ten o przyjaźni | półrocznik

Stare dobre czasy trwają teraz – wywiad korespondencyjny z Olą Kubiak

2025-11-22 18:09
<iframe data-testid="embed-iframe" style="border-radius:12px" src="https://open.spotify.com/embed/track/7D0RhFcb3CrfPuTJ0obrod?utm_source=generator" width="100%" height="352" frameBorder="0" allowfullscreen="" allow="autoplay; clipboard-write; encrypted-media; fullscreen; picture-in-picture" loading="lazy"></iframe>
Że życie nie musi pędzić, że warto czasem się po prostu zatrzymać. Że każda chwila jest warta uwagi i zadumania. I że życie nas omija nie wtedy, gdy gdzieś nas nie ma, ale gdy nie ma nas tu i teraz. O tym – i kilku innych sprawach – pisałam połową kwietnia, gdy „za oknem zrobiło się już naprawdę soczyście”, z prowadzącą małomiasteczkowe życie Olą Kubiak, która na swoim profilu na Instagramie [@ola.kubiak] codziennie pokazuje, że życie slow jest piękne i pełne małych-wielkich radości.

Kinga: Zacznę być może przyziemnie, ale niezwykle mnie to ciekawi. Opisz proszę swoje otoczenie teraz, w momencie odpisywania na to pytanie. Co słyszysz, co widzisz, czy miejsce, w którym jesteś, Cię inspiruje, czy po prostu tutaj znalazłaś chwilę, żeby usiąść do pytań?

Ola: Tak się składa, że właśnie znajduję się w pociągu, który ostatnio stał się moim najpopularniejszym środkiem transportu. Trasa Kłodzko – Wrocław oferuje przepiękne widoki i choć oglądam je wielokrotnie każdego miesiąca, wcale mi się nie nudzą. Co więcej, mogę obserwować, jak tydzień po tygodniu wszystko zielenieje i wraca do życia. W momencie wymieniania naszej korespondencji jest połowa kwietnia, więc za oknem zrobiło się już naprawdę soczyście. Oprócz pięknych pagórków z sarenkami i pierwszych prześwitów rzepaku, radością napełnia mnie to, że coraz więcej obserwuję spacerowiczów i rowerzystów. Chyba już wszyscy czekaliśmy na to, aż powietrze zacznie pachnieć inaczej.

K: Zapytałam o to, ponieważ jesteś osobą, która, nie mogę mówić za innych, ale mnie z pewnością, uczy uważności. Sposób, w jaki pokazujesz swoją codzienność na Instagramie – chociaż wiadomo, że jest to jedynie wycinek Twojego życia, który wybierasz do publikacji – ujmuje detale, których wiele osób nawet nie zauważa i ich nie docenia. Jaki jest Twój przepis na czerpanie radości z tych małych rzeczy?

O: Bycie dobrą obserwatorką to coś, co staram się nieustannie rozwijać. Doświadczenia ostatnich lat nauczyły mnie pewnego banału – stare dobre czasy trwają teraz. Ciągle tak gonimy za dorosłym życiem, za pierwszą pracą, za wymarzoną pracą, za wakacjami i ukończonym remontem, a po latach wspominamy zamieszkiwanie na stancji i dzielenie kuchni z czterema współlokatorami jako jedno z najlepszych wspomnień studenckich lat. Dlatego, pomimo wartości w docenianiu przeszłości i oczekiwaniu z nadzieją na przyszłość, moim bogactwem jest skupienie się na tym, co dzieje się teraz. Bo na patrzeniu w przyszłość niejeden już spędził całe życie. Piękno dzieje się na naszych oczach i nie musi być spektakularne. Kubek ciepłej herbaty wypitej w spokoju, powolny spacer po ulubionej łące w towarzystwie bliskiej osoby i kolacja z przyjaciółmi, kiedy policzki bolą cię ze śmiechu to takie prozaiczne rzeczy, za którymi potem można zatęsknić.

K: Jakiś czas temu dość znacząco zmieniło się Twoje życie, przeprowadziłaś się z dużego miasta do Kotliny Kłodzkiej, zmieniając wiele rzeczy w swojej codzienności. Co najbardziej doceniasz w nowym miejscu?

O: Rzeczywiście przeprowadzka z Wrocławia w rodzinne strony była znaczącą zmianą w moim życiu, ale to częściowo właśnie ona ukształtowała moje obecne postrzeganie codzienności. Duże miasto oferuje ogrom możliwości, ale potrafi też swoją obfitością przebodźcować. Kotlina Kłodzka przywitała mnie poczuciem spokoju, jakiego nie zaznałam od wielu lat. Doba wszędzie trwa 24 godziny, ale przysięgam – w małym mieście czas płynie wolniej. Rozrywki, które zazwyczaj skupiały się na wydawaniu pieniędzy, zamieniłam na te, które zapewniało mi nowe otoczenie. Codziennością stały się letnie wieczory nad zalewem czy wycieczki rowerowe, których celem było obejrzenie zachodu słońca na ulubionym pagórku. Ale małe miasto to dla mnie też większe poczucie bycia częścią społeczności. Pani z warzywniaka wie, że zawsze czekam na dostawę kolendry, pan fotograf, u którego wywołuję zdjęcia, przy każdej wizycie pyta, gdzie wybieram się na następny urlop, a w ulubionej piekarni pamiętają, że jak kupuję rogaliki, to te migdałowe. To jest dla mnie piękne, a nawet wzruszające.

