Małgorzata Hillar: wstydzimy się miękkich gestów
Najbardziej cenię w relacjach te momenty, gdy ze mnie i mojego rozmówcy opadają maski. Gdy, jak pisze Hillar, można zobaczyć, że ktoś „gryzie z bólu ręce”. W takich chwilach nie mogę zrobić nic prócz pokazania, że też noszę w sobie blizny. Wtedy uścisk dwóch pogryzionych rąk jest najczulszym z możliwych dotyków.
Joanna Brzenczka
4/20/2026


Wyobrażam sobie, że jeśli kiedykolwiek mogłabym porozmawiać o czułości z Holly Golightly[1] i Małgorzatą Hillar, to pewnie wyglądałoby to mniej więcej tak:
- Czułość… - powiedziałam, żeby coś powiedzieć. Pod wpływem tego słowa Małgorzata stała się nieobecna, milcząca, jakby jakaś mgła wspomnień nie pozwala jej się odezwać.
- To proste – zaczęła Holly wyjmując lusterko. – Czułość to coś delikatnego – namalowała na prawym oku czarną kreskę. – Ale zarazem coś prostego, co łatwo przegapić, jeśli nie będziesz patrzeć wystarczająco uważnie – dokończyła makijaż drugiego oka. – O, czułość to bieganie po wszystkich sklepach spożywczych Nowego Jorku, by kupić jak najwięcej masła orzechowego. Fred, mój brat, je uwielbia. Wiem, że, kiedy wróci, nazwie mnie swoją małą wariatką, bo tyle słoiczków, co ja mu kupiłam, to on nie zje przez całe życie. Ale to nic. Najważniejsze, że, kiedy już je wszystkie zobaczy, to się uśmiechnie i to bardzo szeroko.
Holly złapała nas obie za ręce. Małgorzata wciąż milczała nieobecna, a ja zdziwiłam się, że Holly ma taką małą, dziecięcą dłoń. Uścisnęła nasze złączone palce. I kiedy już prawie powiedziałam, że ta chwila miała w sobie coś wyjątkowego, Holly zaczęła zakładać czarne szpilki. Jeszcze przy drzwiach wymamrotała jakieś zawiłe usprawiedliwienie i wyszła. No tak, gdzieś w eleganckiej restauracji czekał na nią kolejny mężczyzna. Ale kto wie, może jeszcze zanim tam dotrze, zdoła kupić następny słoik masła orzechowego.
Nieść na głowie słońce mimo fal zimnych uśmiechów
Sportretowałam Małgorzatę Hillar jako milczącą, zatopioną we wspomnieniach, dlatego że właśnie taką wyobrażam ją sobie pod koniec jej życia. Zmarła ona w 1995 roku mając za sobą wiele lat życia na skraju nędzy, z uzależnieniem od alkoholu. Złamała ją psychicznie zdrada męża, a później odcięcie się od niej jej syna, Dawida. Być może przez to, że przez dekady nie pisała nic nowego, dzisiaj już prawie się nie pamięta, że w pierwszej połowie życia wydała kilka przyjętych z zainteresowaniem tomików – chociażby Prośbę do macierzanki (1959) czy Czekając na Dawida (1967). Poezja Hillar ma w sobie urok prostoty, sentymentalizm czasem porównywany do niektórych wierszy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.
Hillar w swojej twórczości za pomocą prostych środków artystycznych porusza głębokie struny ludzkiego życia. W wierszu Ulica pisze o tym, że można obawiać się świata:
Zawieszona
nad głęboką ulicą
uczepiona
żelaznej skały balkonu
bała się zejść na dół
Myślała
zatopią mnie fale
zimnych uśmiechów
obojętnych spojrzeń[2].
Opisana rzeczywistość jest odpychająca, dlatego że nie ma w niej miejsca na czułość. Obojętne spojrzenia bolą, bo nic w człowieku nie dotykają.
Jednak w drugiej części utworu następuje przełamanie strachu podmiotu. Hillar pisze:
Wreszcie
bardzo ostrożnie
po drabinie
czułych rzęs
Dno ulicy
było ciepłe
Kobiety niosły
w dużych brzuchach
owoce zmroków
Dziewczęta zakwitały
w dłoniach ukochanych
jak czereśnie
Mali chłopcy galopowali
na gorących koniach
wiatru
Można było
nieść na głowie
słońce
Nikt nie pokazywał
palcami[3].
