Magia Kina na Granicy – rozmowa z Jolantą Dygoś
Wyobraź sobie miasto, gdzie czas płynie wolniej, a rzeka nie dzieli, lecz łączy dwa narody w rytmie najlepszego kina. Zapomnij o sztywnych galach i czerwonych dywanach. W Cieszynie czeka na Ciebie autentyczność, wolność i atmosfera, której nie da się podrobić. Poznaj historię i duszę przeglądu, który od 28 lat udowadnia, że kultura nie zna granic.
Amelia Bierczak
4/19/2026


Jolanta Dygoś to inicjatorka i wieloletnia organizatorka festiwalu Kino na Granicy w Cieszynie, jednej z najważniejszych imprez filmowych na pograniczu polsko-czeskim. Z wykształcenia nauczycielka języka polskiego, z pasji animatorka kultury, od blisko trzech dekad konsekwentnie rozwija wydarzenie, które łączy kino, literaturę i dialog międzykulturowy. Jej działalność wyrasta z osobistych doświadczeń życia na granicy i przekonania, że kultura może być przestrzenią spotkania, porozumienia i przełamywania podziałów.
Miasto podzielone rzeką i losem
Początki festiwalu Kina na Granicy nierozerwalnie związane są z biografią jego inicjatorki, Jolanty Dygoś, oraz specyfiką pogranicza polsko-czeskiego. Dla organizatorki granica nigdy nie była tylko linią na mapie. To element tożsamości, który determinuje życie mieszkańców Cieszyna.
„Mieszkam na pograniczu. Mieszkam między dwoma krajami i właściwie miastem podzielonym, rzeką i granicą, co determinuje los człowieka„.
Wspomnienia sięgają czasów, gdy granica była realną barierą, a nie tylko linią na mapie.
„Moja mama ze swoją siostrą spotykały się pod mostem. Jedna po stronie czeskiej, druga po polskiej i krzyczały przez rzekę, co u nich słychać [...] Ja mam rodzinę po czeskiej stronie. W tej chwili to jest już kuzynostwo, ale tam były dwie siostry mojej mamy. I właściwie zawsze utrzymywaliśmy bliskie kontakty i ta granica była w naszym życiu zawsze obecna”.
Jak przyznaje Pani Jolanta Dygoś, głównym celem powołania przeglądu nie była czysta chęć upowszechniania kultury, ale realna walka z podziałami. To właśnie z tej potrzeby bliskości i dialogu narodził się festiwal.
„[Kino] Powstało inaczej niż inne imprezy filmowe, mianowicie na pewno pierwszym celem nie była chęć upowszechniania kultury filmowej, ale przede wszystkim walka z granicą [...] Wielokrotnie słyszałam od celników, wy chcecie, żeby tej granicy nie było, ale ta granica jest. Ale również konieczność takiego potrzeby poznania kultury swojego najbliższego sąsiada”.
Od Jiří Menzela do 150 filmów, czyli początki Kina na Granicy
„Na jednym z zebrań Solidarności Polsko-czesko-słowackiej stwierdziłam, że chciałabym coś zrobić […] i pomyślałam, że zrobię przegląd filmów”.
Pierwsza edycja miała charakter skromny i pilotażowy. Obejmowała zaledwie kilkanaście projekcji, skupionych wyłącznie na kinie czeskim, co wynikało zarówno z zainteresowań organizatorów, jak i z potrzeby przybliżenia tej kinematografii polskiej publiczności. Mimo ograniczonej skali wydarzenie od początku przyciągnęło znaczące postaci świata filmu. Jak wspomina Pani Jolanta:
„To było chyba 11 filmów w kinie Piast, ale gościem był Jiri Menzel, zdobywca Oscara”.
Obecność wybitnego reżysera okazała się momentem przełomowym – symbolicznym początkiem rozwoju festiwalu i dała organizatorom energię, której wystarczyło na kolejne trzy dekady..
„To on nam dał takiego przysłowiowego kopa i taką energię, żeby robić dalej”.
