Kreatywność, którą pamięta ciało
O dorosłych powrotach do dziecięcej manualności.
Julia Czerczuk
4/20/2026


Dla wielu z nas, wczesne dzieciństwo, to czas oglądany dziś przez filtr beztroski i wszechobecnej zabawy. Nie było wtedy poważnych problemów ani obciążających zobowiązań, nawet jeśli zdarzały się pochmurne dni. Rytm dnia wyznaczały zadania, zlecane przez ważnych w naszym świecie dorosłych, stanowiących (zwykle) niepodważalny autorytet. Ta zakorzeniana w nas zadaniowość, tworzyła mikro misje – małe cele, które przez ulotną chwilę wydawały się najważniejszymi na świecie. Niektóre, wiadomo, były nużące. Mycie zębów, wpatrując się w dwuminutową klepsydrę z piaskiem, potrafiło wywoływać irytację i poczucie jałowego obowiązku. Były jednak i inne zadania, które mam nadzieję tym tekstem odkopać z zakamarków prywatnych nostalgii: projekty plastyczne.
Z pozoru proste. Trochę zabawne. Niby oklepane. A może właśnie w sam raz.
Wycinanie, wyklejanie, chlapanie farbą, drapanie powierzchni, lepienie, zapisywanie, rysowanie uśmiechniętego słońca w górnym rogu kartki. W wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym wszyscy byliśmy, w różnym stopniu, wciągani w projekty, tak zwane wszelakie. To były pierwsze momenty wybicia młodzieńczego ego, planowania własnych „wystaw”, ale też pierwszych frustracji konceptualnych. Niezależnie od predyspozycji, twórczość artystyczna jest kluczowa dla rozwoju. Takie zadania stymulują obie półkule mózgu, trenują koordynację, manualność, uważność, a przede wszystkim pobudzają kreatywność.
A skoro już o niej mowa, powszechnie mówi się o tej dziecięcej kreatywności. Zawsze imponuje starszym, zaskakując ich na każdym kroku. Dzieci natomiast zastanawia ponurość i surowość dorosłości. Kto z nas nie zadawał pytań o monotonię dojrzałego życia? Kto nie planował swojej przyszłości, odgrażając się, że „zrobi wszystko inaczej”, że „nie straci siebie”?
Tworząc noworoczne postanowienia, zobaczyłam, że ja również, mimo bycia szczęśliwą, zajętą mnóstwem projektów, stałam się wersją siebie, którą mała ja mogłaby nazwać… nudną. Spędzałam długie godziny przed ekranami, wśród nieistniejącej rzeczywistości, stresując się rzeczami, których nawet nie zaczynałam.
Ten tekst jest zbiorem autonomicznych refleksji i pomysłów po pierwszym miesiącu próby zadbania o swoje kreatywne podłoże od podstaw. W duchu słów Picassa:
„Każde dziecko jest artystą. Problem polega na tym, jak pozostać artystą, gdy dorośniemy.”
Prostota i wspólnota
Za kolejne hasło, stanowiące punkt wyjścia do działań i rozważań, wytypowałam „sztukę dla sztuki”, przenosząc je do sfery rozumienia i wartościowania samego procesu tworzenia, ponad efektem końcowym. To trudny punkt zwrotny dla wszelkich control freaków i estetyków, w tym przypadku jednak konieczny dla obranego celu.
Istota sztuki samej w sobie generuje dylematy dotyczące indywidualnej twórczości. Kto definiuje jej ramy i narzuca kategorie, w których porządkujemy obiekty? Jaki wpływ ma to na nas jako twórców? Czy uważamy nasze działania za wystarczające, by określać je tym mianem?
Ze względu na te burzące spokój pytania, zdecydowałam się mimo wszystko, na odejście od użytkowania terminu sztuki per se. Zamiast tego skupmy się na szeroko pojętych robótkach ręcznych. To pozornie pejoratywne określenie, w moim mniemaniu, idealnie oddaje ideę omawianej działalności. Podkreśla sprawczość manualną, cielesność działania i prostotę samego aktu tworzenia, bez nadbudowy ideologicznej, bez presji definicji, bez potrzeby legitymizacji.
To nie mają być zadania wymagające hiper fokusu, perfekcji ani pełnego zanurzenia w procesie. Wręcz przeciwnie, ich istotą jest lekkość. Na tyle proste, by można było coś robić w tle: rozmawiać, śmiać się, słuchać muzyki, pić herbatę, być z innymi ludźmi. To działania, które nie izolują, lecz zapraszają do bycia razem.
Stają się pretekstem do spotkań, integracji, tworzenia kreatywnej przestrzeni. Do budowania wspólnoty opartej nie na efekcie, ale na procesie. Twórczość przestaje być aktem indywidualnym i zamkniętym, stając się doświadczeniem relacyjnym, społecznym, miękkim. Czymś, co łączy, zamiast oddzielać.
