zjedli nam gofry | kwartalnik

Nie umieraj, to będzie podejrzane

Portrety
Nikt nie powinien tracić bliskiej osoby w wieku dwudziestu kilku lat. A już na pewno nie przed ukończeniem dwudziestego piątego roku życia. We wczesnej dorosłości obowiązki studenta to: chodzenie na juwenalia, spożywanie napojów wyskokowych w akademikowych pokojach, wypchanych sobie podobnymi indywiduami, działalność w kołach naukowych i – okazjonalnie – nauka. Życie – niestety i na szczęście – ma w zwyczaju bycie nieprzewidywalnym.

W życiorysie każdej osoby, nawet takiej, której los zsyła wyłącznie szczęście, tęczę, motylki i cukierki, przychodzi dzień, w którym kogoś traci. Najlepiej, gdyby taki dzień trafił się tylko raz i był tak mocno odwleczony w czasie, jak tylko jest to możliwe. Ale on przyjdzie – czasami tylko trochę nas wygniecie, pozostawi otwór w sercu nie większy, niż moneta jednogroszowa i pozwoli ruszyć dalej. Obawiam się jednak, że często zostajemy przez taki moment uderzeni z siłą kuli wyburzeniowej (na której, o zgrozo, nie buja się Miley Cyrus) i ta kula nie rozbija nas nawet na kawałki, a od razu rozciera na pył.

Kiedy to się stało, byłam na początku trzeciego roku studiów. Miałam 21 lat, zdecydowanie za mało, żeby radzić sobie z tym rodzajem straty. Ludzie dookoła mnie schodzili i rozchodzili się ze swoimi osobami partnerskimi, otrząsali się z oszustw, zdrad, ukrywanych kont na tinderze i kołnierzyków pachnących obcymi perfumami, ale nie znałam wtedy nikogo, kto straciłby partnera w taki sposób, jak ja. Kto obudziłby się pewnego dnia i dowiedział się, że tej osoby już po prostu nie ma.

Nie było tak jak na filmach. Nie przyszedł do mnie smutny pan w mundurze i nie otrzymałam uspokajającego poklepania po ramieniu. Nie odebrałam telefonu i nie zrywałam połączenia drżącą ręką. Nikt nie miał obowiązku, żeby mnie informować – nie byliśmy przecież małżeństwem. Dowiedziałam się przypadkiem.
Na uczelni.
W środku popołudniowych zajęć.
Rozpoznałam w tym zgniecionym samochodzie na zdjęciu jego samochód.
Nie powiem, żeby to była dobra zabawa. Nie polecam. Minus dwa na dziesięć. Co było dalej – nie pamiętam. Do stanu względnej używalności doprowadzili mnie przyjaciele ze studiów, później przyjechała moja mama i zabrała mnie do rodzinnej miejscowości.
I tak zaczęło się moje życie w żałobie.

Podobno każdy przechodzi i ma prawo przechodzić ją inaczej, we właściwy dla siebie sposób. Przez pierwsze kilka dni byłam w stanie zasnąć tylko wtedy, gdy ktoś był przy mnie i czytał mi na głos książkę, dobrze pamiętam jej tytuł i pewnie nigdy nie zapomnę – to był Złoty pelikan Stefana Chwina. Po tygodniu albo dwóch umiałam już sama składać litery w słowa, ale prawdziwa książka to było za dużo, zaczęłam więc nałogowo śledzić pewien znany portal plotkarski, ze szczególnym uwzględnieniem artykułów opisujących poczynania brytyjskiej rodziny królewskiej. Po miesiącu wróciłam na studia i zaczęłam zajmować się wszystkim, czym tylko mogłam, żeby odciągnąć myśli – wolontariatem, siłownią, pracą, czymkolwiek. I bardzo intensywnie przeszukiwałam internet, by znaleźć kogoś, kogo spotkało to samo co mnie.

