Please ensure Javascript is enabled for purposes of website accessibility
ten o przyjaźni | półrocznik

Nawet w panoptykonie jakoś przeżyjemy.

https://open.spotify.com/track/6AwixkGo6RfuNb1ioiwERs?si=9c1d76ae63f94d64
Jay westchnął, strzepując popiół z papierosa. Końcówka, którą nadal mielił w palcach, żarzyła się na wietrze. Choć wkrótce miała zgasnąć, jakoś nie miał ochoty jej dopalać. Zamyślony, patrzył na rozciągające się po horyzont Cascade City, nad którym powoli zachodziło słońce. Betonowo-neonowa dżungla, która nawet z siedemdziesiątego piętra zdawała się nie mieć końca, przytłaczała niczym żywe więzienie – organizm, z którego nie da się uciec. Jak wszechobecny panoptykon, w którym algorytmy śledzą każdy twój krok – nawet ten, którego jeszcze nie postawiłeś. W którym nawet twoje własne myśli nie są ani prywatne, ani tak naprawdę twoje.

Jaya to nie dotyczyło, przynajmniej po części. Nie od chwili, gdy wyrwał swoje Złącze i zainstalował czarnorynkowy sprzęt piątej generacji, skutecznie blokujący korporacyjne systemy śledzące. Przynajmniej te, o których istnieniu wiedział.

Odcięcie się od Sieci było mieczem obosiecznym. Jay dopiero po odłączeniu się zrozumiał, w jakim kłamstwie przyszło mu spędzić większość życia. Czasem zastanawiał się, czy ta świadomość nie jest przekleństwem – widok marazmu i apatii społeczeństwa, nieświadomego swojej pozycji, potrafił wpędzić w depresję. Łatwo było popaść w nihilizm, zatracić się w beznadziei. A jednak to właśnie wśród innych „odłączników” – jak lubiły ich nazywać korposy – Jay odnalazł poczucie wspólnoty.

No cóż, koniec końców wolał być wyrzutkiem, niż kolejnym trybikiem w maszynie robienia pieniędzy. Nawet jeśli oznaczało to życie w strachu przed ostracyzmem i prześladowaniem ze strony władzy.

Wracając ze świata myśli, zauważył że końcówka papierosa już zgasła. Wyrzucił więc niedopałek i przez chwilę obserwował, jak spada w miejską otchłań. Wstał powoli, od niechcenia strzepując kurz z nogawek, po czym ruszył w stronę klatki schodowej. Chwilę później już zjeżdżał rozklekotaną windą pokrytą rozmaitimi graffiti – zarówno tymi bardziej ambitnymi, jak i niechlujnymi maziajami lokalnych pseudo-gangsterów.

Kiedy wyszedł na ulicę, uderzyła go kakofonia wielkomiejskiego harmideru: chmary ludzi wracających z pracy, zlewające się w jednolitą, zmęczoną masę, żebrzący bezdomni i przytłaczający szum ulicznego zgiełku. Grymas na twarzy Jaya mówił jedno – wystarczyło kilka sekund, by miał już dość. Hałas był nie do zniesienia. Może właśnie dlatego zdecydowanie wolał przesiadywać na dachach.

Włączył swój zhakowany interfejs neuronalny i po chwili jego wizję zapełnił półprzezroczysty HUD. Gdyby był w systemie – jak większość populacji – właśnie zalewałyby go dziesiątki reklam, perfekcyjnie dobranych przez algorytmy na podstawie jego myśli. Tak dobranych, że podsuwałyby mu produkty, których jeszcze nie znał, ale których „pragnął” według ich obliczeń. Na szczęście jego interfejs łączył się przez zaawansowany, czarnorynkowy VPN. Co prawda, nie miał przez to dostępu do większości funkcji Sieci, ale wystarczył mu wgląd w newsy i wiadomości prywatne. A no właśnie, wiadomości…

Sprawdził swoją skrzynkę odbiorczą. Coda nic nowego nie wysłał, od innych kontraktorów też nic – miał więc wolny wieczór. Jak przystało na odłącznika, Jay zarabiał na życie w niezbyt legalny sposób. Na ogół parał się przemytem – zhakowany sprzęt, narkotyki, broń i inne bzdety, na które policja zwykle przymykała oko. Przynajmniej tak długo, jak do gry nie wchodziła kradzież od korporacji, choć wtedy policja była najmniejszym ze zmartwień. Igranie z prawem dawało mu adrenalinę; przypominało, że faktycznie żyje.

