Baśń o kolorowych sercach
Słońce ostrymi promieniami zdążyło już porozcinać pociemniałe niebo. Gospodarstwa odżywały po nocnym letargu, na drogi wybiegały rozweselone psy spragnione wspólnych gonitw. Innymi słowy: wracała codzienność. Niektórzy jednak odbiegali od standardowej interpretacji wiejskiego poranka. W przypadku Woli Julickiej byli to Łucja i Maciej, którzy ten poranek spędzali w zagajniku rozciągającym się na południe od wsi. Również agenda ich działań bazowała na czymś innym niż u pozostałych, bowiem zamiast doglądać zwierząt czy plonów, wgłębiali się wzajemnie w swoje serca. Prawdę powiedziawszy tylko to miało dla nich znaczenie. Dodatkowo akompaniament słodkiego śpiewu ptaków i zieleniejące się dzieła natury upiększały tę chwilę, przybliżając ją bardziej do snu niż rzeczywistości.
– Ile my juz tak lezymy? – zapytała po pewnym czasie Łucja, delikatnie wykręcając się z ramienia Macieja.
– Jakie to ma znaczenie, Lucia? – odpowiedział leniwie partner, delikatnie kręcąc zdrętwiałą szyją.
– A idz ze… dobrze wies, o co mi chodzi. Muse wracać, bo ojciec zacnie węsyć. – Po chwilowej wymianie wzrokowej, Maciej się złamał.
– Dobrze, że cie mom. Masz racja…
Pocałowali się jeszcze raz mocno, a następnie wstali i każde z nich wróciło do domu delikatnie inną ścieżką. Łucja weszła od północy wsi, przez co miała do przejścia całą Wolę wzdłuż. Jako że była to ulicówka, miała okazję troszkę pozaglądać do sąsiadów. Z uśmiechem pozdrawiała się z cieślą Wojciechem, rodzicami Macieja i innymi. Podczas wędrówki zdziwiło ją jedynie, że w swojej chałupie nie było już ,Nawiedzonego Karola, który w swoim zwyczaju wstawał najpóźniej. Nie był to człowiek najbardziej rozgarnięty, skąd wziął się jego niezbyt pochlebny przydomek. Nie miał żony, ziemi tyle, żeby jedynie siebie wyżywić, nie wspominając o znacznie podniszczonej chałupie. Łucja jednak nie przejęła się przesadnie – ,,Moze, narescie sie wzioł za siebie.” – pomyślała i ruszyła dalej do swojej chałupy.
***
Jak przystało na tę porę roku, słońce długo utrzymywało rozjaśnione niebo, niemniej i ono musiało ulec nocy. Pod taką właśnie wieczorową peleryną Łucję zaczepił Nawiedzony Karol:– Kogo to posiewa o tej porze?
– Nie mos co robic, Karolku?! – odpowiedziała zdenerwowana Łucja. – Uwazaj, zeby ci te ocka nie zgniły.
– Oj nie, łune nie gnijo. Za to widziały ostatnio co nie co – odpowiedział Karol. Jego głos brzmiał bardzo dziwnie. Sprawiał wrażenie, jakby skrywał w sobie jakieś ogromne pokłady tłumionej ekscytacji. Utrzymując nastrój, Karol kontynuował. – Nie interesuje cie to?
– O, co ty mogłeś ciekawego widzieć?
Po tym pytaniu Karol momentalnie się zaśmiał i odpowiedział:
– Oj mogłem! Choćby to żeś prowadzasz z tym całym Maciusiem… że się z nim bałamucisz po kuntach! Dokładnie to!
– Co?!
– O tu! – powiedział Karol, po czym zaprezentował niektóre ubrania zarówno Łucji, jak i Macieja
– O ty! Oddawaj to, ale juz! – krzyknęła Łucja i ruszyła na prowokatora. Ten jednak sprawnym ruchem odsunął się.
– Spokojnie, Lucia. Ja ci to mogę oddać. Zajdź do mojej chaty dzisiaj, to może się namyślę. Zawsze miałem słabość do dziewek z takim licem jak ty.
– Ty swołocu jeden! Warchole piekielny!
