dwie jaskółki | kwartalnik

Smutne arbuzy

Portrety
Czytelniku,

nie lubię w życiu ryzykować, ale tutaj się o to pokuszę. Postawię przed Tobą kilka stwierdzeń, z którymi możesz się zgodzić lub całkowicie im zaprzeczyć – wybacz mi, ale muszę dokonać pewnych założeń co do Ciebie. Dlaczego mówię o ryzyku? Ponieważ chciałabym, abyś podzielał moje obserwacje – a mogę się pomylić.

Oto pierwsze stanowisko: każdy z nas ma w swoim otoczeniu kogoś „urodzonego pod szczęśliwą gwiazdą” – osobę, której los sprzyja. Zatrzymajmy się na chwilę. Widzisz ją wśród swoich znajomych? Wróć myślami do tych wszystkich historii o wygranych na loterii, odziedziczonych spadkach i zdanych egzaminach (mimo braku jakiegokolwiek przygotowania!). Jestem pewna, że przed oczami masz już wyraźną ludzką sylwetkę – może jest to najbliższa przyjaciółka albo nielubiany pupilek z licealnej klasy?

Ta „szczęśliwa” osoba mogła temu szczęściu pomagać bardziej lub mniej – podejmować słuszne decyzje, korzystać z nadarzających się okazji, być przygotowaną na różne okoliczności. Jednak zaznaczmy, że zainicjowane działania były reakcją na wydarzenia nie w pełni zależne, na które ta osoba bardzo często nie miała bezpośredniego wpływu. Z tego wynika kolejne sformułowanie: bez względu na to, jak bardzo postać przed Twoimi oczami uważa się za „self-made mana”, za jej sukces odpowiada też środowisko. Na to, czy znajdziemy się w odpowiednim czasie i miejscu, wpływa ogrom czynników – szkoła, w której uzyskaliśmy wykształcenie, nasi rodzice, którzy mają taki, a nie inny stosunek do nas, przyjaciele, którymi się otaczamy i to, jak spędzamy wolne wieczory. Szczęście bardzo często spotykamy przypadkiem – wpadamy na nie w codziennym biegu. To, co my możemy zrobić, to je zauważyć i zaprosić do siebie.

W przypadku pecha jest tak samo – tutaj zakładam, że nie spotkałeś się wcześniej z tą kolejną prezentowaną przeze mnie opinią. Przypuszczam, że nie zdarzyło Ci się patrzeć na życie przez pryzmat nieszczęścia. Nie lubimy wspominać porażek i zaprzepaszczonych okazji albo patrzeć na czyjeś (a co dopiero swoje!) życie pod tym kątem. Co mam na myśli stwierdzając, że nieszczęście działa „tak samo” jak szczęście? Nie zawsze jesteśmy odpowiedzialni za pojawienie się pecha w naszym życiu – nawet jakbyśmy dokładali wszelkich starań nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkich zmiennych, które biorą udział w tym układzie.

Niektórzy ludzie mają więcej pecha niż inni – zgodzisz się ze mną? Znamy przypadki częściej natrafiające na swojej drodze na przeszkody, które nie zawsze udaje im się przeskoczyć. W życiu towarzyszy im cierpienie, ból i „złe zrządzenie losu” – bardzo często te osoby zdają sobie sprawę ze swojego położenia, ale nie tracą nadziei. Patrzą z uśmiechem w przyszłość, są wsparciem dla najbliższych, tworzą piękne rzeczy.

Swoją determinacją chcą udowodnić, że ich życie nie jest nieszczęśliwe – ale czy jako ludzie możemy zaginać rzeczywistość? Oczywiście, jesteśmy kreatorami świata naokoło, tworzymy nowe przedmioty, zjawiska i wszystkie ogólnie pojęte „rzeczy” – przebiega to zarówno fizycznie, materialnie, ale proces twórczy może przejawiać się też poprzez nazywanie. Nadając imię nowemu zjawisku, opisując przedmiot czy dzieląc się swoimi przemyśleniami – słownie lub na papierze – jesteśmy twórcami rzeczywistości.

W sytuacjach trudnych możemy mieć tendencję do wybielania (a może zabarwiania?) wydarzeń trudnych, smutnych, bolesnych. Próbujemy poradzić sobie z problemami dnia codziennego, wygładzając je w opisach. Niewątpliwie pokazuje to, że nie tracimy nadziei, ale czy nie próbujemy zaprzeczyć swojej nieszczęśliwości?

Pomimo długotrwałej choroby czerpię z życia głęboką radość.


Tak o sobie pisała Frida Kahlo – właściwie Magdalena Carmen Frieda Kahlo y Calderón – meksykańska malarka słynąca ze swoich autoportretów. Przyszła na świat w 1907 roku, ale za datę swoich urodzin podawała rok 1910, kiedy to w Meksyku wybuchła rewolucja. Całe swoje życie artystka starała się nie tracić nadziei, co widać w powyższym cytacie – jest świadoma choroby i mimo niej uśmiecha się do świata.