Miał już zamknąć panel wiadomości, ale kątem oka zobaczył inne, nieprzeczytane dotąd powiadomienie. Martin – punk, którego poznał na jednym z wielu undergroundowych koncertów – napisał coś niespełna pół godziny temu. Wiadomość brzmiała:

yo wbijasz do redlightsa dzisiaj? jakis koncert jest, victor i ann tez beda

Jay zatrzymał się na chwilę. Nie planował nigdzie dziś wychodzić i sam do końca nie wiedział, czy ma w ogóle ochotę na kontakty międzyludzkie. Z drugiej strony… chyba lepsze to niż kolejny wieczór obojętnego siedzenia w mieszkaniu.

Dobra, wpadnę w sumie – odpisał po chwili namysłu.

Ruszył w stronę stacji metra.

____


Kiedy Jay wysiadł na Paradise Street, już całkiem się ściemniło. Dość ironiczna nazwa ulicy – pierwotnie miała być rajem dla bogatych, ale teraz była siedliskiem anarchii, wyrzutków, gangów ulicznych i żebraków. Dla niektórych, była jednak ostoją normalności – miejscem, gdzie odłącznicy mogli funkcjonować poza korporacyjnym porządkiem. Tak długo jak nikomu nie podpadłeś, byłeś tu mile widziany.

Skierował się w stronę wyglądającego niemal upiornie niedokończonego wieżowca. Jedyne niezabarykadowane wejście oznaczone było pojedynczym czerwonym neonem. Już z zewnątrz dało się usłyszeć przytłumione dźwięki industrialnego rocka. Przy drzwiach stał ochroniarz, który początkowo z obojętnością odnotował jego obecność.

– Stop – rzucił, zatrzymując Jaya ręką. Spod neonu wysunął się skaner, którego cienka wiązka światła przemierzyła sylwetkę mężczyzny od stóp do głów.

– Wiele razy tu byłem – Jay przewrócił oczami – Serio to jeszcze konieczne?

Bramkarz milczał. Po chwili skaner zaświecił na zielono, na co ten kiwnął głową.

– Dobry sprzęt. Możesz wejść.

Jay bez słowa ruszył do środka i zszedł po schodach. Jego oczom ukazało się wejście z jaskrawym, czerwonym neonowym napisem: „“Redlights”. Klub miał surowy, industrialny design – mieszanka betonu, metalu i odsłoniętych kabli, którą ożywiały liczne plakaty pokrywające całe ściany. Czerwone światła pulsowały, wypełniając przestrzeń w rytm muzyki.

Przemierzał wzrokiem salę, wypatrując znajomej twarzy. Minął barmankę, DJ-a przygotowującego soundcheck dla lokalnego zespołu i coraz większy tłum zbierający się pod sceną. Po chwili rozpoznał człowieka siedzącego przy jednym ze stolików – niebieski irokez, wszczepiony wizjer z włókna węglowego, snake bites’y w dolnej wardze. Martin.

– Trochę ci zajęło. – zaśmiał się mężczyzna, biorąc łyk drinka.

– Dobra tam – Jay parsknął, siadając obok Martina. – Powiedz mi lepiej, co pijesz.

Martin wpatrywał się przez sekundę w szklankę, tak jakby sam próbował sobie przypomnieć.

– Jakaś nowość, Silver… coś tam. Nie wiem. Dobre całkiem. Chcesz? – powiedział, przeciągając słowa. Najwyraźniej siedział tu już od dłuższej chwili.

