Jak gry co-opowe zacieśniają więzi?
Mówi się, że gry bawią i uczą. Faktycznie, mogą one pełnić bardzo zróżnicowane role: bawić poprzez humor, dynamiczną czy chaotyczną rozgrywkę, wzruszać dzięki angażującym historiom bohaterów, a nawet niepokoić.
Każdy ma inny styl rozgrywki. Niektórzy wolą grać w samotności, aby dogłębnie zanurzyć się w danej historii bez zbędnych komentarzy innych. Istnieje jednak spore grono ludzi, którzy preferują grać w większym gronie. Poczynając od duetów, poprzez paczki znajomych, aż po wędrowanie po światach online, gdzie dopiero możemy poznać potencjalnych druhów i formować z nimi całe klany.
Osoby gustujące w grach multiplayer lub co-opowych, pomimo faktu grania we wspólnocie, wciąż pozostają indywidualistami. Samodzielnie eksplorują mapę, zdobywają punkty dla drużyny czy pokonują przeciwników, ale równocześnie mają nadzieję na to, że finalnie to oni otrzymają laury za wygraną i zostaną okrzyknięci graczem rundy. Takie myślenie absolutnie „nie przejdzie” w niżej wymienionych grach — bez współpracy nie będzie wygranej. Jest to życiowa nauka, bo jak bardzo chciałoby się na co dzień wszystko zrobić samodzielnie, czasem najtrudniej jest właśnie zwyczajnie poprosić o pomoc i po prostu się dogadać. A wspólne działanie skutkuje o wiele soczystszymi plonami oraz wspaniałymi nagrodami. Współpraca popłaca!
Chciałabym poeksplorować światek gier kooperacyjnych, dzieląc je na trzy główne funkcje. Pierwszą — rozrywkową, skupioną na zabawie, wspólnym główkowaniu, rozwiązywaniu problemów i zwartej kooperacji. Drugą — straszną, w której łączymy się niepokoju, z obawą spoglądając w przyszłość, która może zaskoczyć nas na każdym kroku. Ostatnią — kładącą duży nacisk na budowanie współdzielonej przestrzeni, opartej w głównej mierze na głębokiej immersji.
Współpraca popłaca
W grach szukamy ukojenia, zrozumienia i radości. Osobiście bardzo lubię gry single-player, ale nic nie sprawia mi więcej radości niż wieść o nowej grze co-opowej, w którą mogę pograć ze znajomymi czy partnerem. W szczególności, że na rynku gier video nie ma ich zbyt wiele.
Granie z kimś wytwarza między graczami poczucie bliskości. Za każdym razem, gdy gram z kimś w parze, rodzi się między nami nić porozumienia, która musi bazować na obopólnym szacunku i dozgonnym zaufaniu. W tym kontekście przybliżę: Overcooked 2, Portal 2 oraz dzieła studia Hazelight (A Way Out, It Takes Two oraz najnowsze Split Fiction), które, choć wystawiają najzdrowsze relacje na ciężką próbę, umożliwiają także budowanie solidnych fundamentów przyjaźni.
Każdy, kto grał w Overcooked 2, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że chwilami może zrobić się… gorąco — ujmując to najłagodniej. Gra opiera się na pracy w kuchni, gdzie sednem rozgrywki jest podzielność uwagi i efektywność w przyrządzaniu kulinarnych dań. Oczywiście istnieje możliwość gry samodzielnie (próbowałam i nie polecam), ale nie bez powodu gra zachęca do wspólnej zabawy. Naprawdę warto wypróbować tryb multiplayerowy, gdzie mimo inicjalnego chaosu i rozgardiaszu, z czasem cel staje się jasny. Sednem sprawy jest doskonała koordynacja i szybkie dostosowanie się do nowych warunków, czyli elastyczność względem zmiany poziomów. Oznacza to, że jeśli przyzwyczaimy się do robienia burgerów, przy okazji przechodząc przez portale, to gra na złość zmajstruje nam totalnie inny poziom z pieczeniem gofrów na unoszących się w powietrzu balonach. Jednak gdy z czasem pojmiemy, jak komunikować się bez nerwów, uda nam się stworzyć zdrową przestrzeń do współpracy, a dzięki niej wkrótce ujrzymy owoce naszej ciężkiej pracy.