– No spokój! Bo się rozmyślę. Masz problem, Lucio. Ty wybierasz jak duży on będzie – powiedział Karol, po czym z krzywym uśmiechem odwrócił się i poszedł.
Łucja była kompletnie zmieszana i brakowało jej słów. Usiadła na pobliskim kamieniu i na kilka minut schowała twarz w dłoniach. Następnie podniosła ją i spojrzała na chałupę Karola. Wiedziała już, co zrobi.
***
Następny dzień zaczął się niemal tak samo. To, co go wyróżniało, to specjalne miejsce w rozkładzie tygodnia, bowiem była to niedziela. Mimo tradycyjnego obowiązku wybrania się do kościoła, mało kto tego przestrzegał. W tej materii wygrywał najczęściej realizm; mało kto miał siłę po całym tygodniu polnego znoju, ażeby wyruszać na kilku godzinną wędrówkę do świątyni. Najczęściej nie dotyczyło to młodych w tym Macieja i Łucji, którzy wyruszając bardzo wcześnie mieli dużo czasu nie tylko na podróż, ale również romantyczne przerwy. Na jednej z nich Łucja opowiedziała o sytuacji z ostatniego wieczora związanej z Nawiedzonym Karolem.– A to ci bydle! – zareagował Maciej. – Wiedziałem, że łun to jest dziwny, no ale żem nie sądził, że do tego stopnia!
– Naprowde, mi tez… jak to rozpowie to po nas. Po nas! – odpowiedziała z opuszczoną głową Łucja, wciąż zszokowana tą sytuacją. – Przed ślubem. Jesce jo z takiej biedoty.
– Ej, Lucia! Nie smuć się. Słuchaj mnie. Ja się do niego przejdę i pogodomy. Nic nie zrobi, zobaczysz. Poza tym, jeszcze troche, a przemówię ojcu do rozsądku i się pobierzemy. – powiedział Maciej, po czym czule pocałował Łucję.
Ruszyli w dalszą podróż, ciesząc się sobą wzajemnie. Wczesnym popołudniem każde z nich dotarło już do swoich domostw.
***
Zmierzająca do chałupy Łucja dość szybko została pozbawiona radości, jaką zyskała przy Macieju. Stało się to w momencie, gdy na wysokości sąsiadów usłyszała krzyki ojca dochodzące z izby. Na moment stanęła w miejscu i zaczęła rozmyślać, co robić. Postanowiła zakraść się za domostwo i wysłuchać, o co chodzi.– Prose, prose… wsystkie gadajo! Wsystkie! – krzyczał ojciec. – Na rany Chrystusa jaka wyrodna mi sie trafiła! – matka nic nie odpowiadała na te oskarżenia, ale słychać było jej płacz. Następnie kontynuował: – Niech tylko przyjdzie tutej, to tak jej złoje skórę. A i zebym jej tu więcej nie widzioł, tak? – matka nadal w ciszy, ale energicznie przytaknęła na jego słowa. – Eh wy baby! Nie potrafita się upilnować, nic! Tak trudno było ją naucyć?! Ciebie sie pytam?! Tak trudno?!
– Co ja… – zaczęła odpowiadać z trudem matka, lecz zaraz przerwał jej ojciec.
– Niech do miejskich idzie, jak tako kochliwo! Albo na dwór, tam tyz takimi lekko duchami nie pogardzo! – po chwili milczenia krzyknął jeszcze ostatnie oblegi i wyszedł z chałupy. Matka dalej płakała, podobnie jak Łucja, która wiedziała, że jeśli teraz wejdzie, to matka i tak ją zatłuczę na miejscu. Siedziała więc skulona w chwastach, kompletnie skołowana, co robić. W tamtej chwili widziała ostatnią deskę ratunku: Macieja.
***
Gdy Maciej wszedł do izby, od razu poczuł to przepełnione pogardą spojrzenia domowników. Od razu wiedział, że będzie to ciężka rozmowa. Niemniej powitał ich jak zawsze.– Niech będzie pochwalony.
– Na wieki wieków. – Odpowiedziała z dziwną emocją w głosie matka. – Może powiesz, gdzieś był?!
– Na mszy.
– Tylko?!
