Kwartalnik | Horyzont

Gromadząc horyzonty – impresje z podróży objazdowej po Gruzji

 Tak dłu­go w wino zmie­niam wodę,

Aż mi się urwie ucho dzban­ka,

Wte­dy pić będę mą po­go­dę

Ja, uśmiech, traf i nie­spo­dzian­ka.

                                                                      –  Kazimierz Wierzyński „Gdzie nie posieją mnie”



Zanurzenie

Gruzja – państwo „pomiędzy”. Utkane ze sprzeczności, które stanowią o wyjątkowym charakterze tego miejsca. Gruzja, czyli państwo między Azją a Europą, między przeszłością a tym, co dopiero ma tam nadejść, między istotnością tradycji, a chęcią zabłyśnięcia innowacjami. Nowość niepostrzeżenie wtula się w starożytny zaułek, asfalt ostateczną falą wylewa się na dzikich dotąd pustkowiach, a pamięć o dawnych czasach oplata niczym bluszcz, kąt przeznaczony na automat bankowy. Opowiem o Gruzji takiej, jaką mi się przedstawiła, jaką dała mi się poznać. Namaluję obraz, do którego paleta barw poszerzała się w wyobraźni wraz z każdym kolejnym dniem spędzonym w tym kraju.


Na horyzoncie sylwetka psa

Przekraczamy bramy lotniska i wychodzimy naprzeciw dusznej nocy w Kutaisi. W kilka chwil zbiera się wokół nas stado psów, które każdą ludzką obecność traktują jak potencjalny początek zbawienia. Patrzą w oczy odważnie, ale jest to odwaga napędzana desperacją. Ich poszczekiwanie to prośby, których nie możemy spełnić. Odjeżdżamy. Każdego dnia zmieniamy region, zmieniamy drogi, mijamy miasta i wsie, a one wciąż są. Gdziekolwiek jesteśmy one są – jak stały element krajobrazu. W Gruzji na horyzoncie majaczy wychudzona sylwetka psa. Sierść faluje na wietrze jak łopoczący sztandar, do którego powoli przywykam, z którym się oswajam. Tutaj każdy fenomen, każda kuriozalna sytuacja szybko przestaje mnie dziwić. Pozwalamy, by przypadkowe zdarzenia objęły dowództwo nad naszą historią w tym kraju. Wstępne plany spisane jeszcze przed podróżą na kartce A4, mają okazać się zbędnym wymysłem naszych w miarę uporządkowanych alter ego z Polski. Pierwszemu zaśnięciu w Gruzji towarzyszy nieustający rechot żab, spoglądających z ciemności na dwa zaparkowane samochody pośrodku niczego.

W górę, ku nieznanemu!
Charakterystyczne piknięcie, a zaraz potem dociera do nas zniekształcony głos współtowarzysza podróży z drugiego samochodu:
– Patrzcie, ile krów!
– Uwaga, krowy idą środkiem drogi! Odbiór.
– Widzimy krowy. Bardzo ładne krowy. Bez odbioru.
– Kto ich pilnuje? Nikogo tu nie ma!

Kolejny dzień upływa pod znakiem tego typu komunikatów podawanych sobie za pomocą krótkofalówek. W treści tych jakże błyskotliwych dialogów zmienia się jedynie nazwa zwierzęcia spotkanego na zboczu wysokich gór, na zakręcie drogi z niską pochylonym łbem nad kępkiem trawy, czy spoglądającego beznamiętnie na wyrosłą nagle przed nosem maskę samochodu. Zmierzamy w stronę północno-zachodniej Gruzji. Tego dnia finalną destynacją ma być Mestia, otoczona zielonymi wzniesieniami i stalowoniebieskimi szczytami Kaukazu. Po drodze zatrzymujemy się w nieznanym miasteczku, gdzie wpadamy w gąszcz targowiskowego rozgardiaszu. Mijamy stragany, skąd lśnią w stronę przechodniów łuski wystawionych na sprzedaż ryb, kołyszą się lekko paski związanych w pęk kolorowych czurczcheli, a naszemu wesołemu pochodowi towarzyszą zaciekawione spojrzenia lokalnych sprzedawców. 

