Teatr pomyłek. Tragedia intencji.
"Jesteśmy uczuciowymi analfabetami. I ten przykry fakt nie dotyczy tylko ciebie i mnie, lecz praktycznie wszystkich ludzi. Uczymy się o swoim organizmie i uprawie zboża w Pretorii, i o pierwiastku z liczby pi, czy jak to się tam nazywa, ale ani słowa o duszy. Jesteśmy bezdennie, beznadziejnie niekompetentni, jeśli chodzi o samych siebie i o innych." Ingmar Bergman
Anna Drewnik
6/1/2026


Z przyczyn, z których nie chcę się tłumaczyć byłam na spektaklu, którego tytułu nie znałam. Rozsiadłam się niewygodnie na publiczności cudnej sceny kameralnej Starego Teatru w Krakowie i pochyliłam się do przyjaciółki, pytając o czym będzie przedstawienie.
– Domyśl się – powiedziała moja przyjaciółka.
No może nie do końca tak powiedziała, ale taki był sens jej wypowiedzi. Tak więc zaczęłam się domyślać, odpięłam trybiki mózgu z uwięzi i otworzyłam się na nowe doświadczenie.
Rozbłysły światła i zatańczyły mi w oczach razem z zachwycającą scenografią. Ściany wyłożono lustrami tak obficie, jak nigdy. Pomyślałam, że moc luster jest chyba na tyle długa, aby objąć wokół owalny ekran powyżej. Wtedy powstałby sufit nad sceną zapewniający nam widok z dystansu, nad bohaterami, pewną przewagę. Obrotowa scena oraz czerwone tekstylia tylko dopełniały wrażenia. Jakiego? Jeszcze nie byłam pewna. Najpierw pomyślałam o klubie nocnym i wiele się nie pomyliłam. Byłam gotowa chłonąć każdy szczegół.
Spektakl ruszył. Usłyszałam imię Marianne i już wiedziałam. Żadne inne fakty nie miały znaczenia. Ja już wiedziałam. To interpretacja potencjalnej przyszłości Marianne, przecież wspomniano o jej wielkiej miłości w wieku dziewiętnastu lat, na pewno później pojawi się i ów obiekt tej miłości. Miałam swoją teorię i każde kolejne informacje, nieważne jak odmienne, nadal utwierdzały mnie w przekonaniu. Błąd konfirmacji – u postaci na scenie i u mnie. Marianne miała męża o dziwnie skandynawskim imieniu – trudno, może obcokrajowiec lub nieznane mi odwołanie, studiowała nie ten kierunek – nieważne, przecież służy fabule, ma inne problemy, inną przeszłość, inną rodzinę... i skąd te ciągłe mrugnięcia okiem do Bergmana?
Podczas przerwy grzecznie wyszłyśmy na korytarz, a ja zadowolona z siebie nawet nie bawiłam się w dopytywanie o tytuł, tylko wypaliłam od razu:
– To jakaś wariacja na temat Normalnych ludzi, prawda?
W sekundzie, w której nastała cisza, a ja mogłam podziwiać niezwykły wyraz twarzy mojej przyjaciółki, wreszcie domyśliłam się, że coś pokręciłam. Niestety takiego spektaklu (jeszcze) nie grają w żadnym ze znanych mi teatrów. Okazało się, że byłam na Scenach z życia małżeńskiego. Dlaczego wszystko tak się ułożyło? To też wolę zachować dla siebie. Ważne, że było mi bardzo głupio – a także byłam bardzo zachwycona. Ciekawa kombinacja emocji, to muszę przyznać.
Ciekawy także eksperyment, 10/10, polecam każdemu. Było coś urokliwego w samej atmosferze wyczekiwania na spektakl, co do którego nie miałam (prawie) żadnych oczekiwań. Niezbyt relaksująco, ale stymulująco dla mózgu, kiedy próbowałam łączyć kropki. Zazwyczaj staram się dostrzec każdy drobiazg. Tutaj wszyscy zaangażowani w stworzenie przedstawienia wykazali się przy płynności scen, przenikaniu się wątków, czy innych detalach. Wreszcie poczułam się usatysfakcjonowana wykorzystaniem medium, jakie zapewnia teatr. Rzeczy działy się naraz w różnych miejscach, operatorzy kamery odbijali w lustrach kolejne powielone twarze, aktorzy zrzucali i zakładali maski na scenie.
Przede wszystkim Sceny z życia małżeńskiego w reżyserii Katarzyny Minkowskiej są świetne. Nic dodać, nic ująć, ale jeszcze trochę dodam. To adaptacja na podstawie Ingmara Bergmana, ale tekst i dramaturgię do tej wersji stworzyła Małgorzata Maciejewska, a scenografię Łukasz Mleczak. Wiele innych ludzi jest odpowiedzialnych za tak dobrą robotę i o wszystkich przeczytałam później w internecie. Żałuję, że teraz nie ma dostępnych fizycznych folderów-ulotek w teatrach dla wszystkich spektakli. Chociaż dzięki temu jedyny tytuł jaki widziałam przed czerwonym olśnieniem Scen było Requiem dla snu, więc nie miałam zewnętrznych sugestii.
Nieco się przestrzeliłam z moją indukcją, ale będę trzymała się przekonania, że Sceny z życia małżeńskiego oraz Normalni ludzie mają ze sobą bardzo dużo wspólnego. W zasadzie sprowadzają się do problemów w komunikacji między kobietą i mężczyzną w związku romantycznym. Adaptacja Starego Teatru osadza oryginał w naszych czasach, tym bardziej pokrywa się to z wizją Sally Rooney – współczesny romans we współczesnym świecie ze współczesnymi problemami. Skoki czasowe również pojawiają się w obu utworach i tak samo dodają do treści, z tym że Marianne i Johan pozostają razem (do momentu), a Marianne i Connell schodzą się i rozchodzą w pętli. Wszyscy z tymi samymi problemami w braku komunikacji i emocjonalnym dystansie.
W recenzjach spektaklu czy oryginału Bergmana czytałam o czułej wiwisekcji relacji międzyludzkich, z czym prawdopodobnie muszę się zgodzić, ale nie chcę. Dużo bardziej inspirują mnie słowa o odbiciu relacji – tak jak zwielokrotnione odbicia scenografii sceny kameralnej. Lustra zawsze były fascynujące dla ludzi, od połączeń magiczno-religijnych po interpretacje psychoanalityczne, katoptryczność nie daje nam spokoju. Tutaj nie mamy co liczyć na odbicie w krzywym zwierciadle – zwierciadło powieszono prosto, a do tego wygładzono i wypolerowano. Przeglądamy się w nim tak dokładnie, że nie możemy oderwać się od spirali wypatrywania naszych porów i niedoskonałości – i w tym tkwi problem.
Nie bez powodu mowa tutaj o heteronormatywnej relacji romantycznej. I Bergman, i Rooney skupiają się na tradycyjnych dynamikach damsko-męskich, na rewolucji seksualnej i jej konsekwencjach, na kruchym poczuciu męskości oraz nieustabilizowanej chwilami tożsamości feministycznej. Zastanawiamy się, co by było gdyby było lepiej, było gorzej lub było inaczej. Alternatywne światy, mniej lub bardziej dosłowne prowadzą nas przez mizoginię, pop-psychologię, przestępstwa, a w centrum zdarzeń nadal pozostają tłumione emocje oraz niewypowiedziane słowa.
Chociaż niektórzy pewnie nadal sprowadzą rozmowę do tego, że kobiety za dużo mówią, kropka, lub za dużo mówią: domyśl się.