To piękna wizja – publicznie przyznawać się do swojego szczęścia, chodzić z podniesioną głową i promienieć.
Czułe zabawy grzechotką na trasie Cmentarz Olszanica – Czyżyny Dworzec
Codziennie jeżdżę autobusem linii 152 na uczelnię. Lubię przez te pół godziny drogi obserwować innych, którzy także jadą ze mną. Jednak zawsze robię to ukradkiem, bo wstydzę się, że ktoś zauważy mój wzrok. W końcu w tej małej przestrzeni jesteśmy ze sobą z przypadku, z jakieś konieczności i według niepisanej umowy społecznej tylko w nagłych wypadkach (kwestiach życia i śmierci) powinniśmy zauważyć nawzajem swoje istnienie.
Pewnego dnia obserwowałam w autobusie matkę z dzieckiem. Dziecko leżało w zielonym wózku owinięte szczelnie kocykiem. Matka i dziecko skupieni byli na sobie, wyraźnie rozmawiali, choć dziecko nie potrafiło jeszcze mówić. Kobieta trzymała nad wózkiem grzechotkę, którą wodziła w powietrzu, i coś mówiła. Nie słyszałam dokładnie słów, ale przez cały czas ona i dziecko uśmiechali się. Ktoś powie, takie to proste, zwyczajne. Otóż, nie, nie ani trochę. Matka i dziecko byli w tamtej chwili najszczęśliwszymi osobami w całym autobusie. Może i mnie trochę zarazili swoim szczęściem, bo kiedy na nich patrzyłam, uśmiechałam się i ja.
Miękkie gesty, czułe spojrzenia i ból pogryzionych rąk
Pokolenie Marca ’68 roku[4] używało wielu słów, które wyrażały jedno: bunt. Był to bunt przeciwko cenzurze, która nie pozwoliła więcej Konradowi domagać się „rządu dusz” na deskach Teatru Narodowego; była to niezgoda na życie w kłamstwie i podporządkowanie się systemowi wbrew sobie. Ale był to także bunt innego rodzaju – bunt przeciwko braku czułości. Nie bez powodu to właśnie pokolenie wybrało na swój manifest wiersz Hillar My z drugiej połowy XX wieku.
My z drugiej połowy XX wieku
rozbijający atomy
zdobywcy księżyca
wstydzimy się
miękkich gestów
czułych spojrzeń
ciepłych uśmiechów
Kiedy cierpimy
wykrzywiamy lekceważąco wargi
Kiedy przychodzi miłość
wzruszamy pogardliwie ramionami
Silni cyniczni
z ironicznie zmrużonymi oczami
Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce
umieramy z miłości[5].
To ciekawe, że do tego, co w nas najbardziej ludzkie potrafimy przyznać się dopiero, kiedy nie widzimy siebie w dziennym świetle. Kiedy być może leżymy w łóżku i z ciemnością nocy przychodzi do nas wstyd wszystkich wypieranych emocji. I właśnie ten paradoks, że jednocześnie przeraźliwie chcemy i nie chcemy miłości, jest dużo ciekawszy od zdobycia kosmosu.
Najbardziej cenię w relacjach te momenty, gdy ze mnie i mojego rozmówcy opadają maski. Gdy, jak pisze Hillar, można zobaczyć, że ktoś „gryzie z bólu ręce”. W takich chwilach nie mogę zrobić nic prócz pokazania, że też noszę w sobie blizny. Wtedy uścisk dwóch pogryzionych rąk jest najczulszym z możliwych dotyków.
Rozbity dzbanek czekający na przybycie kwiatów
Czułość można nazwać również subtelnym wyznaniem miłości. W poezji Małgorzaty Hillar obecnych jest wiele poetyckich przetworzeń słów „kocham cię”. Szczerze mówiąc, sama nie wiem, ile razy musiałabym przełknąć ślinę, uciec gdzieś oczami tak, aby nie patrzeć w te drugie oczy, by wypowiedzieć te dwa wyrazy. Na szczęście mamy poezje, która w takich chwilach jest chyba najlepszym suflerem. Hillar w wierszu Rozbity dzbanek pisze:
Umiałeś
jednym ruchem ręki
skleić
rozbity dzbanek
by czekał
na przybycie kwiatów[6].