Trudno było mi było cokolwiek odszukać. Wszystkie wpisy na blogach, poradniki na stronach o zdrowiu czy e-booki dotyczyły osób, które były starsze niż ja i straciły swoich partnerów czy partnerki po latach małżeństwa. Nie wiedziałam wtedy, czy być zadowolona, że pamiętam jeszcze bardzo dobrze życie, zanim pojawiła się ta osoba, bo nie spędziłam z nią przecież 50 lat, czy smutna – bo nie miałam z kim się utożsamić. Znalazłam kilka wpisów na forach, które opisywały sytuację trochę podobną do mojej, ale były pełne rozpaczy, pesymizmu i łez, a ja potrzebowałam czegoś innego – poradnika, który powiedziałby mi jak przez to wszystko przejść. No i jeszcze jednej rzeczy, może nawet ważniejszej – nadziei, że po czymś takim można w ogóle żyć dalej.
Trzy miesiące po wszystkim byłam przekonana, że coś robię nie tak, bo nie chcę umrzeć razem z nim. Naczytałam się tych wszystkich wpisów i wyznań, które sugerowały, że po czymś takim należy się dożywotnio smucić. A ja trzy miesiące później byłam na kolejnym semestrze studiów, robiłam mnóstwo rzeczy i spędzałam całe godziny w bibliotece, pisząc swój licencjat. Płakałam po nocach i dalej czułam się tak, jak gdyby ktoś oderwał mi rękę albo nogę, zrzucił z dziesięciu pięter i kazał żyć dalej. A ja faktycznie żyłam.

Nie miałam kogo zapytać o to, czy faktycznie robię coś nie tak, więc stwierdziłam, że pójdę do specjalisty. I okazało się, że wszystko jest ok i frazes o tym, że każdy przeżywa żałobę inaczej, jest jak najbardziej prawdziwy. Ja akurat radziłam sobie w ten sposób. No i czołgałam się dalej przez kolejne miesiące. Ciągle się bałam, że coś za dobrze mi idzie – że przyjdzie w końcu moment, w którym wszystkie mechanizmy obronne przestaną działać, a ja wybuchnę, uświadomię sobie, w jakim jestem położeniu i się poddam.
Minął rok, a ten moment nie nadszedł. Stało się za to coś, czego bałam się prawie równie mocno i czego za wszelką cenę starałam się uniknąć.
Zakochałam się. I wpadłam w totalną panikę. Bo jak mogłam się zakochać w kimś innym po tak krótkim czasie? Czy nie jestem najgorszą osobą pod słońcem? Bolało mnie wszystko ze stresu – nie tylko w przenośni, ale i zupełnie cieleśnie. Przez galopujące poczucie winy miałam jakieś 39 stopni gorączki. Mimo tego dosyć rozsądnie pomyślałam o tym, żeby wrócić do terapeutki, u której byłam już wcześniej i zapytać, czy aby na pewno jestem największą szumowiną, jaką widział ziemski padół.
Ona stwierdziła, że nie, ale trochę jej nie wierzyłam.
W tym czasie wydarzyła się jeszcze jedna niezwykła rzecz – w końcu poznałam osobiście (na miasteczku studenckim, a jak!) dziewczynę, która przeszła kiedyś przez to samo, co ja i zobaczyłam, że istnieje życie i istnieją związki po takiej stracie. Poza tym – we wszystkich dziewiętnastowiecznych romansidłach pisano, że żałoba po mężu czy żonie trwa rok. Niechże więc im będzie.

Niedługo miną cztery lata. Ja mam teraz dwadzieścia pięć. Jestem innym człowiekiem, skończyłam studia, zaczęłam pracę, żyję zupełnie normalnie. Nauczyłam się dystansu i czasem, gdy mój obecny chłopak wychodzi na dłużej z domu, mówię mu, żeby wrócił cały, zdrowy i nie umierał, bo to już by było podejrzane. Dziewczyna, którą poznałam kilka lat temu na Miasteczku, jest teraz moją sąsiadką. I tylko w niektóre noce nie mogę spać, tylko w niektóre dni uświadamiam sobie, że mieliśmy sobie jeszcze tyle do powiedzenia, tylko od czasu do czasu zazdroszczę dziewczynom, że mówią o swoich byłych, a ja uprawiam słowną ekwilibrystykę, żeby nie musieć się nikomu tłumaczyć i żeby nikt mnie nie żałował. Uprawiam ją również teraz – nadal unikam słów: wypadek, śmierć, pogrzeb. Dalej unikam wypowiadania jego imienia, bo jest dla mnie nie tylko imieniem, ale też historią. Nie boję się za to używać słowa ż y c i e, bo chociaż nie dotyczy jego, to dotyczy mnie.

Może kiedyś na ten tekst trafi osoba, która jest w takiej sytuacji, w której ja kiedyś byłam. Nie ma jedynej słusznej drogi do przetrwania tego, możesz czuć całe mnóstwo różnych rzeczy, które bywają ze sobą zupełnie sprzeczne. Niczego nie robisz źle (jeśli nie szkodzisz sobie lub innym) i nie musisz się wstydzić proszenia o pomoc. I ja wiem, że to jest frazes powtarzany tak dużo razy, że stracił już swoją moc, ale musisz mi uwierzyć – kiedyś naprawdę będzie dobrze.