Zrzut ekranu z gry Overcooked 2
Kolejną grą, która wystawia relację na próbę jest Chained Together — zabawna, niskobudżetowa gra skonstruowana stricte dla zabawy poprzez… porażkę. Wspólnym zadaniem uczestników tego diabelskiego wyzwania jest przejście z najniższych i najmroczniejszych czeluści piekła na sam niebiański szczyt. Po drodze kłody pod nogi rzuca nam nie kto inny jak złośliwy diabełek, ale prędko można się zorientować, że największego wroga stanowimy, o ironio, my sami. Jako że gracze są do siebie przyspawani łańcuchami, wszelkie skoki, uniki czy nawet samo chodzenie musi być oparte na wyśmienitej koordynacji ruchowej, o którą chwilami niezwykle trudno.
Zrzut ekranu z gry Chained Together
Równie świetne wspomnienia wiążą się także z uroczą platformówką Sackboy: A Big Adventure, gdzie wcielamy się w tytułową szmaciankę — postać, którą możemy modyfikować wedle naszego uznania. Aby wybawić krainę od Vexa, który chciałby wyssać cały świat z wyobraźni, naszym zadaniem będzie zmierzyć się z pomniejszymi bossami i przejść poziomy pełne oryginalnych pomysłów. Przez oryginalne mam na myśli poziomy pękające od nadmiaru kreatywności twórców. Będziemy tańczyć w rytm Uptown Funk, wykonywać kaskaderskie sztuczki na miarę Toma Cruise’a czy ścigać się na czas, omijając przy tym śmiertelnie niebezpieczne przeszkody. Im większe ryzyko, tym większa nagroda, a w tym wypadku będą to gwiazdki. Nieważne jednak, czy gra się dla wyników, czy nie — zabawa, którą zapewnia Sackboy, jest tak samo przednia.
Zrzut ekranu z gry Sackboy: A Big Adventure
Każda z powyżej wymienionych gier zmusiła mnie do większej cierpliwości i wyrozumiałości wobec drugiej osoby. Warto podkreślić, że we wszystkie z nich można zagrać w maksymalnie czteroosobowej drużynie. Także zbierajcie znajomych i zapraszam do zabawy!
Co dwie głowy, to nie jedna
Portal 2 stanowił dla mnie jedną z najwcześniejszych styczności grania w duecie. W kooperacyjnym trybie sequela popularnej serii od studia Valve wcielamy się w postaci dwóch uroczych robotów, których zadaniem jest przetestować funkcjonalność pomieszczeń testowych dla ludzi. Ich atutem jest aspekt niejakiej „nieśmiertelności”. Roboty naturalnie da się odbudować, ale ludzi niestety nie... Ich każdorazowe zniszczenie jest zatem wypadkiem przy pracy, chwilowym błędem, który da się prędko skorygować. Śmierć w tej grze nie stanowi dla graczy zagrożenia, nie budzi też raczej żadnych obaw. Otwiera jednak dla uczestników rozgrywki furtkę do żartowania sobie z siebie nawzajem i przysłowiowego kopania pod sobą dołków, chociaż w tym wypadku trafniejszym stwierdzeniem byłoby raczej tworzenie pod sobą portali… Gra wymaga od nas logistycznego rozplanowania swoich następnych ruchów, ale też intensywnego główkowania. To właśnie wspólnymi siłami musimy odnaleźć rozwiązanie postawionego nam problemu, które często wymaga od nas sporych nakładów czasu, wytężenia zwojów mózgowych, ale przede wszystkim — sprawnej komunikacji opartej na cierpliwości i zrozumieniu.
Zrzut ekranu z gry Portal 2
To samo zresztą mogę powiedzieć o kolejnej grze w podobnym stylu — Ibb & Obb, w której wcielamy się w zabawne małe stworki, których zadaniem jest przejście kolejnych poziomów i ocalenie małych istotek po drodze. Urocza oprawa graficzna jest złudna — ilekroć wracaliśmy z partnerem do tej gry, tyle razy stanęła przed nami nie lada zagwozdka; jak tu sobie pomóc, jak tu przejść tak, aby każdemu było dobrze. Nie chodzi tu o rywalizację, a o kooperację — im szybciej się to pojmie, tym szybciej uda się dojść do celu.
