Długo zastanawiałem się, po jaką grę z mojego dzieciństwa sięgnąć. Wpadłem na pomysł cofnięcia się do starej wersji Minecrafta, lecz nie wiedziałem, co mógłbym o tym napisać. W kolejnych dniach przez myśl przeleciały mi stare tytuły gier strategicznych takich jak Men of War: Assualt Squad. W tego jednak zdarzyło mi się grywać jeszcze niedawno z moim przyjacielem. Olśnienie przyszło w końcu w piątkowy wieczór, kiedy to wspomnienie pewnej gry uderzyło z pełną siłą. Szybko wyszukałem tytuł w wyszukiwarce sklepu Steam. Jeden wynik – Joint Task Force, moja prawdziwa gra dzieciństwa. Wiedziałem wtedy, że to jest to, o czym chcę napisać. Od pierwszego spojrzenia na zdjęcia rozgrywki, otuliło mnie uczucie nostalgii. Ale jak dobrze pamiętam tą grę i czy jest warta ponownego zagrania?
Jednak zanim udało mi się zagrać, pojawił się pierwszy problem. Uruchomienie starych gier na nowych systemach bywa dość problematyczne, z tą nie było inaczej. Gra całkowicie odmówiła startu, skarżąc się na brak odpowiednich sterowników graficznych. Szczęśliwie pomoc udało się dość szybko znaleźć w treściach społeczności Steam. Jeden z graczy podzielił się tam linkiem do odpowiednich retro sterowników, które działały jak marzenie. Kolejną przeszkodą było wyświetlenie gry przy dwóch ekranach. Tu jednak poddałem się szybko, zamykając ten od laptopa – był to sposób, który pomógł mi już przy innej starszej gierce. Te rozwiązania wystarczyły; przede mną ukazało się menu główne, w rozdzielczości zdecydowanie odbiegającej od współczesnego standardu. Warto jednak zauważyć, że te dwa czarne paski po bokach nie ujmują w żaden sposób rozgrywce, a wręcz wzmacniają uczucie nostalgii.
Jednak zanim przejdziemy dalej, opowiem pokrótce czym jest Joint Task Force. Wydana w 2006 roku przez Blizzard Entertainment oraz wyprodukowana przez węgierskie Most Wanted Entertainment gra opowiada o działaniach tytułowej fikcyjnej jednostki wojskowej. Jej dowódcą jest Major O’Connell przeniesiony tam z sił specjalnych. Ale do fabuły i rozgrywki wrócę za chwilę. W grze rozegramy niezłą liczbę dwudziestu misji, które zabiorą nas przez różne kraje: Somalia, Bośnia, Irak, Kolumbia i Afganistan. Ten dobór nie jest zapewne przypadkowy, mowa bowiem o krajach, które w latach 90 i wczesnych dwutysięcznych były dotknięte sporymi konfliktami zbrojnymi oraz niepokojami społecznymi. Zatem twórcy zdecydowanie chcieli zyskać na świeżości przedstawionych wydarzeń i, moim zdaniem, udało im się to w zupełności. „Współczesne” osadzenie rozgrywki napawa świeżością wśród innych gier tego typu zamkniętych akcją najczęściej w realiach drugiej wojny światowej.
