zjedli nam gofry | kwartalnik

Spływowe wynurzenia

Spojrzenia
,,Myślę, że być może umieramy każdego dnia. Być może rodzimy się na nowo z każdym świtem, trochę inni, w innym miejscu na naszej drodze. Kiedy między tobą a osobą, którą byłeś, znajdzie się wystarczająco wiele dni, stajecie się sobie obcy. Może na tym polega dorastanie”

- Mark Lawrence, Książę cierni


Siedzimy na rozkładanych krzesełkach. Tata gotuje nam obiad, my się wygłupiamy. W ręce trzymam ulubionego pluszaka, dalmatyńczyka Morę. Rozglądam się. Widzę obok nasz igloopodobny namiot, za nim nieśmiały, niewielki lasek. Nie mogę się doczekać jutrzejszej wyprawy wśród drzew i łąk. Wkoło nas polana, nikogo w zasięgu wzroku. Obraz natury zakłóca jedynie niedaleko zaparkowane auto taty - bordowy citroen xantia (w środku zawsze pachnie zapachową choinką samochodową, a w środku słychać przeboje The Rolling Stones). Świeci słońce, jest cieplutko. Przymykam oczy…

…i otwieram je za sekundę. Nie jestem już na polu biwakowym z siostrą i tatą w wakacje, tylko na weekendowym wyjeździe kajakowym z moim chłopakiem i grupą znajomych. No tak, to były tylko przebłyski wspomnień z dzieciństwa. Kiedy zapytałam o nie przy okazji ojca, okazało się, że trochę inaczej wszystko zapamiętałam (na wyjeździe miałam wtedy 3 lub 4 latka, pewnie więcej obrazów kojarzę z opowieści niż z własnych przeżyć). Kto by pomyślał, że na podobny wyjazd w naturę udam się dopiero 20 lat później. Siedzę z moim fajnym na karimacie i jemy właśnie spaghetti. Jest dobrze.

Trzydniowy spływ Pilicą okazał się przygodą, której potrzebowałam. Wyprawą, którą doświadczyłam w takim wydaniu pierwszy raz. Wyzwaniem, któremu podołałam i mam ochotę na więcej. To były kilka dni szczerego spokoju i rozluźniającego wyciszenia. Sporo zawdzięczam pogodzie, która akurat dopisała, chociaż prognozy były niejednoznaczne (a jednak udało mi się spalić nos). Rzeka przenosiła nas płynnie z miejsca na miejsce, a my przy (tylko!) odrobinie wysiłku i pracy grupowej mogliśmy przyglądać się z podziwem naturze. Przyznam otwarcie, cieszyłam się nawet z goniących się po rzece kaczek.

Do tej pory wakacje kojarzyły mi się z lotem do ciepłego kraju, ewentualnie obozem sportowym, czy też paroma dniami u dziadka w innym mieście. Ostatnio w namiocie spałam 5 lat temu na ogródku kolegi z liceum po imprezie, a pływałam jedynie rowerkiem wodnym… To całkowicie odmienne doświadczenia w porównaniu do 3 dni spania pod gołym niebem, trzymania rzeczy w wodoodpornych workach i przemieszczenia się kajakiem od jednego miejsca noclegu do drugiego. Pod koniec wyjazdu piasek miałam wszędzie, kończyła nam się pitna woda, na lewej ręce miałam odcisk, piekła mnie twarz od słońca, nogi miałam obdrapane, ale uśmiech nie schodził mi z twarzy. Czułam się jak mała ja, która przeszczęśliwa właśnie wychodzi z plaży po całym dniu spędzonym przy brzegu morza na kocyku.

Weekend spędziłam pływając Pilicą, robiąc kiełbaski pod gwiazdami, poznając nowych ludzi, słuchając ich historii i żartów. Przede wszystkim był to również czas odcięcia się od szeroko pojętego świata zewnętrznego, z jego ciężarem, obowiązkami, zmartwieniami i social mediami. Telefon służył jedynie do puszczania z niego muzyki, a tematyka rozmów w dużej mierze krążyła wokół lekkich tematów. We mnie zapanował długo niedoświadczany w ostatnim czasie spokój, poczułam, jak na chwilę odetchnęłam.

Zaskakująco ten wyjazd wywołał we mnie falę nostalgii i obudził dawno zapomniane dziecięce impulsy i pragnienia. Okazuje się, że to nie jest tak do końca, że nie lubię zmian, czy wyzwań. Nie czuję się komfortowo z przekraczaniem swoich granic (a raczej wygodnej, bezpiecznej rutyny) i traceniem kontroli nad sytuacją. Nie jest to równoznaczne z tym, że nie chcę, czy nie mogę. Uświadomienie sobie tego trwało wystarczająco długo, ale wreszcie do mnie dotarło. Poczułam ulgę uświadamiając sobie, że mogę walczyć z lękami przed próbowaniem, ewoluować, zamienić nużącą codzienność w coś ekscytującego przez dodawanie małych kroczków-przygód.

Jako dziecko byłam pełna energii, jak to mówią ,,żywe srebro”. Zazwyczaj zadowolona, towarzyska, uwielbiałam wymyślać historie, którego bohaterami były moje pluszaki. Wchodziłam na drzewa, co chwilę próbowałam nowego hobby, w każdym miejscu znajdowałam sobie osobę do rozmowy. Gdzieś pomiędzy gimnazjum a liceum przestałam być taka odważna. Straciłam nieustanną pogodę ducha, pojawiły się lęki, negatywne myśli, zahamowania…

Trudno mi myśleć o sobie sprzed lat. Wiem, że gdybyśmy się spotkały, byłaby bardzo zdziwiona mną z teraz. Ciekawe, czy by mnie zaakceptowała, polubiła? Przecież inaczej wyglądam, w inne wierzę ideały, interesują mnie odmienne rzeczy, zmieniłam swoje niektóre pasje, nie mam kontaktu z kiedyś najbliższymi osobami (gdzie te BFF? [1]). Ktoś by może powiedział, że na tym właśnie polega dorastanie i że z wiekiem tak po prostu bywa, że ,,wyrasta się z pewnych kwestii, a życie klaruje nasze podejście”. Może to prawda, ale jakaś siła nie pozwala mi zgodzić się z tą niepowstrzymaną ,,koleją rzeczy”. Czasem łapię się na nieprzyjemnych myślach, że może przez te lata zawiodłam swoje wewnętrzne dziecko w pogoni za byciem dorosłym przez duże D.

Dobra wiadomość jest taka, że mam jeszcze czas zrekompensować sobie nieprzyjemne wspomnienia i odzyskać swój blask, znajdując go na nowo. Grunt to wsłuchać się w swoją intuicję, swoje ciało, gdy mówi, że chce spróbować, choć się boi. Nie słuchać wewnętrznego leniwca uwielbiającego szarą powtarzalną codzienność, z której nie mam ostatecznie satysfakcji. Ja wiem nad czym mogę i chcę pracować. A Ty?



[1] best friends forever - ang. najlepsi przyjaciele na zawsze