– Ta…
– Czemu nam nie powiedziołeś?! – krzyknął ojciec. – Że my się dowiadujimy od ludzi, że się obmacujesz po gankach z babami. I to jeszcze z tą bidoczką Warcholówną.
– Ojcze…
– To ja ci tu szykuje piękną gospodarkę, a ty takie rzeczy.
– Ojcze.
– Mogłeś jeszcze splunąć w twarz.
– Ojcze!
– Cicho! I siadaj! Teraz ja mówię! – krzyknął ojciec, wstając gwałtownie od stołu. Po chwili milczenia odezwał się Maciej.
– To nie było tak…
– Słuchaj mnie no! Nie wim, co chcesz nam łożynić, ale dopóki nie zstąpi tutej Panienka Święta i nie poświadczy żeś niewinny to bedziesz zwykłym zawadiaką i warchołem. – Ojciec cieżko westchnął, po czym kontynuował. – Masz stąd wyjechać.
– Co?
– Głuchyś?! Wyjechać! Do stryja w Berendowie, da ci coś do roboty. A jak Bóg da, sprawa zejdzie na Warchołówną i wrócisz za pare lat. Łune i tak są dziwne. Nawet gadać nie potrafio
– O nie ojciec! A ni mi się myśli!
– Słuchaj mnie! Nie masz wyboru. Albo pójdziesz, albo cie zaprowadze.
– Proszę bardzo! Ja Luci nie zostawię! – krzyknął Maciej, po czym ruszył do wyjścia. Ojciec jednak nie dał za wygraną. Rzucił się na Macieja i po krótkiej szarpaninie skrępował go i zaprowadził do stodoły.
– Posiedzisz aż zmądrzejesz! – rzucił na odchodne.
I pomimo odrętwienia to, co bolało Macieja, to serce. Obawiał się, że wizja ojca się sprawdzi.
***
Łucja będąc w pewnego rodzaju amoku, szła dalej. Cały czas czuła na sobie te pełne pogardy spojrzenia sąsiadów, którzy jeszcze dzień wcześniej się z nią pozdrawiali. Teraz była wcieleniem zła, diablicą. Niemniej Łucja skupiała się na konkretnym domostwie, do którego wkrótce zapukała.– Niech będzie pochwalony – powiedziała.
– Na wieki. Czego?! – odpowiedział jej damski głos ze środka.
– Jest moze Maciej?
– Nie.
– Ale…
– Nie ma żadnego Macieja i tu już go nie bydzie. Idze ze stąd!
– Ale… – ponownie zaczeła Łucja, zalana łzami, ale usłyszała tylko:
– Won! Już!
Więc pobiegła do miejsca, które jeszcze ją kochało.
***
Lipowy gajek jak zawsze przyjął Łucję, zaoferował cudowne, naturalne zakątki do wypoczynku. I choć dziewczyna była przerażona tym, co się wydarzyło, to w pierwszej chwili zdawało się, że o tym zapomniała. Woń dzikich kwiatów, rozłożystych drzew napawały ją radością i stanowiły synonim tych pięknych chwil, jakie miała tam okazję przeżyć z Maciejem. Wykończona padła na gęsty, trawiasty dywan i zasnęła.***
Maciej choć zgodził się na warunki ojca, w głębi serca zaprzysiągł, że wyciągnię Łucję z tej sytuacji. Póki co musiał uczestniczyć w tej maskaradzie. Odbył kilka lokalnych rytuałów pokuty, przeprosił rodziców i udał się do sołtysa, który trzymał wszelką korespondencję wpływającą na wieś. Tam znajdował się również list od stryja, w którym to podał adres swojego mieszkania na wszelki wypadek. Sołtys jako jedyny czytający oraz piszący spisał na kawałek kartki tenże adres i przekazał Maciejowi.– Trzymaj Maćku! Aj chłopcze… na co ci to było? Żeby z wierzbową dziewką prowadzać – dopowiedział sołtys.