Rozgrywka jest dokładnie taka, jaką ją zapamiętałem – potwornie niesprawiedliwa. Okej, może faktycznie trochę wyolbrzymiam, faktem jest jednak wysoki i bardzo nierówny poziom trudności misji. W nasze ręce w każdej z nich dostaniemy do dyspozycji dowódcę i co najmniej oddział piechoty. Później robi się jednak ciekawiej, ponieważ szybko dostajemy samochody terenowe i transportery opancerzone. Dostęp do nich gra daje nam już w drugiej misji, gdzie także poznajemy mechanikę zamawiania wsparcia. Piechotę i lekkie pojazdy terenowe możemy zamówić z menu, dostępnym po wybraniu Majora (poza tym dysponuje on możliwością wezwania nalotów i rakiet); po większe pojazdy musimy jednak sięgnąć na zdobyte lotniska, gdzie dostarczy je samolot. Za wszystko oczywiście płacimy nadanymi na misję funduszami, które możemy uzyskiwać kończąc kolejne cele misji. Najbardziej jednak podoba mi się sposób dostawy zamówionych jednostek. Piechota nie przybiegnie gdzieś zza mapy, tylko przyleci śmigłowcem, z którego następnie zjedzie po linach. Natomiast pojazdy pancerne zjadą na specjalnych platformach z samolotu, przyziemiającego tylko na sekundę na lotnisku. Zamawianie jednostek to nie jedyny as w rękawie naszego dowódcy. Dysponuje on bowiem małym drzewkiem z umiejętnościami, które będzie zyskiwał z kolejnymi misjami. Co jakiś czas gra pozwoli nam na awansowanie kolejnego oficera (każdy z nich w swojej specjalności jak np. medyk czy snajper). Oni również dysponują takimi drzewkami lecz w przeciwieństwie do Majora mogą zginąć na misji (O’Connell też teoretycznie może zginąć, lecz jego śmierć oznacza niepowodzenie misji). Dowodzenie jednostkami jest dosyć typowe. Zaznaczamy, kogo potrzebujemy i klikamy na mapie, gdzie chcemy ich przemieścić czy komu wydać rozkaz ataku. Funkcjonalność, której najbardziej mi brakuje z nieco nowszych tytułów, to szukanie osłon. Nasi żołnierze będą stali lub leżeli (jeśli oczywiście im to powiemy) na środku pola walki. W pierwszych misjach znajdziemy jedynie pojedyncze punkty, gdzie w, z góry zaprogramowanych, miejscach może zmieścić się kilku żołnierzy. Finalnie funkcja ta działa wyjątkowo słabo i chyba producenci zdawali sobie z tego sprawę, umieszczając mniej takich osłon im bliżej końca gry. Poza tym wszystkie jednostki padają wyjątkowo szybko. Ich zdrowie jest oparte na paskach życia, co całkiem dobrze działa w przypadku piechoty aż tak fajnie przy pojazdach. Kończy się to sytuacjami, gdzie czołgi, które mają osłaniać resztę wojsk, niszczone są w sekundy przez grupy partyzantów, co strasznie psuje obraz tych pojazdów. Jednostki nie dysponują też żadną zdolnością i chęcią przeżycia, co tyczy się także przeciwników. Piechota z wydanym rozkazem ruchu będzie uparcie biec, nawet jeśli z każdej strony ktoś do nich strzela, a także nigdy nie usunie się z linii ognia przeciwnika. Te aspekty połączone z dosyć lichymi paskami zdrowia powodują, że nawet minimalne rozproszenie uwagi, kończy się utratą kilku żołnierzy czy wręcz całego czołgu. Przeciwnik w swoich samobójczych szarżach na jednostki preferuje także wyrządzanie jak najszybszych szkód. Przykładowo więc uzbrojony w działko transporter opancerzony będzie przyjmował pocisk za pociskiem z naszego czołgu, w międzyczasie niewzruszenie wybijając przebiegający w pobliżu pluton piechoty. Nie pomaga tu także fatalny zasięg widzenia jednostek i jeszcze gorszy zasięg broni. Dlatego każda wymiana ognia odbywa się na dystansie kilkunastu metrów.
I tak, mechanicznie gra jest dosyć toporna i czasami frustrująca, co potęguje wrażenie trudności. Jednak gra mojego dzieciństwa działa również w innych aspektach. Pierwszym z nich jest fabuła, którą stanowi dość nieskomplikowany wątek zaginionych ładunków wybuchowych. To właśnie ich poszukiwania prowadzą nas przez pejzaże różnych krajów. Za wszystkim stoi tajemnicza organizacja o nazwie Matar. Stąd chociażby nowy konflikt w Somalii czy Bośni. Fabułę poznajemy jednak nie tylko z logów na ekranie ładowania misji, lecz także poprzez dialogi rozsiane w misjach oraz co ciekawe okazjonalne cutscenki. Jakość tych przerywników przyrównałbym jednak do starszego o prawie 10 lat Fallouta. Porównanie w niektórych z nich nasuwa się samo, kiedy patrzymy na nieskończone przestrzenie animowanych pustyń. Sytuacja znacznie lepiej wygląda w misjach w Kolumbii, gdzie ograniczeni jesteśmy okolicznymi