Please ensure Javascript is enabled for purposes of website accessibility
ten o przyjaźni | półrocznik

Namiot, karton i 17 przesiadek

Ciągle pamiętam, jak w 2012 roku polecieliśmy z rodzicami do Grecji. Trzy godziny w samolocie, potem godzina busem z lotniska do hotelu i byliśmy na miejscu. Przez następny tydzień wyjechaliśmy z ośrodka maksymalnie dwa razy. Resztę czasu spędziliśmy zgodnie z savoir-vivre wakacji w ciepłych krajach: basen, lody i narzekanie na upał, chociaż w sumie to właśnie dla niego tu przyjechaliśmy. Nie myślałem o tym wtedy za dużo – dla dziecka był to szczyt marzeń i absolutny raj na ziemi. Nie zrozumcie mnie źle: wcale nie uważam, że takie „stacjonarne” urlopy to strata czasu. Jednak po kilku latach, kiedy wspominałem te wakacje, moja podświadomość podsunęła mi pytanie: „Czy ja w ogóle byłem w Grecji?” I najgorsze było to, że wcale nie byłem pewien odpowiedzi.

I wiadomo, że podróż podróży nierówna. Poza tym subiektywne preferencje nie powinny wartościować tego, czy możemy kogoś nazwać turystą ambitnym, czy leniwym (mam wątpliwości, czy taki podział w jakiejkolwiek sytuacji ma sens). Pomimo tego nachodzą mnie ostatnio myśli o czymś, co w mojej głowie roboczo nazwałem „świadomością podróżniczą” – czyli umiejętności spojrzenia na podróż jak na proces, który nie musi ograniczać się do dostania się z punktu A do punktu B i z powrotem. Wiem, że brzmi jak banał i pewnie sam kilka lat temu słysząc coś takiego, jedynie przewróciłbym oczami. Jednak wszystko się zmieniło, kiedy zdecydowałem się spróbować autostopa.

Na początku, żeby nikt nie narzekał, że nie ostrzegałem – to jest cholernie niewdzięczna forma podróżowania. Satysfakcja (tudzież jej brak) z takiej przygody w znaczącym stopniu zależy od czynników od nas niezależnych – pogody, ruchu na drodze czy po prostu szczęścia. Jest też oczywiście, być może najistotniejszy w całej zabawie, element ludzki. Kierowca i autostopowicz muszą sobie zaufać, mając absolutnie zero informacji początkowych, a czasem również bardzo ograniczone możliwości porozumienia się – nigdy nie zapomnę podróży ze starszym serbskim panem, który w swojej czerwonej, wzmagającej klaustrofobię furze nieznanej mi marki, zgodził się zabrać mnie z granicy węgiersko-serbskiej. Ten dżentelmen mówił jedynie po serbsku – a ja niestety akurat tę lekcję w szkole ominąłem. Nasza rozmowa wyglądała tak, jak wyobrażam sobie prehistoryczne początki języka mówionego – dwa „zdania”, które zapadły mi w głowie to „In Belgrad mafia” i „Poland pretty”. Resztę wypełniły śmiechy i moje ciche modlitwy, żebym przypadkiem w dalszej drodze nie trafił do serbskiej stolicy.

Przyznaję więc, że autostop może być skokiem na głęboką wodę i dla niektórych po prostu przerostem formy nad treścią. Ba, mam znajomych, których zdołałem przekonać na taką podróż, a którzy teraz pewnie przeklinają moje imię przed snem. Jestem jednak pewien, że czas zagoi rany i w przyszłości dadzą takiemu podróżowaniu jeszcze jedną szansę. Więc tak właściwie, to dlaczego warto?

Przede wszystkim, takie wyjście ze strefy komfortu pozwala na nowo docenić wygodę codziennego życia. Pierwsza noc na materacu po tygodniu spania w namiocie, długo wyczekany prysznic czy posiłek składający się z czegoś innego niż wafle ryżowe – wszystko, co na co dzień wtapia się w tło naszego dnia, nagle staje się najcenniejszym skarbem. Jest to również świetny sposób na ucieczkę, chociaż na chwilę, od naszej wypełnionej bodźcami codzienności. Dla mnie stała się to również specyficzna forma medytacji – czekając na jakąś dobrą duszę, która zgodzi się wywieźć cię z austriackiego Rastplatzu, nie zostaje nic innego jak po prostu… rozmyślać. Uspokoić oddech, rozejrzeć się dookoła i docenić rzeczywistość.

Autostop jest również w stanie przekonać nawet największego sceptyka ludzkiej dobroci, że jednak domyślnie jesteśmy „zaprogramowani” na pomaganie sobie nawzajem. Z drugiej strony, naturalne wydaje się postawienie pytania: co tak niezwykłego i wielkodusznego kryje się w zwykłej podwózce?