Maciej z trudem, lecz przemilczał temat, podziękował za przysługę i wyszedł. Z każdą chwilą coraz bardziej pragnął tego wyjazdu, choć nie znał ani kawałka ziemi ponad swoją parafię. Wolał wyjechać na ślepo, na nieznany ląd, żeby tylko przestać wysłuchiwać tych oszczerstw dotyczących jego ukochanej. „Wierzbowa diablica”, „Przybłęda”, „Bękartka” i inne określenia zaocznie przyklejały się do Łucji coraz częściej, nawiązując do bolesnych faktów: że nie urodziła się tu, że rodzina musiała mieszkać pod pechową wierzbą i tak dalej. I choć Maciej pragnął ucieczki, to nie planował jej tylko dla siebie.
***
To był kolejny zagajnikowy wieczór, którego Łucja nawet nie zliczała, bo czuła, że i tak tu pozostania na zawsze. Jedynym pocieszeniem było, iż otaczające ją lipy wyjątkowo piękniały, zakrawając wręcz o jakiś magiczny urok. Pewnego wieczoru jednak w krzakach usłyszała dziwne dźwięki. Nie pasowały one do żadnego zwierzęcia, który zamieszkiwał gaj razem z nią. Tych bowiem nauczyła się rozpoznawać. Wstała i podeszła kawałek bliżej. Gdy się dokładniej przyjrzała, spostrzegła męską posturę, którą kojarzyła. Postanowiła zgadnąć.– Karol?!
Na ten komentarz postać natychmiast się podniosła i ujawniła swoją tożsamość.
– Lucio, ja…
– Ty! Ty! – Łucja wpadła w szał i biorąc przypadkowe kamienie, rzucała w Karola. – Zniscyłeś mi zycie, gnoju! Niech cie carty, diable!
– Lucia, Lucia! – krzyczał Karol, zakrywając twarz i odbiegając na znaczny kawałek. W pewnym momencie Łucja przestała ataku. Karol kontynuował – To…
– Cicho! Idz stąd! Zniscyłeś mi zycie i czego ty jesce chces?! Wziąć to, cego ostatnio nie dostales?! Co?!
– Zrobiłem okropną rzecz i tera o tym wim… czasu nie cofne, przebaczenia nie oczekuje…
– To cego tu jesce stois?! – krzyczała wciąż rozwścieczona Łucja.
– Przyniosłem troche chleba. Taki jak dla siebie pieke, ale chyba jest zjadliwy. – Położył bochenek na kamieniu, po czym odwrócił się i poszedł w stronę wioski.
– Wariat! – krzyknęła Łucja i wróciła do swojego miejsca.
***
– Maciej! Wóz gotowy! – krzyczał ojciec, robiąc ostatnie poprawki przy zaprzęgu koni– Już! – odpowiedział Maciej wstając od klęcznika. Uściskał się czule z matką, babcią i na końcu z kochanym psem. Następnie ruszył na powóz. – Ojcze, pojedźmy jeszcze do kościoła.
– Oczadział czy co? Nie ma mowy. Jo nawet nie wim, jak tam się jedzie i jeszcze po kościołach cie bede woził.
– Ojcze! To być może ostatni raz w tej parafii. Proszę! – powiedział Maciej. Ojciec w odpowiedzi ciężko westchnął.
– Ale żeś narobił… dobrze podjedziem – odpowiedział ojciec, po czym Maciej wskoczył na powóz i w głebi serca błagał Boga, a żeby los wspomógł go w planie ucieczki.
Po znacznym czasie mężczyźni dojechali do kościoła. Maciej wyskoczył z wozu, wszedł do świątyni, po czym wybiegł bocznym wejściem i ruszył do pobliskiego lasu, w którym nieraz spędzali wspólne chwile z Łucją. Planował się tam ukryć i następnego dnia ponownie podejść pod wieś, tym razem po Łucję. W międzyczasie chciał zaplanować pozostałe elementy ucieczki. I jako że Berendów wydawał się niezłym celem, to i tam chciał porwać ze sobą Łucję.
Ojciec po dłuższym oczekiwaniu postanowił również udać się do kościoła. Gdy jednak zauważył, że nikogo nie ma, zaklął w duchu, lecz postanowił odpuścić. ,,Mam nadzieje ze wi co robi” – pomyślał, po czym przeżegnał się i zawrócił do domu.
