Artykuły

Bez końca

Twory
Codziennie, od paru lat pokonuję zawsze tę samą drogę, przebiegającą od mojego domu, aż do przystanku autobusowego. No, może niezupełnie tę samą – do przystanku prowadzą dwie równoległe drogi, które połączone są ścieżkami permanentnie wydeptanymi przez przechodniów. Ścieżki te rozmieszczone są w rozmaity sposób, przecinając tamtejsze tereny zielone pod każdym możliwym kątem. Wydawać się to może dziwnym – przecież wcale nie trzeba przechodzić przez środek trawnika, by w miarę rozsądnym czasie znaleźć się po jego drugiej stronie. Mimo wszystko piesi byli zupełnie odmiennego zdania, a przynajmniej tak się zdawało.

Swój szczyt dziwactwa przestrzeń ta osiągnęła, gdy jej najwyraźniej zdenerwowany właściciel zatrudnił sztab ogrodników. Teren został pokryty sadzonkami ozdobnych krzaczków, a wydeptaną ziemię wysypano dodatkowo nasionami trawy, zacierając ślady istnienia wcześniejszego stanu rzeczy. Okazało się, że nie na długo. Od tamtego wydarzenia nie minął nawet tydzień, a ścieżki ponownie się pojawiły. Nie oszczędzono nawet krzaczków, które bezlitośnie zrównano z ziemią.

Mnie to jednak w zupełności nie dziwi. Nie da się powstrzymać ludzkiego manifestowania wolnej woli przed nieubłaganym biegiem dziejów.

Ja sama niezbyt różnię się od przeciętnej jednostki, która pokonuje tę trasę każdego dnia. Po kolei przechodzę przez każdą ze ścieżek, pilnując, by ani jednej nie pominąć, a na końcu zawracam, aby powtórzyć swój szlak po raz drugi. Przez ścieżkę najbardziej w środku trawnika skaczę na jednej nodze – najczęściej na prawej. Zazwyczaj wychodzę z domu odpowiednio wcześnie, by nie spóźnić się przez ten rytuał na autobus. Czasem jednak zdarza się, że w trakcie odbywania porannej drogi, z zamglonego horyzontu wynurzy się nadjeżdżający pojazd. Biegnę wtedy przez ścieżki. Czasem nawet rzucam się przez środek trawnika, wykonując w powietrzu obrót, byleby tylko zdążyć przed zamknięciem drzwi swego jedynego środka transportu. Bo przecież nie poczeka on na mnie, niezależnie czy po drodze się przewrócę, czy zaśpiewam ulubioną operetkę kierowcy.

W każdym razie, na autobus staram się nie spóźniać. W spokoju zatem docieram przed czasem na przystanek autobusowy. Czekają na nim wraz ze mną bardzo różni ludzie. Chociaż nigdy nie spotykam dwa razy tej samej osoby, niektórzy z nich są do siebie podobni. Na przykład wczoraj – wczoraj stałam obok pewnego dżentelmena, który spoglądał na wszystkich z dumą, gdyż myślał, że jako jedyny wpadł na pomysł okrążenia wspomnianego już trawnika trzy razy, zanim się tu znalazł. „Bzdura – pomyślałam sobie – cztery dni temu pewien inny jegomość postąpił zupełnie tak samo”.

Podczas czekania lubię popatrzeć na otoczenie z różnych perspektyw. Kurczę się zatem do rozmiaru mrówki i spoglądam w górę. Wszystko w porównaniu ze mną wydaje się mieć wtedy znaczenie. Czasem liczę na to, że któryś z ludzi zrobi coś nieoczekiwanego. Zdarza się to jednak jeszcze rzadziej, niż moje spóźnianie się na autobus – tak naprawdę nigdy nie byłam świadkiem podobnej sytuacji. Mimo to widziałam, że niektórzy przymierzali się do tego czynu. Każdy jednakże, ku mojemu niezadowoleniu, w końcu skakał pod nadjeżdżający autobus. Wtedy zazwyczaj powracałam do normalnego rozmiaru, by rozłożyć swoje skrzydła i wzlecieć ponad przystanek.

Z tej perspektywy z kolei nic nie ma znaczenia. Co prawda budynki stojące przy ulicy czy sam autobus z pewnym trudem rozróżniam, ale ludzi ani trochę. Gdy wzlatuję jeszcze wyżej, to już w ogóle nic nie widzę, autobusu też nie, dlatego szybko powracam z powrotem na ziemię.

Moje oczekiwanie najczęściej na tym się kończy. Wraz z innymi życiowymi towarzyszami wsiadamy do ponownie widzialnego autobusu odjeżdżającego donikąd.