Różnice w przedstawieniach fikcjonalnych światów. Pandora vs Arrakis
Świat "Avatara" zostaje nam przedstawiony jako miejsce tętniące życiem, zaś ekosystem "Diuny" jest nieprzychylny wszystkim żyjącym tam istotom. Każdy chciałby zamieszkać na Pandorze, raczej nikomu nie marzą się wakacje w śmiercionośnych upałach Arrakis.
Auryn Pajor
3/28/2026


Zmarszczki na wodzie, zmarszczki na piasku
Siedząc w ciemności kina podczas długo przeze mnie oczekiwanego seansu Avatar: Ogień i Popiół, zostałom w pewnym momencie filmu otrząśnięte ze świata Pandory, kiedy jedna ze scen przeniosła mnie myślami na zupełnie inny obcy świat. Na początku trzeciego aktu odbywa się rozmowa pomiędzy głównymi bohaterami a tulkunami – odpowiednikami wielorybów na Pandorze, będącymi jednym z najinteligentniejszych istot tego fikcyjnego świata[1]. Tulkuni posiadają własny język, niewyrażający się tyle w słowach, ile w dźwiękach o różnym stopniu natężenia, lub też tonacji. W scenie, którą chcę tu przybliżyć, widzimy, jak matrona tulkunów „przemawia” – część jej masywnej głowy wystaje ponad wodę, a wydawane przez nią dźwięki rozchodzą się zmarszczkami na powierzchni wokół[2].
Wizualnie (jak zresztą wszystko inne w tym filmie) wyglądało to świetnie, ale nie mogłom się pozbyć nagłego poczucia deja vu. Szybko zidentyfikowałom, że podobny obraz zostaje nam przedstawiony w najnowszej ekranizacji Diuny. Jednak tutaj nie mamy wielkich połaci oceanu, ani zamieszkujących go wielorybów. Naszym oczom ukazuje się niekończące się piaskowe wydmy obejmujące teren całej planety znanej jako Arrakis. A w miejsce wielorybów, dane są nam niewyobrażalnie ogromne czerwie przemierzające bezkresy pustyni niczym wody oceanu. Jako największa ze wszystkich form życia na Arrakis (mogą mierzyć i kilkaset metrów) są one potęgą, z którą musi liczyć się każdy, kto nie chce skończyć w paszczy tej przerośniętej pierścienicy. Jednym z elementów zapowiadających pojawienie się takowego czerwia są właśnie zmarszczki, tutaj jednak na powierzchni piasku, a nie wody[3].
Wychodząc z kina po zakończeniu seansu Avatara 3, wróciłom myślami do tego momentu deja vu. Moim pierwszym stwierdzeniem było, że Diuna robi to ciekawiej – nie pod kątem efektów specjalnych, ile raczej ze względu na niecodzienność widoku, jaki przed widzem kreuje. Każdy z nas z pewnością widział zmarszczki na wodzie. Zaś same wielorybopodobne stworzenia też nikogo szczególnie nie zadziwiają. Co innego zmarszczki rozchodzące się po piasku niczym po wodzie, wywołane przez larwy nieprawdopodobnych rozmiarów. Wywołuje to równocześnie wrażenie znajomości, jak i niecodzienności, nawet może i absurdalności.
Dwie różne spekulatywne biosfery
Podobieństwa między tymi dwoma filmami sci-fi znajdziemy też w innych miejscach. Zarówno Avatar, jak i Diuna poruszają kwestie kolonializmu oraz tematy środowiskowe. Na pierwszy rzut oka cel fabuł obu filmów zdaje się podobny. W jednym, jak i w drugim przypadku głównym bohaterem jest ktoś przybywający na obcą planetę ciemiężoną przez kolonizatorskie siły, postanawiający stanąć po stronie uciskanej rdzennej ludności, do której dołącza nie tylko w walce, ale i przyjmując ich zwyczaje i kulturę, stając się wybrańcem mającym ich ocalić. Oczywiście, nie może się obyć bez obowiązkowego romansu między głównym bohaterem a którąś z rdzennych wojowniczek. Jednak fabularne podobieństwa są powierzchowne, ponieważ przesłania obu tych filmów doprowadzają nas do odmiennych wniosków.