Najznamienitszym przykładem owocnej komunikacji jest seria gier logicznych We Were Here. Jeśli mam być kompletnie szczera, rozpoczynając tę grę poczułam się bardzo głupio… Czułam, że zagadki są zbyt złożone i zawiłe względem mojego krótkiego czasu skupienia uwagi. Prędko jednak zorientowałam się, że obecność drugiej osoby i przeważająca chęć wzajemnej pomocy motywuje mnie, aby przeć naprzód pomimo inicjalnych trudności. Jako nawigator przeprowadzałam mojego partnera przez mroczne zakamarki, otwierałam tajemnicze drzwi i dyktowałam kody do rozwiązania kolejnych zagadek. Wspólnymi siłami udało nam się wydostać z mrocznej twierdzy.
Odnalezienie wspólnych rozwiązań po dłuższym okresie zagubienia jest bardzo gratyfikującym i satysfakcjonującym uczuciem. Myślenie w kierunku wspólnego rozwiązywania problemów działa w pozytywny sposób na stawianie czoła rozterkom życia codziennego.
Ramię w ramię
Na koniec tego segmentu czas na wisienkę na torcie, zasługującą na osobny akapit — i tym razem ciasto nie okaże się kłamstwem (oczko dla kumatych). Nie można mówić o grach kooperacyjnych bez wspomnienia o dokonaniach studia Hazelight. Nie bez powodu każda z ich gier cieszy się niesamowitą popularnością i uznaniem wśród graczy — nawet tych, którzy grają od święta. Może dlatego, że jest to niezwykle rzadkie połączenie wyśmienitej dwuosobowej rozgrywki z immersyjną oraz poruszającą fabułą.
Brothers: A Tale of Two Sons początkowo była przeznaczona dla jednej osoby, której zadanie stanowiło przeprowadzenie dwóch braci przez krainę fantasy pełną niebezpiecznych potworów, pułapek i pokus w celu odnalezienia leku dla swojego umierającego ojca. Pomimo tego, że gra bardzo mi się podobała, odczuwałam brak, który wyrósł z niewykorzystania pełnego potencjału rozgrywki. Na szczęście twórcy remake’u zdecydowali się uzupełnić owy brak i, ku mojej uciesze, dodać długo oczekiwaną funkcję co-opu. Bez zawahania zdecydowałam się zakupić odświeżoną wersję gry, aby przeżyć to na nowo nie z kim innym, jak z moją ukochaną starszą siostrą. Dość oczywisty wybór, skoro w grze również sterujemy rodzeństwem. Wspólnymi siłami pokonałyśmy niejednego potwora, uciekałyśmy z zawalonych jaskiń i ratowałyśmy się nawzajem, tak jak właśnie robią to siostry, co więcej przyjaciółki. Bez zdradzania fabuły — gra złapała nas za serducha i naznaczyła owy dzień rzewnymi łzami oraz uściskami pełnymi miłości i troski.
Zrzut ekranu z gry Brothers: A Tale of Two Sons Remake
Kolejna gra sygnowana przez szwedzkie studio to A Way Out — opowieść o dwóch zbiegach więziennych. Są wybuchy, strzelaniny i ucieczki, ale możemy także liczyć na momenty wyciszenia, rozmowy i zrozumienia pomimo różnic. Powiedziałabym, że to gra idealna dla osób, które nie znają się aż tak dobrze, ale chciałyby poznać się lepiej. Ta produkcja stanowi świetną okazję do zgłębienia niepewnej relacji, a także zacieśnienia więzi opartej na kiełkującym zaufaniu. Była to pierwsza gra co-opowa, którą zaproponował mi mój wieloletni partner, a która równocześnie roznieciła nasz wspólny apetyt na nowości z tego gatunku.
Zrzut ekranu z gry A Way Out
Naturalnym krokiem było więc w zagranie It Takes Two, którą w Internecie okrzyknięto „symulatorem rozwodów” ze względu na wzrastające konflikty wśród par czy to z powodu zniecierpliwienia drugą połówką, czy trudnością z przetrawieniem porażek. A porażki pojawiają się w tej grze często — za wolny czas reakcji czy zbyt ciężki przeciwnik to jedynie wierzchołek góry lodowej. Mimo wszystko dla nas była to gra, która zbliżyła nas do siebie. Obserwowanie losów rozpadającego się małżeństwa u schyłku rozwodu sprawiło, że paradoksalnie uświadomiliśmy sobie, jak bardzo zdrowa jest nasza relacja. Można powiedzieć, że dla nas był to bardziej „symulator małżeństwa”. Zdecydowanie rekomenduję ją parom chętnym przetestować swój związek w podbramkowych sytuacjach.
