Please ensure Javascript is enabled for purposes of website accessibility
ten o przyjaźni | półrocznik

Nadal pamiętam numer telefonu do twojej mamy

– – –


Nadal pamiętam numer telefonu do twojej mamy – 528, potem trzy zera… i tak dalej. Gdybym potrzebowała zadzwonić, pamięć mięśniowa aktywowałaby zapomniany już dawno scenariusz rozmowy, którą lata temu tata wbił mi do głowy, chcąc, aby miano mnie za grzeczne dziecko. „Halo. Dzień dobry. Z tej strony Pola, czy mogę rozmawiać z Tosią?”, wyrecytowałabym, z każdym kolejnym razem trochę mniej niepewnie. A potem w słuchawce był już twój głos i chaotyczna opowieść o tym, że stworzyłaś hodowlę tęczowych owiec w Minecrafcie.

To znaczy, oczywiście nie byłoby żadnej tego typu opowieści, bo od tamtego czasu minęło piętnaście lat, w trakcie których PlayStation trójka, na którym miałaś Minecrafta, wyzionęło ducha razem z wszystkimi tęczowymi owcami, które istniały jedynie w jego wnętrzu.

Wiesz, z nikim innym nie grało się w Minecrafta tak dobrze jak z tobą. Nawet kiedy pad zacinał się i stick drift przez cały czas usiłował ściągnąć mnie gdzieś w lewo i zrzucić z urwiska i tak było warto. Ale najlepsza zabawa była wtedy, gdy miałaś szlaban na komputer i tylko mnie wolno było grać – bo mogłam wtedy używać tego jednego jedynego pada, który działał w pełni poprawnie. Twoja mama jeszcze częściej niż zwykle przynosiła nam wtedy przekąski – pokrojone jabłuszka, paluszki, domowe ciasto i ten pyszny, świeżo wyciskany sok pomarańczowy – by pilnować, żeby twoje ręce trzymały się z dala od grania.

Nadal miło mi się to wspomina.

Historia stara jak świat – byłaś moją najdroższą przyjaciółką, a potem… przestałaś nią być. Przydarzyło się to każdemu, w mniej lub bardziej dramatycznych okolicznościach. I nie potrafię być nawet z tego powodu smutna. Obyło się przecież bez nieprzyjemnych scen, a końcówka naszej znajomości na długo przed jej ostatecznym finałem zapowiadała już, że na dłuższą metę nic z tego nie będzie. Chyba już nawet nie tęsknię, nawet jeśli czasem lubię pomyśleć sobie o tobie z pewną nostalgią. W końcu znałam cię… dwanaście? Nie. Piętnaście lat.

Piętnaście lat. Nie wierzę, że naprawdę znałam cię piętnaście lat. Przecież to kupa czasu. Może nawet zdecydowanie zbyt dużo, aby spędzić go na tak intensywnej przyjaźni z jedną osobą. Jak dziś pamiętam, jakie zdumione byłyśmy gdzieś na etapie gimnazjum, gdy uświadomiłyśmy sobie, że znamy się przez większość życia. Pewnie równie – a może jeszcze bardziej – nieswojo poczuję się za te dwadzieścia lat, kiedy pewnego dnia uderzy mnie, że minęło już więcej czasu, odkąd przestałam z tobą rozmawiać, niż trwało moje życie do momentu naszego rozstania.

Przyznaję – czasem sprawdzam, co tam u ciebie. Zaglądam na twojego Instagrama – jakoś tak wyszło, że nadal się nawzajem obserwujemy, w końcu nasza przyjaźń zakończyła się bez żadnych dramatycznych wybuchów i blokowania siebie nawzajem na social mediach – i patrzę na twarze twoich znajomych. Nie znam z nich nikogo. Część z nich wygląda, jak ludzie, których nienawidziłybyśmy w gimnazjum; dobrze, że – tak samo zresztą jak ja – zmieniłaś się od wtedy i teraz możesz być taka szczęśliwa, śmiejąc się z nimi znad filiżanki kawy na tarasie śródziemnomorsko wyglądającej kawiarni albo wyzierając spośród wiązanki balonów na imprezie sylwestrowej z okazji nowego roku 2025. Cieszy mnie, że ewidentnie ich lubisz i że tak dobrze się z nimi bawisz.

A jednak nie trzeba cię nawet szukać tak daleko, nie trzeba zerkać na twojego Instagrama. Znałam cię przecież piętnaście lat, więc i tak jesteś wszędzie.