Ta sama fabuła, która w Avatarze ma mieć wydźwięk pozytywny, niemal idylliczny (zwłaszcza w ukazaniu roli natury), w Diunie ma służyć jako krytyka „białego zbawcy”. Świat Avatara zostaje nam przedstawiony jako miejsce tętniące życiem, zaś ekosystem Diuny jest nieprzychylny każdej żyjącej tam istocie, która nie zdoła się przystosować do ekstremalnych warunków. Każdy chciałby zamieszkać na Pandorze, raczej nikomu nie marzą się wakacje w śmiercionośnych upałach Arrakis.
Tak jak i w przypadku fabuły, tak i relacja ludów zamieszkujących oba te fikcyjne światy i natury ich otaczającej jest zarazem podobna, jak i od siebie różna. Zarówno Na’vi z Pandory, jak i Fremenów z Arrakis łączy głęboka więź ze środowiskiem, w jakim na co dzień muszą funkcjonować. Do którego są świetnie przystosowani. Jednak fauna i flora z Pandory zostaje nam ukazana jako inherentnie dobra, posiadająca nawet własną, wspólną świadomość w postaci bogini wyznawanej przez Na’vi – Eywy. Za każdym razem, gdy jakieś zwierzę, czy też roślina zostaje zraniona, widz ma poczuć smutek. Postacie, które szanują otaczający ich świat zostają przez fabułę nagradzane. Zaś ci, którzy niszczą naturę, zostają ukarani. To wszystko po to, aby widz ostatecznie opowiedział się po stronie przyrody. Jest to związane oczywiście z ekonarracją, która jest jednym z głównych motywów wszystkich odsłon rozrastającej się franczyzy Avatara. Rzecz w tym, że natura nie zawsze bywa ci sprzymierzeńcem, nawet jeśli okazujesz względem niej religijny wręcz szacunek. Czasem zostajesz po prostu pożarty przez kilkusetmetrową dżdżownicę.
Już samo usadowienie miejsca akcji na pustyni zakłada, że na tej obcej planecie relacja z otaczającym nas środowiskiem nie będzie przyjaźnią, a ciągłą negocjacją. Śmierć czeka tam każdego, kto popełni najmniejszy błąd. A faktycznym panem i władcą tego świata są właśnie czerwie pustyni. Nie oznacza to jednak, że natura w Diunie ma być zaprezentowana nam jako wróg bohaterów. Sami Fremeni wykorzystują czerwie jako środek transportu, nauczyli się również chodzić w konkretny sposób, żeby nie przyciągać ich uwagi (czerwie wyczuwają rytmiczne odgłosy na powierzchni piasku). Fremeni, jak i Na’vi żyją w zgodzie ze środowiskiem, w którym się znaleźli. Gdzie jednak Na’vi robią to, ponieważ posiadają głęboką, religijną więź z otaczających ich światem, tak w przypadku Fremenów ich religia jest wynikiem przymusowego dostosowania się do warunków życia na ich planecie.
Tu więc też wrócę do mojego punktu wyjściowego, jakim było porównanie tulkunów z Avatara z czerwiami pustyni z Diuny. W odpowiednich sobie światach i historiach zajmują ważne, spirytualne miejsce w relacji z ludami mieszkającymi obok nich. Relacja Na’vi z tulkunami przypomina duchowe braterstwo/siostrzeństwo, żyją w zgodzie ze sobą. Natomiast, o ile Fremeni nauczyli się podróżować na grzbietach czerwi, nadal postrzegają je za swój własny rodzaj bóstwa, panującego nad Arrakis, potężniejszego od nich samych.
Ale tak, jak z poprzednimi różnicami między tymi uniwersami, tak tutaj przyjazna relacja tulkunów z Na’vi jest efektem ogólnego przedstawienia wszystkich istot żywych w tym pięknym świecie. Zaś relacja Fremenów z czerwiami pustyni odzwierciedla ich powiązanie z resztą niegościnnego środowiska – jednego dnia suniesz przez piaski pustyni na wielkim robaku, drugiego zostajesz przez niego pożartym, ponieważ stąpałeś zbyt rytmicznie po piasku. Tak czy inaczej, dla czerwia i pustyni pozostajesz nieistotny.
Moim celem nie jest stwierdzenie, że któryś z tych filmów ma więcej racji (choć z pewnością Diuna trafniej przedstawia realia działań „białego zbawcy”), ale raczej analiza tego, jaką rolę odgrywają fikcyjne ekosystemy w obu tych wymyślonych światach. Przyglądając się bliżej każdemu z nich, jaśniejszy staje się powód różnych odczuć, jakie widz doznaje przy ich doświadczaniu.