Zrzut ekranu z gry It Takes Two
Najnowsze Split Fiction jest podzielone na segmenty i na wzór It Takes Two, góruje tutaj wyśmienity level design. Każdy poziom diametralnie różni się od poprzedniego i przedstawia nowe mechaniki, a wśród nich znajdą się między innymi: symulator taplania się w błotku jako świnki czy transformacja w różne słodkie zwierzaki! A warto podkreślić, że jest to historia dwóch początkujących pisarek, których marzeniem jest wydanie książki. Jedna jest fanatyczką science-fiction, więc jej poziomy na myśl przywodzą segmenty żywcem wyjęte z filmów takich jak Tron czy Blade Runner, tymczasem druga gustuje w magicznym świecie fantasy, więc naturalnie można liczyć na poziomy wyjęte prosto ze światów wykreowanych przez J.R.R. Tolkiena czy J.K. Rowling. Split Fiction to zabawa w najczystszej formie.
Oczywiście w każdą z tych gier można grać, jak tylko się chce — w jakiejkolwiek upragnionej kombinacji, ja jedynie przybliżam ich grupę docelową. Osobiście każdą z gier miałam przyjemność ukończyć wraz z moim partnerem. Gry tego typu wymagają nauki cierpliwości i wyrozumiałości dla drugiej osoby. Obojgu z nas zdarzało się na drugą osobę czekać, aż wykona jakąś akcję czy przejdzie tor przeszkód. Nieraz bywało, że któreś z nas było zmęczone po ciężkim dniu, a drugie przepełnione energią, więc dynamika rozgrywki zanikała gdzieś po drodze. Wynieśliśmy z tego wartościową naukę na temat tego, kiedy trzeba odpuścić, zwolnić, a które momenty są odpowiednie dla dopingowania czy motywowania. Uczą więc tego, jak sprawnie się komunikować, ale w sposób, który nie naraża drugiej osoby na żadne nieprzyjemności. Gry, które inicjalnie zmuszają nas do współpracy, a dodatkowo raczą nas jeszcze pięknie skonstruowaną narracją, wzbudzają w odbiorcach cały wachlarz emocji, ukrytych głęboko uczuć i zmuszają do głębokiej refleksji.
Z duszą na ramieniu
Na swoje miejsce wśród grona gier co-opowych zasługują także horrory. Horrory można razem oglądać, ogrywać i przeżywać. Zawsze jednak ich wspólnym czynnikiem jest to, że zbliżają odbiorców do siebie. Współdzielony strach objawia się w gorączkowym trzymaniu się za rękę, spanikowanych spojrzeniach w poszukiwaniu otuchy czy panicznej ucieczce w dramatycznym akompaniamencie krzyczenia wniebogłosy.
Zacznę od najmniej strasznych horrorów z mojej listy, a będą nimi gry od polskiego studia Techland, czyli Dead Island oraz Dying Light. Obie gry mają ze sobą wiele wspólnego. Główny bohater musi ocalić miasto lub wyspę przed epidemią zombie, a aby się to ziściło, będzie zmuszony wykonać wszelkie zadania od okolicznych NPC-ów. Jeśli mam być kompletnie szczera — te gry nie są zbyt złożone fabularnie. Powiedziałabym nawet, że jest to definitywnie ich najsłabsza strona. Zadośćuczynili to jednak, dodając funkcję dynamicznego parkouru, ekscytującej walki i zróżnicowanej artylerii. Za to mechanika, która udała się polskim deweloperom w największej mierze, to opcja gry w aż czteroosobowej drużynie! Obie gry przypominają wtedy bardziej Left 4 Dead, gdzie razem z grupą ocaleńców biega się po mieście i w wymyślne sposoby morduje zombie. Gra nie jest wtedy ani straszna, ani trudna, a to dlatego, że w grupie siła. Gdyby nie ten aspekt rozgrywki prawdopodobnie sama nie skończyłabym żadnej z tych gier, ale funkcja zespołowej współpracy sprawiła mi mnóstwo frajdy.