***
Noc zdawała się być wyjątkowo chłodna i wietrzna jak na tą porę roku. Między innymi dlatego Łucja nie spała. Odciągało ją również od tego jakieś dziwne przeczucie. Bała się, że mogło to dotyczyć Macieja i jego sytuacji. Nagle usłyszała kroki zbliżające się do niej. Były bardzo ciche i naprawdę umiejętnie stawiane. Niemniej dla Łucji nie stanowiły one problemu, bowiem od momentu zamieszkania w lesie, była w stanie usłyszeć nawet najdrobniejszy szelest. Sytuacja jednak zaogniła się, gdy usłyszała dialog między składającymi osobnikami.– Ja jo biere za nogi, a ty reszte. Zabawim się z nią. – powiedział jeden z nich.
Łucję kompletnie sparaliżowało, nie wiedziała co robić w związku z coraz głośniejszymi krokami. Nagle usłyszała uderzenie, potem następne, serię jęków, dźwięki popychania. W końcu dwóch osobników uciekło, niemniej został jeszcze jeden, który im zagroził. Łucja zebrała się i obróciła się. Ujrzała Karola, trzymającego w ręku gałąź.
– Świnie! – powiedział do siebie.
– To ty?! – krzyknęła Łucja.
– Spokojnie.
– Co chces?!
– Nic! Słyszałem co łuni chcą zrobić. Nie mogłem tego tak…
– Ta jasne!
– Tak! Mówiłem, zrozumiałem swoją głupote – odpowiedział też lekko poddenerwowany Karol. – Słuchaj, Maciej wyjechał do Berendowa. Te wszystkie sie tera będo schodzić. Uciekaj, dobrze ci radzę.
Łucja nie wiedziała co się dzieje. Zaczęło jej się kręcić w głowie, a serce zdawało się pękać. Chwilę potem upadła na ziemię, a wokół niej zaczęły krążyć jasne drobinki niczym świetliki. Stopniowo łączyły się w całość, po czym stworzyły wielką kulę światła, w której znalazła się Łucja. Po chwili światło ustało, a w tym miejscu pojawiła się dorodna lipa, z zawieszoną na gałęzi chustką Łucji.
***
Tego dnia był piękny poranek. Maciej przemierzał jak najszybciej pobliskie łąki i pola, aby jeszcze dobiec do Łucji w złocistych promieniach słońcach. Wkraczając do zagajnikach na pierwszy rzut oka nikogo nie widział, lecz po dokładniejszym przyjrzeniu zobaczył pewną postać. Okazał się nią być Karol. Maciej niemal wpadł w szał.– Co za bydle! Czego tu szukasz?! Jeszcze ci mało?! – krzyknął Maciej.
– Uspokój się! Ona już nie wróci – odpowiedział Karol, pochylając głowę przy pieniu świeżo narodzonej lipy
– Co za brednie siejesz?!
– Z rozpaczy przerodziła się w lipę.
– O czym ty gadasz?! – odpowiedział z niedowierzaniem Maciej. Wokół drzewa narodził się nagle wiatr, okrążający również nich.
Po chwili dołączyła do tego lekka mgła, w której Maciej zobaczył wizerunek swojej ukochanej i jej delikatny głos: ,,Odeszłam z nieszczęściami, ażeby was uchronić.” Po tym zdarzeniu wszystkie zjawiska zniknęły. Mimo to Maciej dalej wpatrywał się jednostajnym spojrzeniem w lipę. Rozmyślał, dlaczego pozwolił dojść do takiej sytuacji. W efekcie nie osiągnął on jednak żadnej sensownej konstatacji. Podszedł i, delikatnie przesuwając ręką po pniu, pożegnał się z Łucją. Sam zagajnik nigdy nie pozostał taki sam, za to zyskał specjalne znaczenie. Uchodził za miejsce, gdzie zagubieni i zasmuceni ludzie mogli znaleźć ukojenie lub rozwiązanie swoich kłopotów. Z kolei szczęśliwi winni byli zawsze omijać to miejsce, ażeby ich szczęście nie poszło drogą miłości Łucji i Macieja, która niegdyś się tam zawiązana i pielęgnowana, doprowadziła do zguby zakochanych.
Grafiki: Julia Jonak