– Skoro oferujesz... – Jay wziął łyk drinka i natychmiast się skrzywił – Jezu, cholernie kwaśne!

– Ha! Przynajmniej więcej dla mnie.

– Przecież i tak byś mi nie dał więcej – Jay przewrócił oczami. – Dobra, idę po piwo.

Martin coś tam mruknął, ale Jay go nie usłyszał, bo już ruszył w stronę baru. Czekając na barmankę, poczuł nagłe klepnięcie w plecy. Napiął się i odruchowo obrócił, gotowy do reakcji, ale po chwili rozluźnił mięśnie. Przed nim stali znajomi – krótko ostrzyżony facet z czarnym wąsem i złotym kolczykiem w nosie, oraz dziewczyna z czarno-różowym mulletem. Victor i Ann.

– O mało zawału nie dostałem – zaśmiał się Jay, przybijając im piątki.

– Wiedziałem że tak zareagujesz – Victor również się roześmiał. – Co u ciebie, tak w ogóle?

– A no wiesz, to co zwykle – powiedział Jay. – Nudne zlecenia i tak dalej.

– Wkurwia mnie ten Coda – mruknęła Ann. – Zobaczysz, jeszcze cię wpieprzy w jakieś niebezpieczne gówno. Nie ufam typowi.

– Wiem, wiem... – Jay spuścił wzrok. – Ale przynajmniej dobrze płaci. Lepsze to niż bycie niewolnikiem korpo.

Zapadła krótka, niezręczna cisza. Wtedy zza baru odezwał się głos:

– Co podać?

– Piwo. Jakieś najtańsze – rzekł Jay.

Barmanka zaczęła lać ChromBrew Pils z kija – piwo, które, jak sama nazwa wskazuje, zostawiało na języku lekki, metaliczny posmak. Ale… przynajmniej było tanie.

– Pięć dolców.

Jay przystawił nadgarstek do terminala. Płatność przeszła przez interfejs neuronalny. Skinął głową na podziękowanie i odwrócił się do znajomych.

– Dobra, wracamy do Martina? – zasugerował Victor, spoglądając w stronę stołu, przy którym siedział niebieskowłosy mężczyzna.

– Taa… – Jay również popatrzył tę samą stronę. – Długo już tak siedzi, co? – spojrzał z powrotem na resztę.

– No, my jesteśmy tu z dwie godziny – powiedziała Ann. – On trochę dłużej… trochę bardzo.

Jay się zaśmiał. Ruszyli w stronę stolika, przeciskając się między kolejnymi osobami ustawiającymi się pod sceną. Przy stoliku siedział już jakiś nieznajomy gość. Znając Martina, prawdopodobnie kupował od niego jakieś dragi, ale równie dobrze mógł go też podrywać. Nieznajomy ubrany był w czarną, skórzaną marynarkę i czarne jeansy z luźno zwisającym srebrnym łańcuchem. Nie wyróżniał się znacząco z tłumu – ale może też dlatego Jay patrzył na niego z dawką podejrzliwości.

– Ooo, tu jesteście! – Martin szybko odwrócił się do znajomych. – To jest Ross, przysiadł się przed chwilą.

Jay zawahał się przez ułamek sekundy, ale wyciągnął dłoń. Ross uścisnął ją bez słowa, ale nic nie powiedział. Usiedli przy stole.

– Nie kojarzę cię za bardzo, pierwszy raz tu jesteś? – Jay zwrócił się do Rossa, biorąc łyk piwa.

– Musieliśmy się minąć. – oOdparł Ross z wymuszonym uśmiechem. W jego twarzy było coś, co sprawiało, że Jay nie potrafił mu zaufać.

– Obserwuj go uważnie – Ann ukradkiem szepnęła do Jaya. – Coś jest nie tak.

– Ross robił ten no… soundcheck dla Our… Our Last Revolt w zeszłym tygodniu – Martin powiedział z nutą ekscytacji w głosie. Ponownie wziął do ręki drinka, o mało nie strącając go ze stołu.

