Kwartalnik | Korzenie

Skandynawska sielanka

Ari Aster, znany wcześniej jako reżyser filmu „Hereditary” (2018), tym razem zabiera nas w podróż do północnej Szwecji. Niewielka komuna oddalona od cywilizacji, malownicze krajobrazy, mieszkańcy odziani w białe stroje ze świeżymi kwiatami we włosach, a także muzyka wydobywająca się z fletów na powitanie nowo przybyłych gości. Aster w horrorze „Midsommar. W biały dzień” (2019) przenosi nas w ten folklorystyczny i hermetyczny światek w najlepszym możliwym momencie − w okresie przesilenia letniego.

Na samym początku filmu poznajemy Dani (Florence Pugh) oraz jej chłopaka Christiana (Jack Reynor), którzy przechodzą kryzys w związku. W wyniku traumatycznych zdarzeń, aby odpocząć od codzienności, Dani decyduje przyjąć propozycję chłopaka i dołączyć do wspólnej wyprawy jego oraz kolegów. Miejscem, w którym mają spędzić wakacje, jest położona na północy Szwecji rodzinna wioska jednego ze znajomych Christiana. Chwilę po przyjeździe dowiadują się, że będą uczestnikami serii obrzędów, które można obchodzić w ten sposób jedynie raz na 90 lat. Początkowo idylliczna wioska okazuje się miejscem pełnym ekscentrycznych zwyczajów i zachowań członków społeczności.

Nietypowym i ciekawym zabiegiem Astera jest przedstawianie rozgrywającej się akcji w pełni dziennego światła. W Midsommarze praktycznie nie pojawiają się sceny nocne, a wszechobecna jasność wychodzi poza konwencjonalne ramy charakterystyczne dla większości horrorów. Aster udowadnia, że nie tylko nastanie zmroku na myśl, o którym większość widzów dostaje gęsiej skórki, może wywoływać uczucie niepokoju. Dzień także może stać się koszmarem, zwłaszcza wtedy, gdy tak jak w przypadku naszych bohaterów jest się barankiem prowadzonym na rzeź.

W Midsommarze nie ma ciemności, nie ma jump scary’ów, ani nadprzyrodzonych postaci. Znajdzie się jednak coś dla entuzjastów gore. Widok wyprutych flaków i brutalne miażdżenie głowy wielkim młotem, choć nie pojawiają się zbyt często, są obrazami, które pozostają w pamięci na długo. Pomimo tego, że osobiście nie przepadam za dzikimi, ludowymi melodiami, które również pojawiają się w filmie, muzyka skomponowana przez Bobby’ego Krlica (czasem przyjemna i lekka, innym razem mroczna i niepokojąca) perfekcyjnie oddaje nastrojowość Skandynawskiej społeczności. Oddalenie wioski od obcych cywilizacji, posługiwanie się runami, czczenie przodków i natury, a także dbałość o plony i zwierzęta, podobnie jak muzyka Krlica przypominają o powrotach do naszych korzeni.

Atutem w filmie Astera są też efekty wizualne, które podążają za stanami emocjonalnymi bohaterów. Widzimy powoli obracający się o 360 stopni obraz, sceny kiedy wszystko wokół bohatera faluje, czy nagle z rąk lub nóg zaczynają wyrastać pnącza. Zniekształcony obraz pokazuje świat widziany oczami odurzonych substancjami psychoaktywnymi znajomych. Ciągłe halucynacje i przewidzenia głównej bohaterki nadają filmowi Astera onirycznego charakteru i wprawiają widza w dysonans między tym co dzieje się naprawdę, a co jest jedynie tworem wyobraźni zagubionej i zlęknionej kobiety.

Jedną z największych zalet filmu są zapierające dech w piersi zdjęcia, za które odpowiedzialny jest Paweł Pogorzelski (współpracujący już wcześniej z Arim Asterem). Wspaniale uchwycone scenerie, jaskrawość obrazu i wyrazistość kolorów są wizytówką Midsommaru i sprawiają, że ten doskonale dopracowany pod kątem estetycznym film, już po kilku klatkach oczaruje nawet największych sceptyków filmów grozy.

W Midsommar poza wyjątkami nie zobaczymy raczej kojarzonych szerokiej publiczności aktorów, jednak na wspomnienie i uznanie przede wszystkim zasługuje Florence Pugh (nominowana przez Akademię Filmową za rolę w filmie „Małe kobietki”). Uzdolniona i młoda aktorka w Midsommar w sposób bardzo autentyczny odgrywa pełen wachlarz ludzkich emocji. Wymagająca i świetnie odegrana rola dla Pugh może być początkiem obiecującej kariery aktorskiej.

Chociaż nie jest to częste Ari Aster w swoim filmie wprowadza też momenty humorystyczne, które pozwalają rozładować napięcie i wielokrotnie wprowadzają widza w osłupienie. Słabym punktem, choć to dość subiektywne, jest powolny rozwój akcji i przydługie sceny charakterystyczne dla Astera. Jedni widzowie mogą się niecierpliwić w oczekiwaniu na momenty grozy, podczas gdy inni w tym czasie mogą podziwiać walory estetyczne filmu i cieszące oko krajobrazy.

„Midsommar. W biały dzień” w reżyserii Ariego Astera to film, który na pewno oczaruje osoby lubiące ludowe, folklorystyczne klimaty. Dzięki zaangażowaniu osób pracujących przy filmie możemy zobaczyć w nim odwzorowane zwyczaje charakterystyczne dla szwedzkiego święta przesilenia letniego. Jednoczesna groteskowość oraz aura niepokoju unosząca się w powietrzu sprawiają, że film Astera intryguje zamysłem i wzmaga ciekawość do obejrzenia kolejnych dzieł, które wyjdą spod jego nazwiska.