Sęk w tym, że wpuszczenie do samochodu to jedynie namacalna przykrywka, która pozwala ujawnić całą resztę. Na kilkadziesiąt minut kierowca wprowadza cię do swojego życia. Nie zliczę, ile razy wsiadałem na tylne siedzenie tylko po to, żeby spotkać się tam z ciekawskim, choć lekko bojaźliwym wzrokiem dziecka. Mały chłopiec ze Zwolenia, który właśnie jedzie na obiad po treningu piłki nożnej czy dziewczynka, która teraz boi się odezwać, ale już za 15 minut opowie z niezrównaną pasją wszystkie szczegóły bajki, którą akurat ogląda. I choć one jeszcze tego nie wiedzą, zawsze gdy przeżywam taką interakcję, nie mogę przestać myśleć o tym jak dobry przykład dają im rodzice, właśnie takimi na pierwszy rzut oka niewiele zmieniającymi decyzjami.

Bo cały koncept autostopu opiera się właśnie na krótkich momentach. Na przeżyciach, które są wyjątkowe, ponieważ nigdy dokładnie się nie powtórzą. I chociaż w pewnym sensie jest to wizja niewątpliwie przykra, to niesie ona za sobą realny i pozytywny wpływ na nasz sposób myślenia, nie tylko w temacie podróży. Jest to nasz sygnał do zwolnienia i wchłaniania atmosfery, która nas otacza – od razu przychodzi mi do głowy macedońska stacja benzynowa, na której przyszło mi kiedyś spędzić bardzo wczesne godziny poranne, szukając dalszego transportu. Disco lecące ze starego telewizora niosło się po ciemnych polach, a w środku nie było widać dalej niż na kilka metrów przez papierosowy dym wytwarzany przez praktycznie każdego klienta. I pomimo tak niesprzyjającej pory, jedyne czym przyjęli mnie tamtejsi ludzie, był uśmiech i ciepło, a po niecałych dwudziestu minutach już pędziliśmy z nowo poznanym młodym biznesmenem dalej w głąb Bałkanów. Takie małe momenty sprawiają, że człowiek nieodwracalnie zakochuje się w otwartości i stylu życia opartym na bezinteresownych dobrych gestach, ale również w wolności, jaką daje takie „żywe” podróżowanie.

Po przeszło dwunastu latach udało mi się wrócić do Grecji. I chociaż mapa twierdzi, że droga w tym czasie wcale się nie wydłużyła, to tym razem zamiast trzech godzin, dotarłem do celu po trzech dniach. W Słowacji, którą samolot przelatuje w piętnaście minut, spędziłem prawie dwadzieścia godzin. Poznałem polską parę zapalonych rowerzystów, którzy w drodze na Balaton zrzucili mnie w Budapeszcie. Pędziłem zdecydowanie za szybko macedońskimi autostradami, które wspinały się i opadały po wzgórzach pasma Korab i nic nie robiły sobie z tego, że kierowca szarego Volvo co chwilę ku swojej uciesze i mojemu przerażeniu udaje, że puszcza kierownicę. Na końcu zobaczyłem Helladę, nie taką jak na pocztówkach, ale prawdziwą – wciąż piękną, choć tym razem w diametralnie inny sposób.

Oczywiste jest, że kiedy po wielomiesięcznych oczekiwaniach w końcu przychodzi długi weekend czy urlop, naszym pierwszym instynktem nie jest złapanie wypełnionego po brzegi plecaka i rozpoczęcie ryzykownej i fizycznie wymagającej podróży autostopem. Chcemy wygody – przecież na to tyle pracowaliśmy. Dobieramy więc terminy lotów i wybieramy wymarzone hotele, aby chociaż na kilka dni móc się faktycznie zrelaksować. Jednak zanim mrugniemy okiem, wyjazd się kończy, a my często wracamy do codziennego życia z poczuciem niewykorzystanej okazji na przeżycie tego czegoś.

A może czasem wystarczy potraktować podróż jako przygodę samą w sobie. Może wystarczy usiąść pod krzakiem na poboczu węgierskiej drogi w ucieczce przed upałem. Może wystarczy spędzić wieczór w namiocie nad zapomnianą przez Boga rzeką, a rano umyć zęby na stacji benzynowej. Może wystarczy uśmiechnąć się do nieznajomego starszego pana, który zgodził się podrzucić cię na autostradę po tym, jak z niedowierzaniem złapał się za głowę, kiedy usłyszał skąd przyjechałeś. Może to właśnie jest klucz do wydłużenia sobie urlopu. Po prostu zwolnij – może czas zrobi to razem z tobą.
____
grafika: Bartek Iskra