– Nie kojarzę. – powiedział Victor.

– Takie jakieś… post-post-hardcory dla cyberemosów. – Martin wziął łyka.

– Nie mam zielonego pojęcia, o czym mówisz – rzuciła Ann.

Jay słuchał konwersacji jednym uchem. Skupiał się głównie na nieznajomym, który zbyt uważnie rozglądał się po klubie. Nie wyglądał na kogoś, kto przyszedł posłuchać muzyki. Może nawet… nie wyglądał za bardzo na odłącznika. Bardziej na korposa, który go udaje. Co prawda, w ciemności klubu trudno było to określić, ale Jay wolał słuchać swojej intuicji. Tak na wszelki wypadek.

– Wiecie, kto dzisiaj gra? – Ross spytał, choć Jay podejrzewał, że tak naprawdę go to nie interesowało.

– Nie kojarzę. Chyba jakieś lokalne bandy. – powiedział Victor. Przez sekundę spojrzenia jego i Jaya przecięły się. Jay zauważył w oczach przyjaciela tą samą podejrzliwość.

Czerwone światła klubu zanikły i głębokie basy rozniosły się po sali. Dwa reflektory skierowały się na scenę, na którą stopniowo wchodzili członkowie zespołu. Jay rozejrzał się ostrożnie i kątem oka zauważył srebrny błysk zza paska Rossa. Może to po prostu łańcuch, a może coś innego. Ta druga opcja go niepokoiła.

Po chwili mocne, przesterowane gitary wypełniły klub – zespół zaczynał już grać.

– Gość ma coś przy pasku. Uważaj – Jay szepnął do Ann, choć nie był pewien, czy mogła go usłyszeć przez grającą muzykę.

– Ty, zajebiste to jest! – krzyknął Martin, ruszając głową w rytm muzyki. Alkohol najwyraźniej zrobił swoje – jako jedyny z grupy nie czuł podejrzliwości wobec Rossa.

– Myślę, że tego pana trzeba stąd wyprowadzić. – Victor mruknął, subtelnie kiwając głową w stronę Rossa. – Bo coś czuje, że mogą być zaraz kłopoty.

– Co tak szepczecie? – Ross znowu uśmiechnął się w ten dziwny, nienaturalny sposób. – Kompletnie nic nie słyszę!

– Mówimy, że fajny ten zespół! – krzyknął Jay, podnosząc kciuk w górę. Starał się wyglądać na wyluzowanego, ale czuł coraz większe napięcie.

Jay już był tego prawie pewien – to nie był przypadek. Ross mówił za mało, zdecydowanie za mało. On tu był w jakimś konkretnym celu. Nie tylko w klubie, ale tu, przy tym konkretnym stoliku. Przypomniały mu się słowa Ann na temat Cody – czyżby to było to „niebezpieczne gówno”, o którym mówiła?

Jeśli Ross był jakimś korporacyjnym agentem (bo tutejszy nie był na pewno), prawdopodobnie mógł wyczuć jego emocje przez swój interfejs neuronalny. Gdyby nie blokery, mógłby je nawet kontrolować. Jaya zastanawiało jednak jego wahanie – był tu tylko w celu rozeznania, czy po prostu czekał na odpowiedni moment? Czy może... na sygnał od góry? Wcześniej jakoś o tym nie pomyślał – przecież przez cały ten czas Ross mógł dostawać jakieś komunikaty przez swój interfejs. Informacje na temat tego, po co tu jest. Spojrzał jeszcze raz na znajomych. Napięcie dało się wyczuć w powietrzu i podpowiadało mu to, że to nie była tylko kwestia jego paranoi – coś faktycznie miało się zaraz zdarzyć.

Nagle Jay zauważył jak ręka Rossa przesunęła się w stronę tego czegoś, co miał przy pasku. Jay dyskretnie szturchnął Ann, na co ta powoli wstała od stolika.

– A panienka dokąd? – powiedział Ross wymuszonym, żartobliwym tonem. Zagłuszały go gitary, ale jego uwagę dało się usłyszeć.

