Artykuły

Dotykiem aż do wnętrza

Optyka
dotknąćdotykać
1. «zbliżyć coś do czegoś aż do zetknięcia, lekko poruszyć»
2. «wspomnieć o czymś w rozmowie, w książce itp.»
3. «sprawić komuś przykrość»
4. dotykać «stykać się, graniczyć z czymś»
dotknąć siędotykać się
1. «dotknąć jeden drugiego»

   sjp.pwn.pl



Był to jeden z wielu czwartków w garści tygodni mojego życia. Hasło: „Chodź, spodoba Ci się” oraz wizja wieczoru dalekiego od studenckich obowiązków zachęcały bardziej niż specyficzna okładka i lakoniczny opis na filmwebie. Tak więc zgodnie z wszelkimi prawidłami – niektóre rzeczy zasługują na to, żeby ich doświadczyć samemu. Możemy przy tej okazji pochylić się nad poprawnością użycia przeze mnie słowa „doświadczyć”, które bynajmniej nie figuruje tu przypadkowo, ale dla tej wypowiedzi będzie miało szczególne znaczenie. Owy seans wykuty został bowiem w mojej pamięci jako doświadczenie, a nie odbiór czysto zmysłowy czy zwyczajnie poruszający (jak to z filmami często bywa). Zatem tekst ten jawi się bardziej jako przesiew przez sito mojej wrażliwości, aniżeli obiektywna recenzja. Wybaczcie, ale to co bliskie, zostanie z bliska opowiedziane.

Dotyk – słowo, które budzi emocje, jako czynność, czy nawet bardziej odczucie, towarzyszy nam od pierwszych chwil życia. Tak naprawdę doświadczamy go dużo wcześniej niż oddechu, smaku, zapachu. Pojawia się prędzej niż samoświadomość. Jak okazuje się, że na początkowych stadiach naszego życia jest on jednym z czynników warunkujących prawidłowy rozwój psychofizyczny – co zostało potwierdzone przez liczne badania przeprowadzone w obrębie wielu gatunków. Wpływa na odporność organizmu, rezyliencję psychiczną, czy też warunkuje poziom inteligencji.

Jaka jest Twoja pierwsza myśl na słowo „dotyk”? Może być to ból, dyskomfort, obraz przykrego wspomnienia, ale też ciepły oddech na policzku, opieka, tajemnica, bliskość, relacja, zmysłowość, seksualność. W tym spektrum skojarzeń wyłania się siła tego zjawiska. Lek dla duszy i środek bojowy. Temat ciężki, pełen kontrastów, sprzeczności, strefy sacrum i profanum. Akapit ten zawiera w sobie nie tylko moje rozumienie dotyku, ale stanowi również opis idealnie, moim zdaniem, przystający do filmu „Touch me not”, w którego esencję chcę Ciebie, Czytelniku, ze sobą zabrać.
Zastrzegam jednak! Jest to film do kości przeszywający, możliwe, że nie nadaje się dla osób (albo właśnie, na przekór, jest dla nich idealny?), które są zbyt wrażliwe emocjonalnie lub odrzuca je ciało. Ale wolnością jest wybór, ja tylko proponuję…

Nagość – od pierwszych scen jest jej dużo. Pozwolę sobie nie rozpływać się nad nią szczególnie, jeśli chodzi o opis, chociaż wypada tu zaznaczyć ważną dla jej wykorzystania rzecz. Dzieło to nazwałabym obrazem z przesuniętego świata, w którym zmieniają się sytuacje powszechnie uznawane za normę. Tak więc nagość, seksualność, rzeczy uważane za perwersje są przedstawiane bez zadziwienia, pogardy czy oceny jako dobre lub złe. Po prostu są. Nie mają szokować w sposób, w jaki robią to zazwyczaj w popkulturze. Nie są pierwszoplanowe, chociaż nie ujmuje im to roli, którą jest utrzymanie spójności i „nienaturalnej naturalności” obrazu. Nic nie szokuje, po prostu jest jakie jest i tu pojawia się kolejny z aktorów, czyli akceptacja.