Z czasem do programu dołączyły filmy słowackie, a od szóstej edycji, której gościem była Agnieszka Holland, także polskie. Dziś festiwal to ogromne przedsięwzięcie logistyczne, nad którym Jolanta Dygoś czuwa przez cały rok. Program urósł do ponad 130 pozycji, a seanse odbywają się po obu stronach granicy, nawet w zaadaptowanych halach sportowych.
To, co wyróżnia Cieszyn na tle Cannes czy Wenecji, to brak czerwonych dywanów i całkowita swoboda. Gwiazdy kina, których co roku przyjeżdża około 150, mieszają się z publicznością na ulicach miasta.
„U nas nie ma tych czerwonych dywanów. Nie ma jakiegoś takiego napuszenia. Nie ma naprawdę. Bardzo znane twarze mogą swobodnie poruszać się po Cieszynie, po ulicach Cieszyna”.
Organizatorka podkreśla, że w Cieszynie „czas zwalnia”, a twórcy nie czują presji „zaliczania” kolejnych projekcji. Marcin Dorociński mógł tu swobodnie jeździć na rowerze, a znani reżyserzy zachwycać się tłumami w zabytkowym teatrze.
Twórcy uwielbiają wracać do Cieszyna, bo mogą być tu po prostu sobą. Jak zauważa dyrektorka:
„Każdy gość, ale i uczestnik jest naprawdę mile witany. Bardzo często mamy fajną publiczność, oni często mi się kłaniają na ulicy i mówią dzień dobry, albo cześć, ja im odpowiadam, podchodzę do nich, pytam, czy wszystko w porządku”.
Nie tylko film – kulturalna uczta nad Olzą
Choć fundamentem jest kino czeskie, słowackie i polskie, festiwal rozrósł się w potężne wydarzenie multikulturowe. Niezwykle silnym filarem wydarzenia stała się sekcja Literatura na Granicy, która z imprezy towarzyszącej przeobraziła się w pełnoprawny festiwal literacki. Dyrektorka z dumą opowiada o jej rozwoju:
„To już będzie dziewiąta, albo dziesiąta literatura na granicy. Na początku to miała być taka impreza towarzysząca, a w tej chwili ona mogłaby już być takim osobnym festiwalem.
Festiwal w Cieszynie to również przestrzeń do ważnych rozmów o kondycji współczesnego świata. Organizatorzy stawiają na odważne debaty społeczno-polityczne. Jolanta Dygoś wyjaśnia:
„Uważamy, że w dzisiejszych czasach trzeba mówić o tym. O zagrożeniu wojną, o Unii Europejskiej, o Wschodzie, Zachodzie. I takie tematy się pojawiają”.
Tegoroczna edycja, pod hasłem inspirowanym myślą Vaclava Havla – „między siłą i bezsilnością” – stawia pytanie o to, jak w trudnych czasach wykrzesać z siebie siłę do działania.
Za kulisami
Jak powstaje tak ogromne, międzynarodowe wydarzenie w sercu polsko-czeskiego pogranicza? To nie tylko pięć dni seansów, ale niemal 365 dni intensywnej pracy, by wszystko dopiąć na ostatni guzik. Jolanta Dygoś przyznaje, że praca nad kolejną edycją rusza, gdy tylko opadną emocje po poprzedniej:
„To jest tak naprawdę cały rok pracy. No, ja nie mówię, że w lipcu i w sierpniu tam już robimy wielkie rzeczy, bo wtedy jest czas na odpoczynek, ale już od września właściwie się zaczyna”.
Cieszyn, mimo swojego niezaprzeczalnego uroku, stawia przed organizatorami poprzeczkę bardzo wysoko. Brak wielkich multipleksów sprawia, że „Kino na Granicy” musi być kreatywne. Seanse odbywają się w teatrze, ośrodkach kultury, a nawet w halach sportowych, które na kilka dni zmieniają się w profesjonalne sale projekcyjne. Jedynym, co spędza sen z powiek organizatorom, jest technika, nad którą czuwają z najwyższą starannością:
„Boję się takiej złośliwości martwych rzeczy. Tego się boję. Techniki się boję bardzo. Aczkolwiek mam bardzo doświadczone ekipy, bo to są te same ekipy, które od lat pracują, ale na pewne rzeczy nie mamy wpływu”.