K: A czy jest coś, co dawało Ci duże miasto, a za czym teraz tęsknisz?

O: Oczywiście, duże miasta oferują naprawdę wiele. Brak tam wykluczenia komunikacyjnego, o wiele łatwiej o dobrą pracę, na wyciągnięcie ręki jest każdy możliwy sklep, a dostępność opieki medycznej jest nieporównywalnie większa. Mogłabym tak wymieniać jeszcze wiele zalet dużych aglomeracji, ale już przy przeprowadzce powtarzałam sobie dwie rzeczy. Zmiana miejsca zamieszkania nie musi być decyzją na całe życie, a gdy mi czegoś zabraknie, w każdej chwili mogę te braki nadrobić krótką wycieczką. Korzystniejszym dla mnie okazało się być dalej od pędzącego świata i dostarczać sobie tych wrażeń wtedy, gdy tego potrzebuję, zamiast żyć w tym na co dzień i czuć, że ciągle coś mnie omija, bo przecież nie biorę udziału we wszystkim.

K: Jedno miejsce w Kotlinie Kłodzkiej, które każdy powinien odwiedzić raz w życiu to…?

O: Wybierając się w tak piękny zakątek Polski, żal byłoby zobaczyć tylko jedno miejsce, więc pozwolę sobie tę listę nieco wydłużyć. Klasyki, które bym poleciła to: punkt widokowy Kukułka i okoliczne polany, spacer po lesie z wizytą w słynnym schronisku PTTK Jagodna i racuchami jagodnymi, o których nie można zapomnieć, cały Park Narodowy Gór Stołowych i okoliczna Droga Stu Zakrętów. W samym Kłodzku można pooglądać piękne kamieniczki i zjeść najpyszniejsze pączki z różą w cukierni Dudziak.

K: Na swoim profilu bardzo często pokazujesz naturę: zachody słońca, kózki spotykane podczas spacerów, kotka Dobrulę, kwiaty, owoce i warzywa zbierane w ogrodzie u rodziców, zielone łąki, snopy siana, pikniki, piękne widoki i miejsca. Co ważnego do Twojego życia wnosi częste przebywanie tak blisko natury?

O: Natura daje mi ukojenie, pozwala zwolnić i zwrócić moją uwagę w stronę bieżącej chwili. Idąc pięknym lasem dużo łatwiej skupić mi się na świadomym oddechu, niż gdybym miała praktykować to na głośnym chodniku. Otaczająca mnie przyroda jest też świetną motywacją do ruchu, co bardzo sobie cenię jako osoba, która nie ma wielkich chęci do aktywności fizycznej. Nawet prosty spacer może być pewną formą medytacji i sposobem, by na chwilę oderwać się od świecących ekranów. A tam, gdzie nocą widać gwiazdy, czuję się po prostu najlepiej.

K: Twój idealny dzień wyglądałby…?

O: Z wiekiem coraz bardziej doceniam, jak wielkim bogactwem jest spokój ducha i brak zmartwień. Dlatego taki wymarzony dzień byłby powolny, skupiony na nieskomplikowanych czynnościach i zapewniający proste rozrywki. Byłaby to ciepła, słoneczna sobota, w którą miałabym czas na zakupy na lokalnym targu, upieczenie ciasta ze świeżymi truskawkami, wycieczkę do lasu, odwiedzenie bliskich i długą kolację na balkonie. Takie proste przyjemności bez zmartwień ciążących na ramieniu to prawdziwy luksus.

K: Jakbyś mogła dać jedną radę młodszej sobie, jak by brzmiała?

O: Przestań porównywać się do innych, zarówno pod kątem ich osiągnięć, jak i celów. Twoje marzenia mogą być zupełnie inne niż marzenia, o których słyszysz dookoła. Wsłuchaj się we własne pragnienia i dostrzeż, co tak naprawdę sprawia, że czujesz się dobrze i potrafisz znaleźć choć odrobinę piękna w niepozornym dniu. Nie musisz nieustannie dążyć do wielkich rzeczy i tylko takich uznawać za osiągnięcia godne poklepania się po ramieniu. Zacznij doceniać zwykłe, przyziemne rzeczy, bo tylko w ten sposób zapewnisz sobie odrobinę szczęścia każdego dnia.

K: Na koniec rozmowy zostawiłam mały smaczek, trochę dosłownie. Osoby, które Cię obserwują, na pewno wiedzą, że jedzenie jest dla Ciebie ważne, oraz że uwielbiasz gotować. Jakie jest Twoje ostatnie kulinarne odkrycie?

O: Przy tym pytaniu nie mogę nie wspomnieć o tym, co jeszcze odebrała i dała mi przeprowadzka. W małych miastach gastronomia (szczególnie ta dobra) jest znikoma. Jako miłośniczka azjatyckich smaków musiałam jakoś to przegryźć i zacząć serwować wymarzone dania w domu. Taka sytuacja sprawiła, że zaczęłam naprawdę sporo czasu spędzać w kuchni i zauważyłam, że daje mi to mnóstwo radości. Ostatnio moim ulubionym daniem jest panang curry poznane w Tajlandii. Zachwyciło mnie swoją aromatycznością, świeżością i unikatowym smakiem, dlatego musiałam odtworzyć je po powrocie z podróży, a dodatkowo zdecydowałam się podzielić przepisem z moimi obserwatorami!

Grafika: Patrycja Gołdyś