Ostatnio często nie mogę spać w nocy. Słucham kropli deszczu. Kap, kap zaczyna brzmieć dla mnie, jak dźwięk przepływających minut, które spędzam, wpatrując się w sufit. Liczę barany. Już 100 baranów. 150 baranów. Nudzi mi się to liczenie. Zaczynam myśleć o tym, jak ostatnio na imprezie opowiedziałam żart i nikt się nie zaśmiał. Obserwowałam wtedy twarze słuchających i próbowałam znaleźć w nich chociażby cień rozbawienia. Lekko uniesiony kącik ust, czy błysk w oku, by mi wystarczyły. Zamiast nich zmarszczenie brwi i dziwne spojrzenie z ukosa.
Próbuję zmienić pozycję, w jakiej leżę. Żadna nie jest wygodna. Nie wiem, czy coś jest nie tak z moim materacem, czy to ze mną jest jakiś problem. Chyba oboje jesteśmy jacyś wadliwi. Wstaję z łóżka, zapalam światło i zaczynam chodzić po pokoju. Moje kroki wydają mi się dziwnie głośne w powszechnym nocnym bezruchu. Obserwuję zdjęcia, które mam porozwieszane na ścianach. Głównie przedstawiają twarze unieruchomione w wiecznych uśmiechach. Krótkie, szczęśliwe momenty uwiecznione w niezachwianej trwałości fotografii. Porozwieszałam tylko te przedstawiające wesołe momenty. Nostalgia nie wydała mi się godna bycia codziennie widzianą, gdy w pośpiechu drukowałam zdjęcia w Rossmannie. Dotykam powierzchni ściany. Jest zimna. Przykładam do niej twarz i zamykam oczy. To dziwne uczucie. Jej zimno szybko ustępuje miejsca temperaturze mojego ciała. Myślę o wszystkich poprzednich ludziach zamieszkujących mój wynajmowany pokój na miarę ograniczonego budżetu studenckiego. Gdyby pomyśleć, że wszyscy mieliśmy tę samą farbę na ścianie, moje przykładanie do niej twarzy staje się trochę obrzydliwe. Zastanawiam się, czy jestem szalona. Ludzie nie opowiadają w konwersacji przy porannej kawie, że kilka godzin temu przykładali twarz do brudnej ściany. Może każdy tak czasami robi, ale uważamy to społecznie za temat marginalny. Sama już nie wiem.
Noc zdaje mi się rządzić własnymi prawami. W ciemności, gdy wszyscy śpią, nasz indywidualizm może szaleć. Tak przynajmniej myślę, gdy patrzę w okna bloku naprzeciwko mnie. Jest trzecia nad ranem w środę. Czemu Ci ludzie nie śpią? Pewnie też mają jutro pracę, do której zaśpią albo wykład, który sobie odpuszczą. Jakiś czas prowadziłam dziennik, w którym tuż przed pójściem spać zapisywałam, ile okien jest zapalonych:
[ godzina: 3:09, liczba zapalonych okien: 4, liczba wypitych kubków mleka: 2, liczba minut uprawiania jogi na dobry sen: 28 ]
Po kilku odnotowaniach odkryłam, że mój nokturnowy tryb funkcjonowania dzielę z kilkoma stałymi bezsennowcami. Przestałam prowadzić, więc tak samo wyglądające notatki, a zaczęłam się zastanawiać, kto kryje się za tą liczbą w moim notatniku. Nazwałam ich członkami klubu bezsennowców. Nigdy nie widziałam mieszkańców kryjących się za tymi oknami, ale tworzę w głowie ich obrazy. Za jednym oknem mieszka artysta, który kocha malować gwiazdy. Słucha przy tym Nocturnes od Chopina i mówi swoim znudzonym znajomym, że tylko tak można naprawdę usłyszeć i zrozumieć ich piękno. Inne mieszkanie z wiecznie zapalonym oknem zamieszkuje nastoletnia fanka gier wideo. W ciągu dnia musi pokonywać misję znaną szerzej jako edukacja szkolna, ale w ciągu nocy czekają ją dużo ciekawsze wyzwania. Ciekawe, czy w przyszłości zaprojektuje jedną z tych gier będących dla wielu atrakcyjniejszą opcją niż sen. Za kolejnym oknem zamieszkuje sławna 60-letnia pisarka, która w nocy dostaje największego przypływu kreatywności. Zresztą i tak nie może spać przez głośne chrapanie jej męża. Ostatnie, ze stale rozświetlonych okien, należy do młodej pary, która dopiero niedawno zamieszkała razem. Rozmawiają nocami i wolą dalej się poznawać, aniżeli spać. Herbata z melisy pita podczas tych rozmów zdaje się wlewać w nich nowe pokłady wzajemnego zafascynowania.