Zatrzymujemy się przy warzywach i owocach. Przyciągają wzrok drobne truskawki zsypane w kopczyk, okazałe arbuzy ustawione ciasno w rzędach czy też dojrzałe, szkarłatne czereśnie związane za ogonki, owoc przy owocu, przypominające stulone dzwonki janczar. Nawiązuje się rozmowa, a raczej specjalna odmiana komunikacji, która spajać będzie nas odtąd społecznie z Gruzinami na te kilka dni, polegająca na znalezieniu ułamka zrozumienia między słowami wypowiadanymi w obcych językach. Polskie zdania docierają do uszu przechodnia, który zatrzymuje się nagle i wykrzykuje tubalnym głosem: „Dzień dobry! Ja byłem... Warszawa, Katowice, Białystok!”. Między straganami robi się wesoło. Kupujemy wielobarwne produkty, pozdrawiamy rozbawionych handlarzy, lawirujemy w labiryncie przejść i tymczasowych uliczek i uśmiechamy się do abstrakcyjności momentu. Po wizycie na targu wyruszamy obejrzeć zaporę Inguri, która w czasie, gdy została oddana do użytku (1984 r.) stanowiła najwyższy zbiornik wodny na świecie. Woda tamtego dnia tonie w szarościach, kontrastując z pamięcią o jaskrawości kolorów targowiska. Ten surowy odcień nadały jej mgły, przewijające się niczym grube wstęgi między szmaragdowymi wzgórzami. Nim odjeżdżamy oddajemy pozostałości ze śniadania lokalnym psim włóczęgom. Do Mestii docieramy po południu. Szukamy miejsca na nocleg. Ostatecznie rozbijamy namiot na pustym polu ponad miasteczkiem. Ów skrawek zieleni stanowi część wzniesienia, na którego szczycie spoczywa mała cerkiew utrzymana w charakterystycznym dla gruzińskiej budowli sakralnej stylu. Widok o poranku na biel i niebieskość górskich pasm przetykanych poranną mgłą przypomina, że życie powinno być przede wszystkim konstrukcją z takich chwil. W końcu jednak opuszczamy wzrok, zostawiamy za sobą tamto miejsce. Czas jechać dalej.


Wśród pustki było wszystko

Nasze kolejne dni są śniadaniami na skałach tuż nad przepaścią, wypatrywaniem przydrożnych kapliczek z czaczą przelaną do plastikowych butelek, kąpielą w rzece w zielonej dolinie, spotkaniem z dzikimi końmi po nocy spędzonej w surrealnie pięknych okolicach Cminda Sameba i zadzieraniem głów, by dojrzeć detale postaci uwiecznionych na Pomniku Przyjaźni Rosyjsko-Gruzińskiej. Nasze kolejne dni są przedzieraniem się przez zmieniający się charakter krajobrazu. Z orzeźwiającej surowości gór wpadamy w skąpane słońcem mury historycznych klasztorów we wschodniej części Gruzji. 

Zawsze fascynowało mnie przekraczanie progów miejsc, które widziały więcej niż ja kiedykolwiek zdołam i które są świadkami wydarzeń przewrotnie trwalszymi niż człowiek powołujący je do istnienia. Przejechanie dłonią po chropowatej warstwie nagromadzonych wieków, ostrożne stąpanie po wygładzonej płaszczyźnie schodów, po których wchodziło wielu przede mną i będzie wielu po mnie, to momenty wyjęte z czasu i przestrzeni. Średniowieczna twierdza Ananuri wpada mi ciepłymi brązami i gęstym powietrzem do głowy. Pamiętać będę jedną jedyną różę, która przeszywającą czerwienią bohatersko zdobiła dziedziniec kompleksu. Ku wieczorowi, przemierzywszy drogą szutrową równiny pokryte dywanem wysokich traw i żółtych kwiatów, docieramy do wyludnionego Udabno, które okazuje się arkadią dla zmęczonych podróżą tułaczy. Oasis Club, gdzie zatrzymujemy się na nocleg, prowadzi para z Polski, która ma do pomocy kilku zaprzyjaźnionych pracowników. Witają nas serdecznie w swoim wyjątkowym, kolorowym przybytku utrzymanym w niezobowiązującym stylu hippisowskiego uwielbienia do tego, co proste, piękne, dobre i z natury. 

