zjedli nam gofry | kwartalnik

Najlepiej byłoby nie przesadzać drzew w ogóle

Spojrzenia
Moja babcia nie lubi wyjeżdżać z domu. Co jakiś czas odwiedza któreś ze swoich mieszkających za granicą dzieci i za każdym razem, wracając do siebie, powtarza – ja już nigdzie nie pojadę. Śmiejemy się trochę z tego z rodziną, bo babcia, chociaż mówi o tym od lat, jeszcze nie porzuciła zupełnie podróży. Widzę jednak, ile kosztuje ją każdy wyjazd – zakupy, pakowanie, przemieszczanie się z miejsca na miejsce, to wszystko mocno ją męczy i przynosi przynajmniej tyle samo stresu, ile dostarcza radości. Poza domem nie ma normalnego chleba, znajomych produktów na półkach w sklepie, oswojonej rutyny dnia. Nawet jednodniowe wyjazdy nie są dla niej w pełni komfortowe. Zapytałam ją kiedyś, gdzie chciałaby się urodzić, jeśli mogłaby wybierać. Powiedziała, że tu, na Rojcy. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Wczesną wiosną zauważyłam na dworcu PKP w Krakowie starszą panią, czekającą w kolejce do punktu pomocy dla uchodźców. Zwróciłam na nią uwagę, ponieważ miała czerwony sweter i białe włosy – przypominała mi moją babcię. Z apaszką starannie zawiązaną na szyi, stała w tłumie, żeby odebrać kawę w papierowym kubeczku, pewnie kanapkę albo zupkę chińską. Widziałam ją jeszcze potem siedzącą z wyprostowanymi plecami pod filarem, na podłodze. Zachowywała się spokojnie, wyglądała elegancko. Zderzenie jej osoby, jej dbałości o szczegóły stroju, jej cierpliwości z rozgardiaszem panującym dookoła, bardzo mnie poruszyło.

Mam dwadzieścia kilka lat, moje życie jest mocno definiowane przez zmiany. Nie wiem, gdzie będę mieszkać, co studiować, gdzie pracować i z kim się widywać za dwa miesiące. Nie zapuściłam korzeni na stałe w jednym miejscu, nie umiem odpowiedzieć na pytanie, gdzie chciałabym się urodzić, jeśli mogłabym wybierać. Wizja ucieczki przed wojną z mojego kraju wydaje mi się bardzo niepokojąca. Na pewno jest to traumatyczne doświadczenie dla wielu moich rówieśników, dzieci, dorosłych. Nie do końca umiem z nimi współodczuwać, nigdy czegoś podobnego nie przeżyłam. Mając w pamięci moich dziadków, przywiązanych do swoich domów i zwyczajów, nie jestem w stanie pojąć, co ucieczka i próba odnalezienia się w nowej rzeczywistości może oznaczać dla osób przywiązanych od dekad do swoich miejsc i rytuałów, dla ludzi już i tak pełnych trudnych wspomnień.

Może to przez moją naiwność, ale gdy w moim domu 25 lutego nocowali dwaj mężczyźni, w drodze z Niemiec na Polsko-Ukraińską granicę, gdzie mieli spotkać się ze swoją Ukraińską rodziną i zabrać ich w bezpieczne miejsce, nie mieściło mi się w głowie, że ktoś tak szybko mógł podjąć decyzję o wyjeździe. Rozumiałam dlaczego, nie umiałam tylko wyobrazić sobie, jak musi czuć się osoba zostawiająca swoje życie i pośpiesznie uciekająca z domu. Takich działań nie trzeba było podejmować w moim świecie, tak mi się wydawało. U mnie ludzie mieli prawo do spokojnego dzieciństwa, dorosłości i starości, co uważałam za zupełnie naturalne i słuszne. Postanowić, że trzeba uciekać – to musiało mieć wielki ciężar, ludzie mierzący się z nim i reagujący w mgnieniu oka prawdopodobnie doświadczają emocji, których ja nie umiem nawet nazwać. Zresztą, nie tylko opuszczenie domu musi być trudne. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób podjęło równie niewyobrażalną decyzję – pozostali u siebie, ryzykując, że jeżeli ich dom runie – znajome ściany spadną na nich.

Słyszę historie o ludziach, którzy przyjechali do Polski i potem wrócili do Ukrainy, albo ciągle chcą wracać. Słyszę też o takich, którzy przyjechali tutaj i poczuli się dobrze, ale okoliczności zmusiły ich do powrotu do swojego kraju. Co człowiek, to opowieść. Co historia, to inne emocje. Okoliczności, w których zmuszeni są funkcjonować ci ludzie poznaję tylko jako osoba trzecia. Sytuacja narratorów pierwszoosobowych jest dla mnie zupełnie nie do pojęcia.