roślinami. W trakcie misji pojawiają się czasem reportaże telewizyjne, które wyświetlają się na małym ekraniku w interfejsie. Wszystkie komentują nasze działania, powołując się na dziennikarkę o imieniu Piper, którą często spotkamy także w terenie naszych działań. Wydawałoby się, że wprowadzenie postaci dziennikarki, bacznie śledzącej nasze działania, da przestrzeń dla antywojennych komentarzy. Tych jednak za wiele nie uświadczymy, a te, które się pojawiają, nie wybrzmiewają dostatecznie. Z prasą związana jest także mechanika, która pokazuje zainteresowanie mediów naszymi działaniami, choć raczej powinienem to nazwać „oburzeniem”. Wypełnienie wskaźnika oznacza porażkę, jednak to zadanie wcale nie jest tak łatwe. Aby zwiększać ten wskaźnik, muszą ginąć cywile, a w większości misji nie trudno uniknąć takich strat. Jedynie w misjach, w których osłaniamy konwoje ONZ istnieje ryzyko, że zostaną one zniszczone. Jest to jednak jedyna sytuacja, w której „udało” mi się zwiększyć pasek prasy. Aspektem, w którym gra radzi sobie najlepiej, jest klimat. Choć muzyka bywa dosyć stereotypowa (np. „komunistyczne” chóry w Bośni), potrafi się wpasować w otoczenie przedstawione na ekranie. Warto wspomnieć, że jak na swoje lata te krajobrazy prezentują się całkiem miło dla oka. Pojazdy są szczegółowo wymodelowane, a ich kamuflaż dopasowuje się do terenu działań. Wspomniane już telewizyjne reportaże pojawiają się w istotnych momentach, zanurzając nas we wrażeniu oglądania prawdziwych zdarzeń. To wszystko może jednak wynikać z mojej nostalgii do tego tytułu.
Joint Task Force ma swoje lata i nigdy nie zdobyło statusu hitu czy gry kultowej. Po latach o tej grze nie słyszało wiele osób. Może być to zasługa sporej konkurencji w tytułach RTS we wczesnych latach dwutysięcznych. W końcu zaledwie 2 lata później wyszło już faktycznie kultowe Man of War, które swoim drugowojennym settingiem i świetnymi mechanikami zawojowało rynek. Jego samodzielne DLC w późniejszych latach zdefiniowały, czym powinna być gra RTS i zasłużenie cieszy się popularnością do dziś. To nie powinno zrazić ludzi przed grami takimi jak JTF. Dla osób poszukujących bardziej arcadowej rozgrywki może być to świetny wybór. Dla tych, którzy szukają fabuły, także znajdzie się tu wątek wart poświęcenia chwili uwagi. Co najważniejsze jest to niszowa strategia, którą opłaca się poznać, jeśli jest się fanem gier retro. To tej grupie graczy polecam najbardziej sięgnięcie po ten tytuł. Na pewno przyniesie on nowe doświadczenie.
Jednak zanim udało mi się zagrać, pojawił się pierwszy problem. Uruchomienie starych gier na nowych systemach bywa dość problematyczne, z tą nie było inaczej. Gra całkowicie odmówiła startu, skarżąc się na brak odpowiednich sterowników graficznych. Szczęśliwie pomoc udało się dość szybko znaleźć w treściach społeczności Steam. Jeden z graczy podzielił się tam linkiem do odpowiednich retro sterowników, które działały jak marzenie. Kolejną przeszkodą było wyświetlenie gry przy dwóch ekranach. Tu jednak poddałem się szybko, zamykając ten od laptopa – był to sposób, który pomógł mi już przy innej starszej gierce. Te rozwiązania wystarczyły; przede mną ukazało się menu główne, w rozdzielczości zdecydowanie odbiegającej od współczesnego standardu. Warto jednak zauważyć, że te dwa czarne paski po bokach nie ujmują w żaden sposób rozgrywce, a wręcz wzmacniają uczucie nostalgii.
Jednak zanim przejdziemy dalej, opowiem pokrótce czym jest Joint Task Force. Wydana w 2006 roku przez Blizzard Entertainment oraz wyprodukowana przez węgierskie Most Wanted Entertainment gra opowiada o działaniach tytułowej fikcyjnej jednostki wojskowej. Jej dowódcą jest Major O’Connell przeniesiony tam z sił specjalnych. Ale do fabuły i rozgrywki wrócę za chwilę. W grze rozegramy niezłą liczbę dwudziestu misji, które zabiorą nas przez różne kraje: Somalia, Bośnia, Irak, Kolumbia i Afganistan. Ten dobór nie jest zapewne przypadkowy, mowa bowiem o krajach, które w latach 90 i wczesnych dwutysięcznych były dotknięte sporymi konfliktami zbrojnymi oraz niepokojami społecznymi. Zatem twórcy zdecydowanie chcieli zyskać na świeżości przedstawionych wydarzeń i, moim zdaniem, udało im się to w zupełności. „Współczesne” osadzenie rozgrywki napawa świeżością wśród innych gier tego typu zamkniętych akcją najczęściej w realiach drugiej wojny światowej.