Na tym pustkowiu funkcjonuje jakiś szczególny mikroklimat, sprawiający, że człowiek niemal natychmiast czuje się jak w domu, w miejscu bliskim, którego podświadomie szukało się od wielu lat. Znaleźliśmy nasz przydział szczęścia, swojskości i spokoju pomiędzy bibelotami zapełniającymi sekretarzyki, w półkach z książkami, gdzie znaleźć można było tytuły autorów od Siesickiej po Wergiliusza, w drewnianych drzwiach przyozdobionych wizytówkami, rysunkami i naklejkami z całego świata, w talerzach, półmiskach i szklankach napełnionych hojnie aromatycznymi potrawami i winem, między ścianami ozdobionymi z twórczym rozmachem przez artystów, którzy przewinęli się w przeszłości przez to miejsce. Poznajemy historię naszych gospodarczy, dowiadujemy się też wielu rzeczy o Gruzji i o tym regionie. W ciepły, czerwcowy wieczór wsłuchujemy się w głosy ludzi, którzy oddali serca temu krajowi, wniknęli w jego tkankę. Wspominają o tym, dlaczego łatwo o konflikty w górskich rejonach, czemu Udabno skazane jest na bycie pustkowiem, o lokalnie nadal występującej tradycji porywania dziewczyn na panny młode, o gruzińskiej policji i sposobie załatwiania tutaj interesów. Wymiana anegdot, doświadczeń i refleksji trwa jeszcze długo, a akompaniuje jej stuk gromadzącego się na stole szkła. Budzimy się do czerwcowego słońca i śpiewu ptaków. Trafiliśmy dobrze, tłumaczą nam, bo jeszcze jest tutaj zielono. Potem robi się sucho, barwy natury bledną i brakuje wody. Tak, myślę, trafiliśmy bardzo dobrze.