W pewnym względzie ten film wprost odnosi się do akceptacji – ciała, dotyku, relacji, mentalności, seksualności, emocjonalności i własnego miejsca w świecie. Temat ten uderza nas nie tylko ze strony historii bohaterów. Sama konstrukcja nagrania wciąga widza w aktywne uczestnictwo w całym tym procesie, w którym możemy odczuwać wstręt, zażenowanie, wstyd, niezręczność. Możemy się przyłapać na tych emocjach, dostając ważną lekcję o akceptacji, przypomnienie, że sami odpowiadamy przed sobą jako organ oskarżający i oceniający. Dzieło to dlatego właśnie ma bardziej formę projektu niż zwykłego filmu. Angażuje nie tylko wzrok, ale działa multimodalnościowo.  Zaczyna odurzać Cię od środka i sam obraz czy słowo przestaje być ważne, nie zastanawiasz się nad tym, co widzisz, bo ważne jest tylko co czujesz. Bez oceny, bez szufladki z podziałem na dobre i złe, ta dziwna mieszanka fascynacji i odrzucenia po prostu się dzieje. Zaczynają zacierać się okładki, jakie nakładamy schematycznie na osoby różniące się wyglądem, sprawnością ruchową, sytuacją życiową. Przełamuje się to tak pożądane i jednocześnie znienawidzone piękno, a, co najlepsze, okazuje się, że to, czy ono ma na nas wpływ zależy TYLKO od nas samych. Wszystko staje się względne. Szczęście zależy tylko od nas. 

W końcu bohaterowie nie są standardowi, zaskakują, zmieniają nie tylko własne odbicie, ale też nasze postrzeganie ich. Dzięki temu w tym projekcie najważniejszy staje się odbiór – to on porusza akcję, której miejsce z płótna kinowego ekranu przenosi się na wrażenie/wrażliwość odbiorcy. To, co nagie przestaje oburzać, a w dyskomfort wprawia widok delikatnego dotyku twarzy. Seksualność przestaje być w strefie tabu, zaczyna nią być intymność – okazuje się, że to, co dajemy od siebie światu, zbliżanie się umysłem, a nie ciałem, jest tu najbardziej nagie i powodujące strach. Film stawia ważne pytania na temat tego, co tak naprawdę sprawia nam dyskomfort. Czego się boimy, czym jest dla nas ciało, naturalność, wzorzec, schemat i lęk, czyli rzeczy, które nabywamy podczas życia – jak nas ono kształtuje, naszą percepcję rzeczywistości? Wszystko tutaj wychodzi z bańki białego i czarnego. Nic nie jest jednoliniowe. Czy jest to dokument? A fabuła? Kto jest reżyserem, a kto aktorem? Gdzie jest prawda, skoro nawet dialogi nie zgrywają się ze scenami? Przejrzystość i jasna kolorystyka łączą się z brudem i chaosem, które człowiek sam potrafi zastać w sobie. Dzianie się ma miejsce na wielu płaszczyznach, spójnie splecionych, mimo tego, że każda z nich mogłaby funkcjonować jako osobny twór. Postaci/badani/aktorzy/ekipa raz znajdują się za kamerą, raz przed nią, intymne sceny przerywa ustawianie sprzętu na planie, słowa nie przystają do obrazu, mimo że się z nim łączą kontekstowo. Wyrywani jesteśmy z bezpiecznej sali kinowej w bardzo intymny projekt, w którym w pewnym momencie już nie potrafimy oceniać uczestników, bo niemo stajemy się jednymi z nich. Jest to duża lekcja wrażliwości i akceptacji dla siebie i drugiego człowieka. Przełamuje wszystko, co można złamać w kinie: serca, myśli, stereotypy, przekonania, bezpieczne miejsce widza, formę, treść.

Cały ten projekt porusza mnie samymi wspomnieniami wzbudzonymi przy pisaniu. Nie mam więcej słów, myślę, że są one już zbędne. Zobaczcie więc sami i jeśli tylko macie ochotę na dyskusję, to chętnie usłyszę wasze opinie :) 

Z czułym pozdrowieniem