Rzemiosło codzienności
Pozostając w duchu prostoty, postanowiłam oscylować wokół wyrobów dekoracyjnych. Z pozoru niepełniących funkcji użytkowych, nie odpowiadających na realne zapotrzebowanie, tak by całkowicie zminimalizować presję i oczekiwania względem efektu końcowego. Drugim istotnym filtrem wyboru był próg cenowy. Chciałam korzystać z materiałów przystępnych cenowo lub takich, które kłębią się w zakamarkach szuflad, pudełek i toreb, zwiększając dostępność, tak by móc tworzyć coś codziennie, nawet przez krótką chwilę.
Przy powrocie do korzeni, naturalnie nie mogło zabraknąć pracy z papierem. Gazetki modowe ze zbiorów mamy, te darmowe rozdawane w instytucjach kultury i miejskich przestrzeniach, zaczęły funkcjonować jako materiał do kolaży. Nośnik koloru, struktury, przypadkowych zestawień fotografii i typografii. Papier z nośnika informacji został zredefiniowany jako pole eksperymentu. W ramach tego medium, jako surowa i rytmiczna kontra można przypomnieć sobie wycinanki, rodem jak z chłopskiej chaty Jagny. To forma, w której ruch dłoni zdecydowanie przeważa gestem nad planem.
Równolegle dostępne są miękkie, lekkie i zwiewne materiały: wstążki, kokardki, koronki, rzemyki czy koraliki z pasmanterii. Drobna, prosta biżuteria, która nie aspiruje do bycia obiektem artystycznym, lecz staje się przedmiotem personalizującym, nośnikiem czasu, dotyku i intencji. W rękach znów pojawia się też zapomniany od dzieciństwa i lekcji techniki filc, materiał tak wdzięczny i podatny na współpracę. Można go kleić, podszywać, zszywać, przypiąć, złączyć warstwowo bez lęku przed błędem i rozdarciem, tworząc kompozycje płaskie jak i wypchane.
Istotnym elementem praktyk stają się również materiały niedomknięte jak modelina i plastelina, które umożliwiają ciągłą zmianę formy, korektę, rozpad i ponowne próby, pobudzając delikatność i myślenie przestrzenne. Aby dodać prostej alchemii codzienności, można pokusić się o tworzenie własnych form plastycznych, jak masy solnej czy zimnej porcelany. Dzięki temu kuchnia zamienia się w osobistą pracownię, a podstawowe składniki w spersonalizowaną materię twórczą.
Obok działań powstających ,,od zera” naturalnie pojawia się redesign, praca z tym, co już nas otacza. Stare ubrania, tkaniny, szmatki, sznurki, włóczki. Fragmenty materiałów zaczynają funkcjonować jako struktura, prosząca się o wyklejanie na papierze w formie przestrzennych obrazów lub połączenie patchworkowe z innymi materiałami. To odejście od pracy z tkaninami w celu ich naprawy czy ratunku i przejście do prostego gestu przekształcenia dla nadania nowego kontekstu.
Nie chodzi o estetyczną spójność ani perfekcję wykonania, lecz o różnorodność materiałów, ich faktur, przypadkowość i pozorną niedoskonałość. Każda struktura inaczej prowadzi rękę, która odruchowo pobudzona skojarzeniami, tworzy własne projekty.
Algorytmy wyobraźni
Media społecznościowe funkcjonują w przestrzeni kreatywności jako paradoksalne byty, stanowiąc jednocześnie źródło impulsu i obszar paraliżu. Są w stanie zamknąć nas i odizolować w biernej konsumpcji treści i niekończącym scrollowaniu cudzych procesów. Często w dłuższej perspektywie, doprowadzając do poczucia beznadziejności i niezadowolenia z własnego stanu i działalności, bądź jej braku. Ręce pozostają bezczynne, a wyobraźnia pasywna.
Z drugiej jednak strony, ta sama przestrzeń cyfrowa, stanowi najbardziej przystępny nośnik inspiracji, popularyzacji trendów i demokratyzacji dostępu do idei. Umożliwia podglądanie procesów, naukę technik, odkrywanie materiałów, estetyk i praktyk. W tym kontekście za warty przywołania uważam okres sprzed 10 lat, kiedy obserwowano dynamiczny rozwój platformy Youtube i popularności twórczości o charakterze DIY czy Zniszcz ten dziennik, które kolektywnie zachęcały do działalności kreatywnej, zacierając medialne granice.
Obecnie, w zależności od własnego feedu, można zaobserwować różne trendy dotyczące robótek ręcznych. W okresie noworocznym, klikalną formą aktywności jest tworzenie kolaży w formie moodboardów, w ramach których kreatywność połączona zostaje z wartościami estetycznymi i manifestacyjnymi, reprezentatywnymi dla celów na najbliższe dwanascie miesięcy.
Media społecznościowe są takie, jakimi je odbieramy i kreujemy. Po przesunięciu znaczeń, mogą przestać być celem i zacząć stanowić punkt zapalny. Zostać inspiracją, która ma prowadzić z powrotem do świata fizycznego, do dłoni, procesu i tworzenia doświadczenia.
Powrót do manualności nie jest powrotem do dzieciństwa. Jest powrotem do ciała, prostych gestów, rytmu i sprawczości. Do wydarzenia, który nie musi mieć konkretnego celu, by mieć wartość.


Fijałkowska, Gizelska, Wieniawa w Naszym Domu