Pijemy za polsko-gruzińską przyjaźń

Będąc w okolicy zwiedzamy Dawit Garedża  –  kompleks skalnych monastyrów  –  skąd rozpościera się widok na gruzińskie kolorowe góry. Kontemplujemy chwilę widok, a potem obieramy nowy kierunek – Tbilisi. Stolicę Gruzji dołapujemy późnym popołudniem, przechadzając się wzdłuż ulic, które opustoszeją wraz z wybiciem dwudziestej trzeciej, kiedy to w całym kraju nastaje godzina policyjna wprowadzona w związku z pandemią. Zdążymy przejść rozjarzony Most Pokoju, na którym tańczy jeszcze kilka par do wygrywanej melodii, przyglądamy się namiotom i transparentom protestujących rozłożonym przed budynkiem parlamentu, mijamy odradzające się kawiarniane życie miasta. Problem z podróżą objazdową polega na tym, że w pierwszej chwili nie dociera do człowieka intensywność miejsc, które widzi. Bo trwa pewien pęd, pewien rytm, który raz nadany, ogranicza możliwość stania się w pełni częścią danej przestrzeni. Dopiero po jakimś czasie dociera do mnie, co robiliśmy, co ujrzeliśmy, gdzie byliśmy. Dalszy etap naszej gruzińskiej przygody nabiera przedziwnego charakteru rodem ze scenariusza filmu komediowego. Po przemierzeniu skalnego miasta Wardzia, które wydaje się bardziej miejscem wskrzeszonym w wyobraźni ambitnego pisarza fantasty niż rzeczywistą lokacją, wsiadamy do samochodów z zamierzeniem dotarcia jeszcze tego wieczora do Batumi. Jednak los pociągnął siarczyście za sznurki, wysypując przy tym z rękawa przygotowanego dla nas asa. As na imię miał George. Nim jednak go poznajemy, cała sprawa zaczyna się od niewinnego postoju w celu zaopatrzenia się chaczapuri w przypadkowo mijanej restauracji. Do załatwienia sprawunków wysłany zostaje nasz samozwańczy grupowy lider, który w owym krótkim czasie opanował sztukę komunikacji ponad-językowej do perfekcji. Z Gruzinem, dyrektorem lokalnej winnicy, którego poznaje spontanicznie w restauracji porozumiewa się na tyle dobrze, iż ten zaprasza wszystkich, żeby weszli do środka i zasiedli przy stole, ponieważ on Polaków koniecznie musi poczęstować czaczą i winem. Nie namyślając się zbyt długo siadamy przy tym stole. Zajadając gorące kawałki słonego serowego ciasta i sącząc czerwone wino, wsłuchuję się w rozmowę, która obiera coraz ciekawszy kierunek. Okazuje się, że to, co próbuje nam przekazać Nicolas, nasz nowy gruziński znajomy, to fakt, iż w okolicy mieszka pewien Polak i my powinniśmy się do niego udać. Najlepiej od razu. Bez zbędnych ceregieli wyciąga telefon, wybiera numer i dzwoni. Ktoś odbiera po drugiej stronie słuchawki. Tak poznajemy George’a  –  polskiego właściciela dopiero co otwartej knajpy „Khizabavra” znajdującej się pośrodku, wydawałoby się, drogi do nikąd.

–  Batumi? Batumi, to już nie ta Gruzja, której szukacie. Tam wszystko jest zrobione pod Europę. Prawdziwa Gruzja jest tutaj  –  mówi, stawiając na stoliku swojej altany dzban wypełniony po brzegi winem.  –  Jakbyście tu zostali, to byśmy wam pokazali.
 –  Mamy plany…
 – Szkoda. Naprawdę warto, żebyście się tu zatrzymali. A droga do Batumi jest długa i trudna...
 – Mamy rezerwację…  –  protestujemy niemrawo. Czuć, że powoli łamie się w nas wola. Wizja jakiejś straconej szansy, odrzucenia tej niespodziewanej oferty wzbudza w nas wątpliwości, co do wcześniejszych zamierzeń.

Finalnie George po krótkiej, acz treściwej rozmowie telefonicznej załatwia nam przesunięcie rezerwacji w Batumi o jeden dzień. Tymczasem w Khizabavrze zbliża się wieczór. Nicolas wraz z towarzyszącym mu Georgem, który tłumaczy nam wszystko z rosyjskiego na polski, zabiera nas do swojej winnicy. Oglądamy winorośla, których liście łapią w swoje kontury słoneczny blask. Panowie opowiadają o winogronach, pracy przy zbiorach, procesie wytwarzania samego wina i eksporcie produktów do Francji. Potem zabierają nas do wyżej położonej wsi, która, według relacji tamtejszych mieszkańców, ma liczyć sobie niemal dwa tysiące lat. Na murach wzdłuż głównej uliczki widoczne są wyryte znaki pisma, którego już nikt nie potrafi odczytać. Mijamy stado krów i pasterza, odprowadzającego naszą grupkę zdziwionym spojrzeniem. Nagle docieramy do jednego z gospodarstw, które okazuje się należeć do rodziny siostry Nicolasa. Nasi przewodnicy witają się raźno z mieszkańcami i wprowadzają nasze dość liczne grono do środka, do salonu. Ledwo zdążę zorientować się w sytuacji, kiedy nagle odsłaniają prostokątną dziurę w podłodze, prowadzącą do podziemnego systemu korytarzy, z których dawniej miejscowi korzystali w celu ochrony przed intruzami. Zaglądam do wąskich ciemnych czeluści i nie mogę uwierzyć, że przypadkowy postój na chaczapuri ma moc doprowadzenia do tak niecodziennych sytuacji. Krótka wycieczka po okolicy kończy się kąpielą w lokalnym gorącym źródle, a o zmierzchu rozpoczynamy suprę – biesiadę utrzymaną w tradycyjnym gruzińskim tonie. George i Nicolas przyjmują role tamady – mistrza ceremonii i „merry keepera” – osoby, na której spoczywa obowiązek uzupełniania szklanek pozostałych biesiadników alkoholem po każdym wzniesionym toaście. Przy stole przewija się cała gama tematów – od społeczno-politycznych przez indywidualne perypetie naszych gospodarzy aż po przemyślenia natury transcendentnej. Rozmawiamy tak wiele godzin. Apogeum spotkania następuje, gdy siłą zebranych przy stole polskich głosów odśpiewujemy „Hej, sokoły” w niepozornej knajpie w odciętej od świata gruzińskiej miejscowości. Odizolowany charakter naszego miejsca pobytu pozwala mi wierzyć, iż jedynymi świadkami naszych wokalnych starań były dwa rozczochrane psy, próbujące zdrzemnąć się u progu wejścia do kuchni. Khizabavrę opuszczamy dopiero w południe następnego dnia. Naszym ostatnim przystankiem w podróży ma być Batumi.