Zrzuty ekranu z gier Dying Light i Dead Island
A teraz przejdźmy do czegoś z lekka straszniejszego… Specjalnie dla miłośników immersyjnego doświadczania strachu powstało Lethal Company. Gra dostarcza strachu najwyższej klasy poprzez doświadczanie wspólnej traumy. Jako członek ekipy, której zadaniem jest zbieranie wartościowego złomu dla tajemniczej korporacji, razem ze znajomymi możemy podróżować po różnych planetach. Kolejny zwykły dzień w robocie w dystopijnej przyszłości, prawda? Nic bardziej mylnego. Natkniemy się na różne mrożące krew w żyłach kreatury. Każda z nich jest groźna na swój indywidualny sposób, więc wspólnymi siłami możemy je zgładzić lub uciec tam, gdzie pieprz rośnie. Aspektem, który najbardziej urzekł mnie w grze jest system komunikacji. W czasie rozgrywki rozmawiamy z innymi kompanami poprzez wbudowany chat głosowy, ale w momencie gdy druga osoba się oddali, będziemy słyszeć ją coraz gorzej. Zdarza się tak, że nie wiadomo, czy nasi współpracownicy po prostu za daleko odbiegli, czy padli ofiarą zmutowanego potwora lub tragicznego upadku. I to jest właśnie piękno tej gry. Wędrowanie po obskurnych korytarzach, zbieranie zabawnych przedmiotów i walka o jeden dzień więcej wspólnych eskapad. Co ciekawe, Lethal Company było dla mnie furtką do bliższego poznania ciekawych osób na nowych studiach, więc definitywnie polecam tę grę jako okazję do zacieśnienia więzi.
A teraz przejdźmy do czegoś z lekka straszniejszego… Specjalnie dla miłośników immersyjnego doświadczania strachu powstało Lethal Company. Gra dostarcza strachu najwyższej klasy poprzez doświadczanie wspólnej traumy. Jako członek ekipy, której zadaniem jest zbieranie wartościowego złomu dla tajemniczej korporacji, razem ze znajomymi możemy podróżować po różnych planetach. Kolejny zwykły dzień w robocie w dystopijnej przyszłości, prawda? Nic bardziej mylnego. Natkniemy się na różne mrożące krew w żyłach kreatury. Każda z nich jest groźna na swój indywidualny sposób, więc wspólnymi siłami możemy je zgładzić lub uciec tam, gdzie pieprz rośnie. Aspektem, który najbardziej urzekł mnie w grze jest system komunikacji. W czasie rozgrywki rozmawiamy z innymi kompanami poprzez wbudowany chat głosowy, ale w momencie gdy druga osoba się oddali, będziemy słyszeć ją coraz gorzej. Zdarza się tak, że nie wiadomo, czy nasi współpracownicy po prostu za daleko odbiegli, czy padli ofiarą zmutowanego potwora lub tragicznego upadku. I to jest właśnie piękno tej gry. Wędrowanie po obskurnych korytarzach, zbieranie zabawnych przedmiotów i walka o jeden dzień więcej wspólnych eskapad. Co ciekawe, Lethal Company było dla mnie furtką do bliższego poznania ciekawych osób na nowych studiach, więc definitywnie polecam tę grę jako okazję do zacieśnienia więzi.
Zrzut ekranu z gry Lethal Company
Wspaniałą alternatywą dla filmowego seansu kina grozy jest zagłębienie się w rozgrywkę którejkolwiek gry od studia Supermassive Games w trybie „kanapowego co-opa”. A wybór jest naprawdę imponujący: od historii o podziemnych wendigo (Until Dawn), przez duchy podwodnego wraku (Man of Medan z kolekcji Dark Pictures Anthology), aż po krwiożercze wilkołaki grasujące po lesie (The Quarry). Każda z gier przypomina interaktywny film, w którym to my jesteśmy odpowiedzialni za przetrwanie młodych i chwilami rozbrajająco głupkowatych bohaterów rodem z klasycznych slasherów. Odpowiedzialność za ich los i faktyczna sprawczość trzymają w napięciu i oczekiwaniu. Czy nasz wybór był poprawny? Jakie będą jego konsekwencje? Ryzyko jest częścią doskonałej zabawy idealnej na wieczór z dreszczykiem przy telewizorze, z piwkiem i paczką chipsów. Mówię z doświadczenia — zabawa murowana. To i mokry od potu kontroler…
Zrzuty ekranu z gier Until Dawn oraz The Quarry
A jeśli ktoś stroni od bezpośredniego grania w horrory i woli się trzymać na dystans, polecam obserwowanie drugiej osoby przy rozgrywce. Takie gry jak Alien Isolation, Silent Hill czy Resident Evil są idealnymi przykładami gier, które można podziwiać i przeżywać z dystansu, nie tracąc na tym zabawy.