Mój pokój jest cię pełny i gdybym była youtubową influencerką i postanowiła nagrać room tour, słowa „dostałam to od Tosi, mojej… (byłej?) przyjaciółki” musiałyby padać z moich ust średnio co trzydzieści sekund. Prawdę mówiąc, kiedy się rozglądam dookoła, widzę, że równie dużo tutaj ciebie, co mnie. Od ciebie przecież jest większość magnesów z podróży wiszących nad biurkiem, od ciebie wielki pluszowy brokuł na łóżku, od ciebie notatki na marginesach moich książek, od ciebie kolorowy szalik nieporadnie zrobiony na zbyt dużych drutach. A gdyby zajrzeć za szafę w moim domu rodzinnym, w ten najciemniejszy róg pokoju, gdzie zapuścić się odważa tylko szczotka od odkurzacza, znaleźć by można koślawe obrazki narysowane kredkami świecowymi – pominięte przy przemalowywaniu ścian z fioletu na biel ślady naszej przeszłości.

Zawsze widać było, że będziesz artystką, nawet jeśli przez lata jedynie ja wierzyłam, że pasja do rysowania kreacji na kolorowankach Top Model ma szansę przerodzić się w obiecująca karierę. Teraz tylko czekam, aż kiedyś zobaczę cię gdzieś w mediach – najlepiej jak wszyscy zachwycają się twoimi designami postaci do jakiegoś nowego growego hitu. Będę – bo wiem, że taki dzień kiedyś nadejdzie – wtedy czuła wielką satysfakcję; Tosia, moja (kiedyś) przyjaciółka, w której sztukę mało kto wierzył, odnosząca sukcesy na międzynarodową skalę. Miło będzie pomyśleć, że to mi lata temu chwaliłaś się wymyślonymi sposobami na cieniowanie włosów i to dla mnie kiedyś na każde urodziny rysowałaś tematyczną kartkę Promarkerami. To trochę jak z celebrytami, których znało się, zanim byli znani, tylko jeszcze lepiej. Wszystko musi być lepsze, kiedy chodzi o ciebie.

Jesteś więc wszędzie.

I to nic, że kiedy wychodzę z domu i jadę do pracy czy na uczelnie, nigdy cię nie spotykam. Nasze codzienne trasy były znacznie bardziej różne, niż nam się dawniej wydawało – gdy zabrakło z naszej strony wysiłku, żeby się spotkać i być razem, okazało się, że nie przecinają się one nigdy.

Pewnie więc na długie lata pozostanie prawdą, że ostatni raz w życiu widziałam cię w jakiś losowy czwartek, na niedobrej kawie w zbyt głośnej kawiarni – spotkanie przerwane przedwcześnie przez to, że słabo zrobiło ci się od panującej tam duchoty i postanowiłaś szybciej wrócić do domu.

Nie chcę myśleć, że może już wtedy wiedziałaś, że potem będziemy widywać się coraz rzadziej, wymieniane przez nas wiadomości coraz mniej entuzjastyczne i wydające się bardziej podtrzymywaniem pozorów poświęcanej sobie uwagi niż prawdziwą rozmową. Może planowałaś to już wtedy. Może tylko udawałaś, że zaraz zemdlejesz, chcąc wykręcić się z niesatysfakcjonującej sytuacji społecznej. Pewnie nie chciałaś mi robić przykrości, przez wzgląd na te wszystkie lata przyjaźni i wolałaś zagrać niż powiedzieć prawdę. Nie wiem, czy cię za to winię – chyba nie.

Mało dramatyczne było to pożegnanie. Takie niedopowiedziane i nieostateczne, jakby była jeszcze jakaś nadzieja. To pewnie był ostatni moment, kiedy było z nami jeszcze jakkolwiek dobrze – później robiło się już tylko coraz gorzej. Chciałam z tobą rozmawiać – zawsze chciałam z tobą rozmawiać i była to dla mnie jedna z największych przyjemności – jedynie w pewnym momencie zabrakło mi pomysłów na tematy. Minęła ci już zajawka na nasz ulubiony niegdyś serial, a reakcje, które pozostawiałaś pod linkami do tiktoków, które ci podsyłałam, zaczęły ograniczać się do bezpiecznego przy każdej okazji „wow”, którego beznamiętność mogła oznaczać wszystko – w szczególności to, że nigdy wysłanego filmiku nawet nie otworzyłaś. Coraz mniej miałyśmy dla siebie nawzajem czasu albo może po prostu coraz mniej chciało nam się go szukać.