Batumi, hej Batumi

To nadmorskie miasto jest architektonicznym patchworkiem. Każdy mijany budynek wydaje się wyrwany z innego świata, z innej rzeczywistości i przyklejony w losowym miejscu na zasadzie jakiegoś brawurowego miejskiego eksperymentu. Pierwszym dźwiękiem, jaki dociera do nas z Batumi nie jest, o dziwo, szum morza, ale głos wzywającego do modlitw muezina z pobliskiego meczetu. Kroczymy ulicami miasta, spoglądając ciekawie to na wysoką, surową w swej metaliczności wieżę Uniwersytetu Technologicznego, to na subtelne, ciepłe brązy drewnianego Teatru Letniego. Zobaczyć Batumi, to doświadczyć skrajności, nasycić się różnorodnością. W restauracji jemy kolację jako jedyni goście. Przygrywa nam gruziński zespół muzyczny. Odbywa się nawet spontaniczny pokaz gruzińskich tańców, a ucieszeni z naszego przybycia gospodarze częstują nas dodatkowo turecką kawą. Zwalniamy tempa dopiero nazajutrz na plaży. Czujemy, że teraz naprawdę nadchodzi koniec naszej podróży. Patrzę na morski horyzont, dając złapać się spienionym, łapczywym falom Morza Czarnego. Może tu jeszcze kiedyś wrócę, rzucam zaklęcie, ściskając w dłoni śnieżnobiałe muszle znalezione wśród ciemnego, magnetycznego piasku urekiskiego brzegu.


Wynurzenie

Jest wietrzny, chłodny, czerwcowy wieczór w Kutaisi. Wokół lotniska znów ganiają psy, a do nas, jak tłumione dotąd echo, wracają pierwsze momenty spędzone w Gruzji. Teraz czeka nas żmudna przeprawa przez szereg podróżniczych formalności nim w końcu wsiądziemy do samolotu i ostatecznie oderwiemy się od gruzińskiej ziemi. Było nas jedenastu: bez znajomości języka gruzińskiego czy rosyjskiego, bez przygotowania na rozszalałe nocą górskie burze spędzone w samochodach pilnowanych przez potężne sylwetki dzikich psów, bez świadomości czekającego nas przyspieszonego szkolenia z jazdy tamtejszymi drogami, by dorównać wyrafinowanym popisom Gruzinów za kierownicą. Samolot zrywa się do lotu, a my zasypiamy snem sprawiedliwych – pod przymkniętymi powiekami dojrzewa w nas poczucie, że w siedem dni można złapać życie za rogi. Przez głowę sunie z wolna formująca się idea dziękczynnego toastu: za zieloną, żywiołową, nieposkromioną Gruzję! Gaumardżos!