Ciekawe, czy moje okno czasami ktoś dostrzega w nocy. Mam nadzieję, że myśli, że jestem ciekawsza, niż dwudziestojednolatka zastanawiająca się wiecznie nad przyszłością i stresująca się rzeczami, na które nie ma wpływu. Z drugiej strony jest w moim obecnym stanie pewna poetyckość. Myślę, że im jesteśmy starsi, tym smutniejsze wydaje nam się to, że nie wiemy, czego chcemy. Mając jednak dwadzieścia parę lat, jest w tym coś ekscytującego. Chyba jeszcze nie upadliśmy wystarczająco wiele razy, by niemożliwym wydawało nam się latanie. Marzymy więc dalej i snujemy wizję tego, co nas czeka.
Czasami, gdy skarżymy się na naszą niepewność co do przyszłości któremuś z tych „prawdziwych dorosłych”, to po prostu patrzą na nas z politowaniem.
„Prawie nikt nie wie, czego chce i kim chce zostać” — powiedzą, jakby to miało być pocieszenie.
Może w sumie to jest pocieszające. Każdy idzie przez życie, ciągle zmieniając się i tworząc na nowo. Powinnam być w stanie żyć z tą wizją. Dalej jednak nie mogę spać. Zastanawiam się, czy mój klub bezsennowców też ma podobne rozterki. Ciekawe, co tak naprawdę nas łączy. Czy 60-letnia pisarka też zastanawia się, kim będzie za 5 lat? Może wyda kolejną książkę – taką, która wreszcie przyniesie jej najwyższe uznanie w świecie literatury. Nie chcę nigdy dowiedzieć się, kto tak naprawdę jest jednym z moich stałych towarzyszy bezsennych nocy. Chcę myśleć o nich jako o tej stałości przynoszącej komfort w okresach przemian, czy o pięknych scenariuszach na życie, które pozwalają nam wierzyć, że czasami bywa pięknie.
Myślę, że każdy raz na jakiś czas potrzebuje okresu, w którym noce zdają się po prostu niekończącymi momentami przemyśleń. Tylko przyglądając się sobie mamy szanse zrozumieć to, kim jesteśmy.
*
Ostatnio spotkało mnie to, co miałam nadzieję, że nigdy się nie wydarzy. Z jednego ze stale zapalonych okien mojego Klubu Bezsennowców – mianowicie tego domniemanie zamieszkiwanego przez nastoletnią fankę gier wideo – wysunęła się sylwetka mężczyzny palącego papierosa. Miał ubrany szlafrok, a żar papierosa był widoczny nawet z mojego bloku. Nie mogłam uwierzyć w jego widok. Zgasiłam światło i obserwowałam go, kryjąc się pod osłoną ciemności. Czułam się jak intruz naruszający jego intymny moment zamyślenia. Nie mogłam się jednak od tego powstrzymać i kontynuowałam moją obserwację. Nie był jednym z tych eleganckich palaczy. Zdawał mi się palić w pośpiechu. Bezrefleksyjnie. Jeden z tych ludzi, którzy mówią „cho na peta”, gdy mają gorszy dzień – później wypalają go tylko po to, by mieć, z kim ponarzekać.
Poczułam zawód. Przywiązałam się do moich czterech wymyślonych mieszkańców bloku naprzeciwko (może serio oszalałam?). On nie wyglądał jak z mojej idealistycznej wizji.
Następnego dnia, gdy piłam poranną kawę, wyjrzałam za okno, by sprawdzić, czy znowu go zobaczę. Tak – to tamto okno. Drugie piętro, trzecia od lewej klatka. Znowu palił. Dziwne, że nigdy wcześniej go nie zobaczyłam. Może on też przechodzi teraz przez swój okres refleksji i zagubienia. Czasami mam wrażenie, że ten okres trwa całe nasze życie, tylko czasami jesteśmy go mniej świadomi.