Pewnie dało się to jeszcze wtedy naprawić. Ale obu z nas zabrakło chęci.

Kiedy więc wychodzę z domu, nie zdarza się, żebym natrafiła gdzieś na ciebie przypadkiem. A jednak znałam cię tak długo, że nie mogę przejść dziesięciu metrów w tym mieście o 300 kilometrowej powierzchni, aby nie natknąć się na jakąś wersję ciebie z przeszłości. To nie tak, że na każdym kroku widzę widmo młodszej lub starszej ciebie, ale czasem naprawdę uderza mnie, ile tych miejsc przez wspomnienia na zawsze będzie twoich.

Jestem świadoma, że kiedyś pewnie zapomnę. Przestanę myśleć o tobie, wchodząc do klubu, w którym świętowałyśmy twoją osiemnastkę. Kiedyś pewnie nie będę pamiętała, że to akurat z tobą dyskutowałam na rynku z poznanymi przypadkiem o pierwszej w nocy studentami z Erasmusa o poezji i tym, jak mocna powinna być dobra nalewka. Przestanę wspominać wszystkie nasze pikniki w Parku Jordana i wszystkie wyścigi na rolkach dookoła błoń. Na razie jednak jest inaczej – wspomnienia ciebie witają mnie w najmniej spodziewanych momentach, czy to w restauracjach, które mi poleciłaś, czy to kolorowych czapkach nieznajomych, które tak przypominają te, które sama nosiłaś.

Cały mój pokój jest ciebie pełen, całe moje miasto jest ciebie pełne i ja sama też jestem ciebie pełna.

I pewnie pozostanie tak na zawsze, czy tego chcę, czy nie – nawet, kiedy trochę cię już zapomnę. Znałam cię piętnaście lat i jest cię we mnie tyle samo, co mnie samej – w mojej osobowości, manieryzmach, zainteresowaniach i sposobie wypowiedzi. „Mnie to rybka” – mówię. Ale słyszę te słowa twoim głosem. Czasem, kiedy mówię, chyba tak naprawdę mówisz przeze mnie ty.

Czasem dziwię się, że bez ciebie jestem w ogóle kimś.

Każdy człowiek wyciąga ze mnie inny aspekt mojej osobowości, to normalne. Nie widziałam cię dwa lata, a jednak nadal wierzę, że ta wersja mnie, którą jestem (byłam) przy tobie, jest tą najprawdziwszą. Może przez te piętnaście lat byłyśmy tak naprawdę jedną osobą? W końcu cały okres formujących nasze osobowości i poglądy lat, spędziłyśmy wspólnie, oddziałując na siebie i inspirując się sobą nawzajem. Więc nawet kiedy jesteś dla mnie tylko pikselami na instagramowym zdjęciu, i tak jesteś ze mną.

Zawsze, kiedy mi smutno, gotuję makaron orzechowy według twojego przepisu. I zawsze skutecznie poprawia mi on humor.

Kiedy idę do wyborów, wiem, że kandydata, przy którym postawię iks, częściowo wybrały mi poglądy zbudowane na filmikach, które ty oglądałaś na YouTube’ie w liceum.

Kiedy kupuję w sklepie coś jasnobłękitnego, pewnie robię to w dużej mierze przez to, że podświadomie pamiętam, że to przecież twój najulubieńszy kolor.

Rana po tym, że cię już nie mam, już nie boli – zresztą, nigdy nie była zbyt głęboka, prędzej jątrząca się i gojąca miesiącami. Teraz jednak chyba się zabliźniła. Cieszy mnie to – dzięki temu nadal tutaj jest, stanowiąc przypomnienie tego, co kiedyś było dla mnie tak ważne. Jeśli tylko chcę, mogę przeciągnąć po niej palcem i sprawdzić, czy nadal kłuje bólem. Albo nawet rozdrapać jej krawędzie, gdy napadnie mnie bardziej nędzny nastrój.

Albo patrzeć na nią i pamiętać, że chociaż cię już tutaj nie ma, kiedyś byłaś kluczowym elementem mojego życia. I że nie da się cię tak zupełnie i ostatecznie z niego wyrwać, bo zawsze pozostanie przecież jakiś ślad.

Lubię mieć po tobie bliznę.
Grafiki: Alicja Tylawska