– Ja ci zaraz dam „panienka” – Ann posłała mu zabójcze spojrzenie. Zbliżyła się do niego, subtelnie dając mu do zrozumienia, żeby niczego nie próbował.

Martin przyglądał się sytuacji lekko zmieszany. Najwyraźniej trochę oprzytomniał i zaczęło do niego docierać, że coś jest nie tak.

– Dobra, słuchaj teraz uważnie – Victor oparł się na stoliku, patrząc prosto w oczy Rossa. – Albo zrobimy to po dobroci i sam się ulotnisz, albo dryndnę do mojego ziomka z ochrony. I wtedy nie będzie tak fajnie.

– Ależ nie rozumiem, o co wam chodzi – Ross nie przerywał kontaktu wzrokowego. – Przecież ja nic nie robię.

Jay z obrzydzeniem patrzył na ten nienaturalny, wyuczony uśmiech, który wciąż niepokojąco widniał na twarzy mężczyzny.

– Kto cię tu wpuścił? – zapytała Ann.

– Jak to kto? Ochrona – odparł Ross. Znów ten wymuszony śmiech.

Ann przewróciła oczami.

– Męczą mnie już te zabawy, serio.

Wtem Ross – jakby na komendę – sięgnął po to, co trzymał za paskiem. Jay zareagował błyskawicznie. Wstał i jednym ruchem przewrócił stolik, który przygniótł nogi Rossa. Z jego ręki wypadł przedmiot – poddźwiękowy pistolet firmowy z logiem Neuroforge z metalicznym dźwiękiem uderzył w ziemię. Ann schyliła się i szybko go chwyciła, chowając go sobie za pasek.

Ross próbował podnieść stolik, ale Victor rzucił w niego kuflem, który rozbił się na jego twarzy, oszałamiając go. Martin, wyraźnie już trzeźwiejący, odsunął się od stolika i stanął obok Ann.

– Korpos! Wiedziałam! – krzyknęła Ann, zdyszana.

– Musimy spadać – stanowczo powiedział Victor – I to już.

Nie czekając aż agent dojdzie do siebie, szybkim krokiem ruszyli do wyjścia, przeciskając się przez tłum ludzi. Kątem oka Jay zauważył, jak ktoś podchodzi do zranionego korposa, ale teraz nie miało to już znaczenia. Musieli uciekać.

Wyszli głównym wyjściem. Za nimi nikogo nie było – Rossa coś zatrzymało, ale wiedzieli że była to tylko kwestia czasu. Victor na chwilę stanął przy ochroniarzu, spojrzał na niego z żarem w oczach, i wycedził przez zęby:

– Jakim cudem wpuściliście korposa?!

Zanim bramkarz zdążył odpowiedzieć, grupka pobiegła na drugą stronę ulicy. Zaparkowany tam był stary, ciemnobrązowy sedan. Victor kliknął coś na nadgarstku i światła samochodu rozbłysły.

– Nie spodziewałem się, że przyjdzie nam dziś uciekać przed korporacją, ale cóż – powiedział Victor, wsiadając do auta. – Musimy się gdzieś ukryć.

____


Słońce powoli wstawało, wpuszczając smugi światła przez niedokończone okna opuszczonego budynku na obrzeżach Cascade City. Jay leżał na plecach na starej kanapie, wypalając papierosa. Obok niego, na ziemi, było już kilka innych niedopałków. Victor opierał się o ścianę z założonymi rękoma, w ciszy wyglądając za okno. Ann siedziała na podłodze, prawdopodobnie wyszukiwała coś w interfejsie neuronalnym. Na jej kolanach leżała zabrana wcześniej broń. Martin rozłożył się na pokrytym graffiti tapczanie i w ciszy patrzył na sufit.