Kończąc wtedy picie kawy, zdecydowałam się pożegnać mój Klub Bezsennowców i kupić tabletki z melatoniną. Może, jak wreszcie się wyśpię, to przestaną mnie tak interesować ci nieistniejący ludzie i zrobię coś, co sprawi, że moje istnienie wyda mi się ciekawsze. Przynajmniej tak zdarza mi się marzyć.
Próbuję zmienić pozycję, w jakiej leżę. Żadna nie jest wygodna. Nie wiem, czy coś jest nie tak z moim materacem, czy to ze mną jest jakiś problem. Chyba oboje jesteśmy jacyś wadliwi. Wstaję z łóżka, zapalam światło i zaczynam chodzić po pokoju. Moje kroki wydają mi się dziwnie głośne w powszechnym nocnym bezruchu. Obserwuję zdjęcia, które mam porozwieszane na ścianach. Głównie przedstawiają twarze unieruchomione w wiecznych uśmiechach. Krótkie, szczęśliwe momenty uwiecznione w niezachwianej trwałości fotografii. Porozwieszałam tylko te przedstawiające wesołe momenty. Nostalgia nie wydała mi się godna bycia codziennie widzianą, gdy w pośpiechu drukowałam zdjęcia w Rossmannie. Dotykam powierzchni ściany. Jest zimna. Przykładam do niej twarz i zamykam oczy. To dziwne uczucie. Jej zimno szybko ustępuje miejsca temperaturze mojego ciała. Myślę o wszystkich poprzednich ludziach zamieszkujących mój wynajmowany pokój na miarę ograniczonego budżetu studenckiego. Gdyby pomyśleć, że wszyscy mieliśmy tę samą farbę na ścianie, moje przykładanie do niej twarzy staje się trochę obrzydliwe. Zastanawiam się, czy jestem szalona. Ludzie nie opowiadają w konwersacji przy porannej kawie, że kilka godzin temu przykładali twarz do brudnej ściany. Może każdy tak czasami robi, ale uważamy to społecznie za temat marginalny. Sama już nie wiem.
Noc zdaje mi się rządzić własnymi prawami. W ciemności, gdy wszyscy śpią, nasz indywidualizm może szaleć. Tak przynajmniej myślę, gdy patrzę w okna bloku naprzeciwko mnie. Jest trzecia nad ranem w środę. Czemu Ci ludzie nie śpią? Pewnie też mają jutro pracę, do której zaśpią albo wykład, który sobie odpuszczą. Jakiś czas prowadziłam dziennik, w którym tuż przed pójściem spać zapisywałam, ile okien jest zapalonych:
[ godzina: 3:09, liczba zapalonych okien: 4, liczba wypitych kubków mleka: 2, liczba minut uprawiania jogi na dobry sen: 28 ]
Po kilku odnotowaniach odkryłam, że mój nokturnowy tryb funkcjonowania dzielę z kilkoma stałymi bezsennowcami. Przestałam prowadzić, więc tak samo wyglądające notatki, a zaczęłam się zastanawiać, kto kryje się za tą liczbą w moim notatniku. Nazwałam ich członkami klubu bezsennowców. Nigdy nie widziałam mieszkańców kryjących się za tymi oknami, ale tworzę w głowie ich obrazy. Za jednym oknem mieszka artysta, który kocha malować gwiazdy. Słucha przy tym Nocturnes od Chopina i mówi swoim znudzonym znajomym, że tylko tak można naprawdę usłyszeć i zrozumieć ich piękno. Inne mieszkanie z wiecznie zapalonym oknem zamieszkuje nastoletnia fanka gier wideo. W ciągu dnia musi pokonywać misję znaną szerzej jako edukacja szkolna, ale w ciągu nocy czekają ją dużo ciekawsze wyzwania. Ciekawe, czy w przyszłości zaprojektuje jedną z tych gier będących dla wielu atrakcyjniejszą opcją niż sen. Za kolejnym oknem zamieszkuje sławna 60-letnia pisarka, która w nocy dostaje największego przypływu kreatywności. Zresztą i tak nie może spać przez głośne chrapanie jej męża. Ostatnie, ze stale rozświetlonych okien, należy do młodej pary, która dopiero niedawno zamieszkała razem. Rozmawiają nocami i wolą dalej się poznawać, aniżeli spać. Herbata z melisy pita podczas tych rozmów zdaje się wlewać w nich nowe pokłady wzajemnego zafascynowania.