Rozgrywka jest dokładnie taka, jaką ją zapamiętałem – potwornie niesprawiedliwa. Okej, może faktycznie trochę wyolbrzymiam, faktem jest jednak wysoki i bardzo nierówny poziom trudności misji. W nasze ręce w każdej z nich dostaniemy do dyspozycji dowódcę i co najmniej oddział piechoty. Później robi się jednak ciekawiej, ponieważ szybko dostajemy samochody terenowe i transportery opancerzone. Dostęp do nich gra daje nam już w drugiej misji, gdzie także poznajemy mechanikę zamawiania wsparcia. Piechotę i lekkie pojazdy terenowe możemy zamówić z menu, dostępnym po wybraniu Majora (poza tym dysponuje on możliwością wezwania nalotów i rakiet); po większe pojazdy musimy jednak sięgnąć na zdobyte lotniska, gdzie dostarczy je samolot. Za wszystko oczywiście płacimy nadanymi na misję funduszami, które możemy uzyskiwać kończąc kolejne cele misji. Najbardziej jednak podoba mi się sposób dostawy zamówionych jednostek. Piechota nie przybiegnie gdzieś zza mapy, tylko przyleci śmigłowcem, z którego następnie zjedzie po linach. Natomiast pojazdy pancerne zjadą na specjalnych platformach z samolotu, przyziemiającego tylko na sekundę na lotnisku. Zamawianie jednostek to nie jedyny as w rękawie naszego dowódcy. Dysponuje on bowiem małym drzewkiem z umiejętnościami, które będzie zyskiwał z kolejnymi misjami. Co jakiś czas gra pozwoli nam na awansowanie kolejnego oficera (każdy z nich w swojej specjalności jak np. medyk czy snajper). Oni również dysponują takimi drzewkami lecz w przeciwieństwie do Majora mogą zginąć na misji (O’Connell też teoretycznie może zginąć, lecz jego śmierć oznacza niepowodzenie misji). Dowodzenie jednostkami jest dosyć typowe. Zaznaczamy, kogo potrzebujemy i klikamy na mapie, gdzie chcemy ich przemieścić czy komu wydać rozkaz ataku. Funkcjonalność, której najbardziej mi brakuje z nieco nowszych tytułów, to szukanie osłon. Nasi żołnierze będą stali lub leżeli (jeśli oczywiście im to powiemy) na środku pola walki. W pierwszych misjach znajdziemy jedynie pojedyncze punkty, gdzie w, z góry zaprogramowanych, miejscach może zmieścić się kilku żołnierzy. Finalnie funkcja ta działa wyjątkowo słabo i chyba producenci zdawali sobie z tego sprawę, umieszczając mniej takich osłon im bliżej końca gry. Poza tym wszystkie jednostki padają wyjątkowo szybko. Ich zdrowie jest oparte na paskach życia, co całkiem dobrze działa w przypadku piechoty aż tak fajnie przy pojazdach. Kończy się to sytuacjami, gdzie czołgi, które mają osłaniać resztę wojsk, niszczone są w sekundy przez grupy partyzantów, co strasznie psuje obraz tych pojazdów. Jednostki nie dysponują też żadną zdolnością i chęcią przeżycia, co tyczy się także przeciwników. Piechota z wydanym rozkazem ruchu będzie uparcie biec, nawet jeśli z każdej strony ktoś do nich strzela, a także nigdy nie usunie się z linii ognia przeciwnika. Te aspekty połączone z dosyć lichymi paskami zdrowia powodują, że nawet minimalne rozproszenie uwagi, kończy się utratą kilku żołnierzy czy wręcz całego czołgu. Przeciwnik w swoich samobójczych szarżach na jednostki preferuje także wyrządzanie jak najszybszych szkód. Przykładowo więc uzbrojony w działko transporter opancerzony będzie przyjmował pocisk za pociskiem z naszego czołgu, w międzyczasie niewzruszenie wybijając przebiegający w pobliżu pluton piechoty. Nie pomaga tu także fatalny zasięg widzenia jednostek i jeszcze gorszy zasięg broni. Dlatego każda wymiana ognia odbywa się na dystansie kilkunastu metrów.