Razem raźniej
Sidey Myoo w swoim tekście o światach wirtualnych podkreśla wagę ich wiarygodności. Twierdzi, że są tak autentyczne, że stanowią przedłużenie naszej realnej egzystencji. Umożliwiają nam posiadanie drugiego życia, w którym autokreacja ulega ciągłej metamorfozie i nic nie jest niemożliwe.
W czasach pandemii COVID spotykanie się na żywo ze znajomymi, a nawet z rodziną, było poza zasięgiem. Każdy siedział zamknięty w izolacji, odgrodzony od reszty społeczeństwa. W chwilach samotności gry były dla mnie zbawienne, bo właśnie dzięki grom imitującym prawdziwe życie mogłam „widywać się” codziennie z moimi znajomymi.
W GTA V oprócz wykonywania standardowych misji, jak tytułowe kradzieże samochodów, napady na bank czy gnębienie niewinnych NPC-ów, robiliśmy też mnóstwo rzeczy przyziemnych, gdyż na tamten moment były one nieosiągalne. Razem wybieraliśmy się na przejażdżki po mieście, wędrowaliśmy po plaży Los Santos, imprezowaliśmy w nocnych klubach, a nawet przesiadywaliśmy do białego rana na jachcie kolegi, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Takie doświadczenia były namiastką prawdziwego życia, a przede wszystkim realnej bliskości, na której deficyt wtedy cierpieliśmy. Nawet po pandemii GTA V wciąż stanowi dla mnie mój wirtualny dom w skrzywionym zwierciadle, w którym mogę odwiedzić starych znajomych, jak gdyby nie upłynął żaden czas.
Zrzut ekranu z gry GTA V
Minecraft również uplasował się wśród gier co-op, do których regularnie powracam. Zawsze ze znajomymi znajdujemy nowy teren, budujemy wioskę, powołując zwierzęta do życia. Budujemy wspólnotę, w której każdy będzie czuł się komfortowo – przestrzeń opartą na bezpieczeństwie i kooperacji. Wspólnymi siłami formujemy miasta, drogi, przedzieramy się przez ciemne jaskinie, przemierzamy oceany i zróżnicowane biomy w poszukiwaniu minerałów i bogactw, ryzykując każdego dnia dla lepszego jutra. Dla świata, w którym będzie o jednego potwora mniej, a o jednego mieszkańca więcej. Ten świat złożony z sześcianów wzbudza wielkie pokłady nostalgii, przypomina o beztroskich latach dzieciństwa i stanowi przestrzeń, do której chce się wracać. Przestrzeń, w której to my, gracze, jesteśmy malarzami, a świat naokoło to nasze płótno.
Moim ostatnim odkryciem jest Palia, do której zachęciła mnie moja siostra. Ta gra to połączenie Stardew Valley z Disney: Dreamlight Valley z tą różnicą, że możemy grać na serwerze online i poznawać nowe osoby. Tym razem wychodzimy poza ramy lokalnego świata, otwieramy wrota do multiplayera, gdzie rozmowy na chacie globalnym są codziennością. Rozmawiamy więc o życiu codziennym, o zainteresowaniach, żartujemy, ale równocześnie kulturalnie handlujemy, a nawet obdarowujemy bez proszenia o nic w zamian. Odwiedzanie swoich sąsiadujących działek buduje poczucie kształtowania realnej społeczności opartej na wzajemnej życzliwości. Nie jest to z pewnością gra dla fanów wielkich wybuchów czy emocjonujących scen walki, ale dla zwolenników spokoju, relaksu i tzw. chill gamingu. Gra, przy której można skupić się na rozmowie i poznaniu drugiego człowieka za ekranem, równocześnie zagłębiając się w prostą, aczkolwiek wysoce uroczą rozgrywkę. Dla mnie jest to idealna okazja do nadrobienia zaległości z moją siostrą oraz przestrzeń, w której możemy utrzymywać relację, dzieląc się swoimi przeżyciami życia codziennego, gdy ciężko jest znaleźć czas na spotkanie na żywo.
Zrzut ekranu z gry Palia
Mam nadzieję, że przedstawiony przeze mnie wachlarz możliwości spędzania wspólnego czasu w różnorakich formatach wirtualnych był dla was wystarczający. Niezależnie od tego, jaki jest twój towarzyski cel: zawiązanie nowych znajomości, pielęgnowanie aktualnych relacji, zgłębianie przyjaźni czy po prostu czysty fun w doborowym gronie, gry są na tyle zróżnicowane, że każdy może odnaleźć coś dla siebie.
Grafiki: Bartek Iskra