Ciekawe, czy moje okno czasami ktoś dostrzega w nocy. Mam nadzieję, że myśli, że jestem ciekawsza, niż dwudziestojednolatka zastanawiająca się wiecznie nad przyszłością i stresująca się rzeczami, na które nie ma wpływu. Z drugiej strony jest w moim obecnym stanie pewna poetyckość. Myślę, że im jesteśmy starsi, tym smutniejsze wydaje nam się to, że nie wiemy, czego chcemy. Mając jednak dwadzieścia parę lat, jest w tym coś ekscytującego. Chyba jeszcze nie upadliśmy wystarczająco wiele razy, by niemożliwym wydawało nam się latanie. Marzymy więc dalej i snujemy wizję tego, co nas czeka.
Czasami, gdy skarżymy się na naszą niepewność co do przyszłości któremuś z tych „prawdziwych dorosłych”, to po prostu patrzą na nas z politowaniem.
„Prawie nikt nie wie, czego chce i kim chce zostać” — powiedzą, jakby to miało być pocieszenie.
Może w sumie to jest pocieszające. Każdy idzie przez życie, ciągle zmieniając się i tworząc na nowo. Powinnam być w stanie żyć z tą wizją. Dalej jednak nie mogę spać. Zastanawiam się, czy mój klub bezsennowców też ma podobne rozterki. Ciekawe, co tak naprawdę nas łączy. Czy 60-letnia pisarka też zastanawia się, kim będzie za 5 lat? Może wyda kolejną książkę – taką, która wreszcie przyniesie jej najwyższe uznanie w świecie literatury. Nie chcę nigdy dowiedzieć się, kto tak naprawdę jest jednym z moich stałych towarzyszy bezsennych nocy. Chcę myśleć o nich jako o tej stałości przynoszącej komfort w okresach przemian, czy o pięknych scenariuszach na życie, które pozwalają nam wierzyć, że czasami bywa pięknie.
Myślę, że każdy raz na jakiś czas potrzebuje okresu, w którym noce zdają się po prostu niekończącymi momentami przemyśleń. Tylko przyglądając się sobie mamy szanse zrozumieć to, kim jesteśmy.
*
Ostatnio spotkało mnie to, co miałam nadzieję, że nigdy się nie wydarzy. Z jednego ze stale zapalonych okien mojego Klubu Bezsennowców – mianowicie tego domniemanie zamieszkiwanego przez nastoletnią fankę gier wideo – wysunęła się sylwetka mężczyzny palącego papierosa. Miał ubrany szlafrok, a żar papierosa był widoczny nawet z mojego bloku. Nie mogłam uwierzyć w jego widok. Zgasiłam światło i obserwowałam go, kryjąc się pod osłoną ciemności. Czułam się jak intruz naruszający jego intymny moment zamyślenia. Nie mogłam się jednak od tego powstrzymać i kontynuowałam moją obserwację. Nie był jednym z tych eleganckich palaczy. Zdawał mi się palić w pośpiechu. Bezrefleksyjnie. Jeden z tych ludzi, którzy mówią „cho na peta”, gdy mają gorszy dzień – później wypalają go tylko po to, by mieć, z kim ponarzekać.
Poczułam zawód. Przywiązałam się do moich czterech wymyślonych mieszkańców bloku naprzeciwko (może serio oszalałam?). On nie wyglądał jak z mojej idealistycznej wizji.
Następnego dnia, gdy piłam poranną kawę, wyjrzałam za okno, by sprawdzić, czy znowu go zobaczę. Tak – to tamto okno. Drugie piętro, trzecia od lewej klatka. Znowu palił. Dziwne, że nigdy wcześniej go nie zobaczyłam. Może on też przechodzi teraz przez swój okres refleksji i zagubienia. Czasami mam wrażenie, że ten okres trwa całe nasze życie, tylko czasami jesteśmy go mniej świadomi.
Kończąc wtedy picie kawy, zdecydowałam się pożegnać mój Klub Bezsennowców i kupić tabletki z melatoniną. Może, jak wreszcie się wyśpię, to przestaną mnie tak interesować ci nieistniejący ludzie i zrobię coś, co sprawi, że moje istnienie wyda mi się ciekawsze. Przynajmniej tak zdarza mi się marzyć.
Grafika: Aleksandra Kamińska