I tak, mechanicznie gra jest dosyć toporna i czasami frustrująca, co potęguje wrażenie trudności. Jednak gra mojego dzieciństwa działa również w innych aspektach. Pierwszym z nich jest fabuła, którą stanowi dość nieskomplikowany wątek zaginionych ładunków wybuchowych. To właśnie ich poszukiwania prowadzą nas przez pejzaże różnych krajów. Za wszystkim stoi tajemnicza organizacja o nazwie Matar. Stąd chociażby nowy konflikt w Somalii czy Bośni. Fabułę poznajemy jednak nie tylko z logów na ekranie ładowania misji, lecz także poprzez dialogi rozsiane w misjach oraz co ciekawe okazjonalne cutscenki. Jakość tych przerywników przyrównałbym jednak do starszego o prawie 10 lat Fallouta. Porównanie w niektórych z nich nasuwa się samo, kiedy patrzymy na nieskończone przestrzenie animowanych pustyń. Sytuacja znacznie lepiej wygląda w misjach w Kolumbii, gdzie ograniczeni jesteśmy okolicznymi roślinami. W trakcie misji pojawiają się czasem reportaże telewizyjne, które wyświetlają się na małym ekraniku w interfejsie. Wszystkie komentują nasze działania, powołując się na dziennikarkę o imieniu Piper, którą często spotkamy także w terenie naszych działań. Wydawałoby się, że wprowadzenie postaci dziennikarki, bacznie śledzącej nasze działania, da przestrzeń dla antywojennych komentarzy. Tych jednak za wiele nie uświadczymy, a te, które się pojawiają, nie wybrzmiewają dostatecznie. Z prasą związana jest także mechanika, która pokazuje zainteresowanie mediów naszymi działaniami, choć raczej powinienem to nazwać „oburzeniem”. Wypełnienie wskaźnika oznacza porażkę, jednak to zadanie wcale nie jest tak łatwe. Aby zwiększać ten wskaźnik, muszą ginąć cywile, a w większości misji nie trudno uniknąć takich strat. Jedynie w misjach, w których osłaniamy konwoje ONZ istnieje ryzyko, że zostaną one zniszczone. Jest to jednak jedyna sytuacja, w której „udało” mi się zwiększyć pasek prasy. Aspektem, w którym gra radzi sobie najlepiej, jest klimat. Choć muzyka bywa dosyć stereotypowa (np. „komunistyczne” chóry w Bośni), potrafi się wpasować w otoczenie przedstawione na ekranie. Warto wspomnieć, że jak na swoje lata te krajobrazy prezentują się całkiem miło dla oka. Pojazdy są szczegółowo wymodelowane, a ich kamuflaż dopasowuje się do terenu działań. Wspomniane już telewizyjne reportaże pojawiają się w istotnych momentach, zanurzając nas we wrażeniu oglądania prawdziwych zdarzeń. To wszystko może jednak wynikać z mojej nostalgii do tego tytułu.
Joint Task Force ma swoje lata i nigdy nie zdobyło statusu hitu czy gry kultowej. Po latach o tej grze nie słyszało wiele osób. Może być to zasługa sporej konkurencji w tytułach RTS we wczesnych latach dwutysięcznych. W końcu zaledwie 2 lata później wyszło już faktycznie kultowe Man of War, które swoim drugowojennym settingiem i świetnymi mechanikami zawojowało rynek. Jego samodzielne DLC w późniejszych latach zdefiniowały, czym powinna być gra RTS i zasłużenie cieszy się popularnością do dziś. To nie powinno zrazić ludzi przed grami takimi jak JTF. Dla osób poszukujących bardziej arcadowej rozgrywki może być to świetny wybór. Dla tych, którzy szukają fabuły, także znajdzie się tu wątek wart poświęcenia chwili uwagi. Co najważniejsze jest to niszowa strategia, którą opłaca się poznać, jeśli jest się fanem gier retro. To tej grupie graczy polecam najbardziej sięgnięcie po ten tytuł. Na pewno przyniesie on nowe doświadczenie.
—
Grafika: Julia Jonak
Grafika: Julia Jonak