtowały. Przewidywany koniec, to powiedzenie “żegnam” pewnej części mnie, której Atlasem podtrzymującym świat był rząd książek miesiąc w miesiąc wynoszonych ze szkolnej biblioteki.

Bezramowość

Być może mój upór, moja niechęć bierze się też z odczucia, że zdania czytane z ekranu nie docierają do mojej świadomości tak dobitnie, jak te z papierowych stronic. Jeśli tylko mogę, wybieram opcję fizycznej książki. Niektórzy badacze dopatrują się wytłumaczenia dla tego typu zjawiska w tym, że lepiej zapamiętujemy zawartość, gdy możemy ogarnąć wzrokiem i formę. Dlatego e-booki pozbawione dosłownego początku i końca, objętości, faktury, a czasem i numeracji stron wykluczają u wielu osób zdolność do orientacji w czytanej treści. Coraz rzadziej będziemy wołać: „Tak, tak, to było gdzieś w środku książki w lewym dolnym rogu!” Rogi, środki, akapity, tego typu aspekty tracą swoje właściwości prezentowane na monotonnej stronie książki elektronicznej, a już znikają kompletnie zatopione w funkcji “Text-To-Speech”.

Książki bicie serca usłysz

Tak, jak alpinistom film ze wspinaczki wysokogórskiej (choćby zaoferowany do obejrzenia w trybie 8D) nie zastąpi doświadczenia takiej wyprawy na własnej skórze, tak i, mam wrażenie, dla wielu czytelników brak możliwości sięgnięcia po książkę papierową byłby stanem lektury wiecznie nienasyconej. Koniec końców chodzi o to, że nie chcę się krzywić nad tempem otwierania aplikacji czy migotaniem ekranu. Wolę biadolić nad plamą z marmolady na białej kartce, nad przetarganym rogiem kartki. Wolę się pogniewać, że ktoś brzydko zagiął mi grzbiet ulubionej powieści. Szkoda by mi było kurtuazyjnej praktyki zaklejania ceny na tylnej okładce podarowywanej książki. I kto by zapisał koślawą dedykację na moim egzemplarzu z pikseli? Dlatego nie mogę kochać czytnika. Mogę czytnikowi co najwyżej uścisnąć dłoń w uprzejmym pozdrowieniu, ale to książkę tradycyjną ściskam jak przyjaciela, którego brak byłby nie do zniesienia. Lubię tę nieperfekcyjność papieru, potrzebuję jej. To jest mi milsze. Bardziej czułe. Bliższe byciu żywym, a tego jakby coraz mniej. Przewrotna sprawa, bo przecież piszę to wszystko na urządzeniu i na urządzeniu ktoś inny będzie mógł to przeczytać, więc może kiedyś, kto wie?, bardziej przekonywujący tekst stworzy już ono samo bez mojej pomocy.

Źródła: 
Niedźwiecka-Ambroziak J., Czytniki z kolekcjami e-książek - nowe rozwiązania w Bibliotece Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu, „Biblioteka i Edukacja” nr 9/2016, http://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.desklight-3eabaf58-0f94-46b2-b3fe-6a1620403a6f (dostęp: 28.04.2021). 
Sztark M., Książka na urządzeniu mobilnym – przyszłość jest teraz, „Folia Bibliologica” 51/2009, s. 43-48, http://dlibra.umcs.lublin.pl/dlibra/docmetadata?id=19582&from=publication (dostęp: 28.04.2021). 
Wasylewicz M., Książka papierowa czy elektroniczna – preferencje czytelnicze dzieci i rodziców w dobie ekspansji nowych technologii, Uniwersytet Rzeszowski 2014, http://www.ktime.up.krakow.pl/symp2014/referaty_2014_10/wasylewicz.pdf (dostęp: 28.04.2021).
Wizowska J., Ebook czy papier – jaka książka jest eko?, https://www.nanowosmieci.pl/ebook-czy-papier/ (dostęp: 28.04.2021). 
Pojedynek: książka vs e-book. Tradycyjne czy nowoczesne. Co wybierasz?, https://www.gandalf.com.pl/blog/pojedynek-ksiazka-vs-e-book/ (dostęp: 28.04.2021).