Sklejenie potłuczonego dzbanka jest gestem scalającym rozbite wnętrze podmiotu. Właśnie w tym może pomóc nam miłość (i to nie tylko ta romantyczna) – w wypełnieniu pustki, ran świadomością, że kochamy i jesteśmy kochani.
Nawet jeśli okaże się za jakiś czas, że czerwona róża, która zdobiła scalony dzbanek, straci wszystkie swoje płatki, to staram się niczego nie żałować. Choć bez czułych gestów, które były, będzie przez moment tak, jak opisuje Hillar:
Osaczają mnie
rozbite dzbanki
okulałe wózki
wypalone lampy
Osacza mnie ciemność[7].
To nie, nie żałuję. Jak śpiewała Édith Piaf, „Non, rien de rien. Non, je ne regrette rien…”.
Czasami ludzie czytają wiersze i płaczą
Zapewne wielu mądrzejszych ode mnie próbowało wielokrotnie odpowiedzieć na pytanie, czym jest poezja. Nie mam własnych słów, którymi mogłabym opisać jądro poezji, ale chcę tutaj zacytować fragment utworu Władysława Broniewskiego, który na swój sposób próbuje zmierzyć się z tym zagadnieniem.
Nie wiem, co to poezja,
nie wiem, po co i na co.
Wiem, że czasami ludzie
czytają wiersze i płaczą[8].
Poezja i łzy wydają się dwoma połówkami tej samej rzeczy, oba skondensowane do jednego gestu – płaczu bądź esencji słów. Fascynuję mnie to, że poetyckie frazy mogą dotykać nas tak bardzo, że wywołują zmiany w naszym ciele. Ten dotyk jest prawdziwym wyrazem czułości. On nie ocenia, tylko mówi „wiem” i „jestem”. Poczułam ten gest czułości na sobie, kiedy po raz pierwszy przeczytałam wiersz My z drugiej połowy XX wieku, bo myślę, że jest także o nas – o nas z pierwszej połowy XXI wieku…
________________
Bibliografia
Hillar M., Poezje wybrane, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1999.
Poezja to nomadka. Współczesna rola twórcy (ze szczególną rolą poety) w kontekście zmian społeczno-literackich, jak nomadyzm literacki, pandemia, audiowizualność, pod red. K. Zwolskiej-Płusy, A. Wiśniewskiej-Grabarczyk, Wydawnictwo ANAGRAM, Warszawa 2022
Przypisy:
[1] Holly Golightly to bohaterka Śniadania u Tiffany’ego Trumana Capote’a.
[2] M. Hillar, Poezje wybrane, Warszawa 1999, s. 61.
[3] Tamże.
[4] W marcu 1968 roku na Uniwersytecie Warszawskim wybuchł protest młodzieży przeciwko zdjęciu ze sceny Teatru Narodowego Dziadów w reż. Kazimierza Dejmki. Bunt szybko rozprzestrzenił się na inne uczelnie oraz miasta w całej Polsce. Władze brutalnie stłumiły manifestacje studentów. Przedstawiciele strajku zostali aresztowani, wydaleni z uczelni, a w ogólnopaństwowych mediach zaczęła narastać nagonka antyżydowska. W wyniku działań rządu setki tysięcy obywateli PRLu pochodzenia żydowskiego musiało wyjechać z kraju. Wydarzenia te trwale zapisały się w pamięci i tożsamości młodego pokolenia - Pokolenia Marca ‘68 roku.
[5] M. Hillar, dz. cyt., s. 37.
[6] M. Hillar, dz. cyt., s. 65.
[7] Tamże, s. 66.
[8] Poezja to nomadka. Współczesna rola twórcy (ze szczególną rolą poety) w kontekście zmian społeczno-literackich, jak nomadyzm literacki, pandemia, audiowizualność, pod red. K. Zwolskiej-Płusy, A. Wiśniewskiej-Grabarczyk, Warszawa 2022, s. 23.