Festiwalowe anegdoty
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów Kina na Granicy jest jego nieformalny charakter, który od początku sprzyjał powstawaniu sytuacji nieoczywistych, dziś funkcjonujących już niemal jako festiwalowe legendy. Jak podkreśla Jolanta Dygoś, wiele z nich wynikało zarówno z realiów pogranicza, jak i ograniczeń organizacyjnych pierwszych edycji.
Przykładem był pokaz filmu wbrew jego pierwotnemu kontekstowi. Chodzi o produkcję o surowym, kontrowersyjnym charakterze, którą reżyser chciał prezentować w przestrzeniach nieformalnych, takich jak puby.
„To była książka i brudny film. I on bardzo chciał, żeby ten film był wyświetlany w knajpach.”
Decyzja organizatorów była jednak odwrotna – zamiast wpisywać się w estetykę „brudu”, postawili na kontrast i instytucjonalną oprawę.
„Ja sobie tak pomyślałam, Boże, ale dlaczego? Czy film o ekologii ma być pokazywany na Polanie? I mówię, nie, nie, nie. Robimy taki kontrast, pokazujemy go w teatrze. Teatr ma prawie 600 miejsc”.
Efekt przerósł najśmielsze oczekiwania. Sala teatralna wypełniona widzami nadała projekcji zupełnie nowy wymiar, a sam reżyser był wyraźnie zaskoczony odbiorem.
Do nietypowych inicjatyw należał również mecz charytatywny rozegrany pomiędzy reprezentacjami polskich i czeskich twórców. Choć wydarzenie miało szczytny cel i odbywało się w sprzyjających warunkach, jego promocja nie była wystarczająco skuteczna. Różnice pokoleniowe między drużynami przełożyły się na wynik i atmosferę spotkania.
,,I rzeczywiście, myśmy się świetnie bawili. Niestety różnica wieków była taka, że ta amfora czeska miała chyba średnią w wieku 60 lat. Nam posłali polskich samych młodziaków. Takie gwiazdy serialowe. No chłopcy mieli koło trzydziestki, więc czesi zostali w ciry. Naprawdę, no pokonaliśmy ich. Myśmy się świetnie bawili. Było to bardzo fajne wydarzenie [...] I pamiętam, że ja maszerowałam przez boisko w sukience bez rękawów z kwiatami dla kapitana drużyny”.
Jeszcze bardziej wymowne są jednak historie z początków festiwalu, kiedy przekraczanie granicy wiązało się z realnymi trudnościami administracyjnymi. Brak wiz, ograniczenia formalne i ścisła kontrola sprawiały, że organizatorzy musieli wykazywać się dużą pomysłowością.
,,W bagażniku samochodu się kogoś przewoziło na przykład. Myślę o twórcach. Też raz przyjechał, nie miał wizy[...] bo myślał, że on tylko będzie po czeskiej stronie. To go też przeprowadzaliśmy jakoś”.
Tego typu działania, choć dziś mogą wydawać się anegdotyczne, były wówczas koniecznością, pozwalającą na realizację idei festiwalu ponad politycznymi i administracyjnymi barierami.
Przeżyj to na własnej skórze!
Jeśli szukasz miejsca, gdzie możesz uciec od zgiełku i zatopić się w kulturze, Cieszyn jest odpowiedzią. Organizatorzy dbają o to, by każdy czuł się tu jak u siebie, niezależnie od tego, czy planuje maraton filmowy, czy leniwe popołudnie na leżaku.
„Każdy robi co chce. [Ludzie] chodzą do kina, bo twórcy chodzą do kina również, ale nikt nie będzie miał do nich pretensji, jeśli wybiorą spacer nad Olzą”.