Czyli faktycznie Ann miała rację – szczęście Jaya musiało się kiedyś wyczerpać. To było niespełna trzy lata temu. Jeden z kontraktów od Cody, którym ten był bardzo podekscytowany. Nic dziwnego. Kradzież danych. Brzmiało prosto. Tyle że nie od byle kogo – celem były serwery Neuroforge, ówczesnego lidera w segmencie broni neuronalnych. Ich sprzęty, połączone z interfejsem użytkownika, pozwalały na nadludzką precyzję i szybkość. Pracowali też wtedy nad AI, które pozwalałoby przewidzieć kolejne ruchy celu – to właśnie z tego researchu dane miał wykraść Jay.

Kontraktor był anonimowy, jego motywacje nieznane. Liczyły się jedynie dwie rzeczy: po pierwsze, płacili o wiele więcej niż ktokolwiek wcześniej. Po drugie – udało się. Kradzież poważnie opóźniła prace Neuroforge. A potem przyszedł krach 2054 roku.

Połączenie tych dwóch zdarzeń spowodowało że pozycja Neuroforge znacząco spadła. Nic więc dziwnego, że chcieli zemsty. Tylko dlaczego dopiero teraz go znaleźli? Chcieli najpierw ogarnąć swój wewnętrzny bałagan? Czy po prostu wyeliminowali już wszystkich innych i został tylko on?

Mimowolnie się zaśmiał, kiedy o tym pomyślał. To było absurdalne. Miał nad głową całą korporację, która chciała jego śmierci. Co on w ogóle sobie myślał, przyjmując wtedy ten kontrakt? Mimo wszystko, jakimś cudem się nie zamartwiał. Czuł, że żyje. Zżerało go jednak sumienie, bo teraz w sprawę zamieszani byli również jego przyjaciele.

– Cóż, jeśli mam szukać jakiegoś pozytywu – przerwała ciszę Ann, gasząc swój interfejs – z tego co widzę, najwidoczniej przysłali jakiegoś świeżaka. Nie powinniśmy byli tak łatwo stamtąd uciec.

– To mi się nie klei – westchnął Jay. – Świeżaka? Po takim czasie?

– Cięcie kosztów, czy coś – powiedział Victor. – Zapewne myśleli, że trafili na debili. Agenci korpo często tak mają. Myślą, że są ponad resztą. Nie widzą świata poza tym, co podpowie im algorytm.

Jay skończył papierosa, wyrzucając go na stertę niedopałków.

– Wy jesteście jacyś nienormalni… – wymamrotał Martin, nie odrywając wzroku od sufitu. – Jak wy możecie tak casualowo o tym gadać? Jeszcze pewnie nas śledzili…

– Nie – odparł twardo Victor. – Może na to nie wygląda, ale samochód ma kamuflaż optyczny, nie jest widoczny na kamerach. Nawet jeśli wysłali za nami drony, nie mieli jak nas śledzić. Chyba że jesteś w Sieci – dodał, ostro spoglądając na Martina.

– Za kogo ty mnie masz?! – Martin oburzył się i gwałtownie usiadł, zwracając się w kierunku Victora. – Wtedy by mnie nawet nie wpuścili do Redlights’a.

– Wolę się upewnić. Zwłaszcza po mojej akcji z ZenConem.

– On taki jest… – Ann wtrąciła się, próbując rozluźnić atmosferę. – Po prostu nas zna lepiej od ciebie. Długo siedzi w tym biznesie.

Jay wstał z kanapy i stanął obok Victora, opierając się o ścianę. Promienie słońca uderzyły w jego twarz. Zmrużył oczy.

– Wiecie co, szkoda tylko że was w to wszystko wpakowałem – powiedział, obserwując przedmieścia zza okna.

– No cóż – Ann zaśmiała się. – Nie pierwszy raz… pewnie też nie ostatni.

– Łatwo nie będzie – Victor zerknął Jaya. – Ale jakoś przeżyjemy.

Jay uśmiechnął się pod nosem. Mimo zagrożenia czyhającego nad nimi czuł, że w tych słowach jest ziarenko prawdy.

Jakoś przeżyjemy.
Grafiki: Justyna Schwierz