Świat dla immersji, świat dla fabuły
Przy kreacji świata Pandory James Cameron celował w „poziom fotorealizmu” [4]. Wszystkie ekosystemy, które zostają nam zaprezentowane, mają być czymś, co widzowie „po prostu nie będą kwestionować”[5]. Celem designu zarówno fauny, jak i flory przede wszystkim jest wizualnie zadowolić widza.
Najczęstszą krytyką stosowaną wobec filmów z serii Avatar jest brak skomplikowanej fabuły oraz słabo rozwinięte postacie. O ile jest to prawda, to faktem jest również, że to nie fabuła czyni z Avatara najbardziej dochodową franczyzę w historii. To, co widzowi sprzedaje James Cameron to bilet na obcą planetę, kilka godzin w świecie, który chcielibyśmy, żeby rzeczywiście istniał.
Świat Diuny również cechuje się uwagą do detali, dzięki którym widz jest w stanie uwierzyć w prawdziwość środowiska ukazanego na ekranie, stworzeń go zamieszkujących oraz w to, jak rozwinęła się kultura Fremenów. Diuna, pod kątem technicznego wykreowania świata, została nakręcona w faktycznie istniejących lokacjach, CGI stanowiło tam element dopełniający luki, które nie mogły zostać zapełnione przez fizyczne elementy. Fenomen Avatara urósł natomiast właśnie z przełomowego wykorzystania CGI, które po dziś dzień nigdzie indziej nie wygląda tak dobrze i realistycznie, jak w tej serii, a już zwłaszcza w jej dwóch najnowszych odsłonach. Jednak uważam, że to właśnie ten hiperrealizm Avatara paradoksalnie staje się dla niego przeszkodą, aby świat przedstawiony mógł mieć przestrzeń do wizualnej gry z symboliką. Zagłębiając się w lasy Pandory, lub nurkując w jej oceanach mamy odnieść wrażenie, jak gdybyśmy realnie znajdowali się w tym miejscu. Pandora wydziera się spoza ekranu, jesteśmy w stanie niemalże namacalnie ją poczuć. Zupełnie, jakbyśmy oglądali film dokumentalny.
W Avatarze fabuła jest jak kamerzysta zabierający nas w różne lokacje świata Pandory. Ważniejsze od skomplikowanej historii i przesłania, które ma z nami pozostać po zakończeniu seansu, jest poczucie immersji. To wrażenie z przebywania w świecie Pandory ma wyjść razem z nami z kina. W Diunie to fabuła gra pierwsze skrzypce, a świat przedstawiony ma służyć podkreśleniu i wizualnemu przekazaniu motywów filmu. Dzięki temu Diuna może pozwolić sobie na większą swobodę artystyczną – jak na przykład w otwierającej Diunę. Część II scenie, gdzie całość została nakryta pomarańczowym filtrem, z wyjątkiem skał i postaci, które na takim tle wybijają się swoimi sylwetkami w czarnym kolorze. Albo też w przedstawieniu planety zamieszkiwanej przez antagonistów – Harkonnenów. Światło ich rodzimej gwiazdy maluje całą planetę w monochromatycznych barwach, pasujących do estetyki tej grupy, ubranej w czerń podkreślającą ich bladą skórę. Nawet wyjęci ze swojego środowiska zachowują jego wyssane z kolorów odcienie.
Pandora to zdjęcie w wysokiej rozdzielczości, Arrakis i pozostałe planety z uniwersum Diuny są jak namalowany obraz, gdzie twórca może pozwolić sobie na artystyczną interpretację obiektu, który odwzorowuje, próbując ująć raczej klimat, niż fotorealistyczną kopię. W Diunie to wizualność jest tłem dla fabuły, a w Avatarze to fabuła jest tłem dla wizualności.
Bibliografia:
[1] Avatar: Istota Wody, reż. J. Cameron, 20th Century Studios, 2022.
[2] Avatar: Ogień i Popiół, reż. J. Cameron, 20th Century Studios, 2025.
[3] Diuna. Część I, reż. D. Villeneuve, Warner Bros., 2021.
[4] Avatar: Istota Wody. Budowanie świata Pandory, Disney+, 2022 [tłumaczenie własne].
[5] Tamże.