Zanim zaproszę Cię, Czytelniku, do wgłębienia się w biografię Fridy, muszę powiedzieć, że będziemy wspólnie zastanawiać się nad tym, czy Frida była osobą nieszczęśliwą. W mojej opinii jest ona dobrym przypadkiem do stworzenia na podstawie historii jej życia dowodu anegdotycznego potwierdzającego moje przypuszczenia – niektórzy ludzie są nieszczęśliwi, czyli „tacy, którym nie dopisuje szczęście” (SJP). Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że będzie to tylko dowód anegdotyczny – ryzykuję, nie przeprowadzając pełnych badań. Jednakże mój wybryk nie zmieni statusu anegdot w metodologii badań – przecież jedna jaskółka wiosny nie czyni.

Powróćmy więc do Fridy – w przywołanym już cytacie malarka odwołuje się do „długotrwałej choroby”. Historia jej zdrowotnych problemów jest długa i zawiła. W dzieciństwie w wieku 6 lat zachorowała na polio, a w wyniku powikłań jej prawa noga stała się krótsza i cieńsza niż lewa. Nie bez przyczyny mamy w zwyczaju „życzyć zdrowia” najbliższym nam osobom – klasyfikujemy choroby jako przejściowy stan nieszczęśliwości, z którego pragniemy jak najszybciej się wydostać, wyzdrowieć. Niestety, Frida była małym, bezbronnym dzieckiem, kiedy polio zostawiło ją z brzemieniem, które musiała nosić do końca życia.

W 1925 roku 18-letnia Frida została ranna w wypadku samochodowym. Była pasażerką w autobusie, w który wjechał tramwaj. Obrażenia były poważne – zmiażdżona miednica, uszkodzony kręgosłup, połamana noga, obojczyk i żebra.

To była dziwna kolizja. Nie gwałtowna, raczej milcząca, powolna i skrzywdziła wszystkich. Mnie najbardziej.


Wypadek Fridy bez wątpienia był momentem przełomowym w jej życiu. To w czasie rekonwalescencji zaczęła malować, uciekać w świat pędzli i barw, przenosząc na płótna to, co znała najlepiej – siebie. Każdy z jej obrazów jest naznaczony cierpieniem, który był skutkiem tego nieszczęśliwego wydarzenia. Młoda kobieta z pasją i zaangażowaniem oddała się malarstwu, przyjmując je jako swoją nową ścieżkę – z powodu wypadku musiała zrezygnować z pójścia na uniwersytet.

Czy Frida miała wpływ na wypadek drogowy? Źródła podają, że początkowo chciała wsiąść w inny autobus, ale wróciła się po zostawioną parasolkę. Możemy zastanawiać się, czy, gdyby pojechała wcześniejszym kursem, do wypadku by nie doszło. Decyzja o wejściu do tego nieszczęśliwego autobusu została przez nią podjęta, ale nie mamy żadnej gwarancji, czy zmiana tego czynnika pozwoliłaby jej uniknąć spotkania z nieszczęściem.

Jednakże, czy w biografii słynnej malarki nie wolelibyśmy usłyszeć, że momentem przełomowym w jej młodości było poznanie ukochanego, wyjazd do szkoły za granicę czy nawet nieprzyjęcie na wymarzone przez Fridę studia medyczne?

Ukochany – w życiu Meksykanki przyszedł czas na miłość i idące za tym małżeństwo. Gdy Frida zaczęła być znów samodzielna po wypadku, pokazała swoje obrazy malarzowi Diego Riverze. Zarówno prace, jak i ich autorka zafascynowały artystę i finalnie zaprowadziły ich na ślubny kobierzec. Wyobraźmy to sobie: skromna uroczystość, Frida w długiej spódnicy i eleganckiej bluzce pod rękę z odświętnie ubranym Diego wychodzą powitać najbliższą rodzinę – jednak wszyscy zaproszeni widzą, że para wygląda dość ekscentrycznie. „Małżeństwo słonia i gołębicy” – podsumowała matka panny młodej.

Chcielibyśmy usłyszeć, że nasza bohaterka miała udany związek, że była w relacji, dzięki której rozwijała się niczym kwiaty w wianku na jej głowie, a jej życie miłosne było barwne jak noszone przez nią tradycyjne meksykańskie spódnice. Trzeba przyznać, że idąc przez życie za rękę z Diego stworzyła swoje najsłynniejsze obrazy – m.in. „Dwie Fridy” i „Frida i Diego Rivera”. To z Diego odwiedziła Stany Zjednoczone, w których potem, w 1938 roku, miała swoją pierwszą indywidualną wystawę. Nie można również zapomnieć, że małżeństwo z już wtedy znanym malarzem ułatwiło Fridzie wejście w środowisko artystyczne. Po wystawie w USA malarka prezentowała swoje obrazy w Paryżu i po obu wernisażach dzieła malarki znalazły nowych właścicieli. Wydaje się, że nie mogła lepiej trafić, przyjmując obrączkę od Rivery.

Dwie Fridy



Frida i Diego Rivera


Niestety, ich małżeństwo było bogate również w nieszczęścia, z których wiele, na domiar złego, nosiło imiona – mam na myśli kochanki i kochanków, którzy pojawiali się tak w życiu Diego, jak i Fridy. Wśród nazwisk pojawiających się jako bohaterowie zdrad artystki możemy znaleźć Lwa Trockiego – do poznania doszło w partii komunistycznej. Rosjanin wraz z małżonką przyjechali do Meksyku na zaproszenie prezydenta. W nawiązaniu romansu Trockiemu i Fridzie pomógł fakt, że ich małżonkowie nie znali języka angielskiego. Diego też ma na swoim koncie relacje ze znaczącymi osobami – jedną z jego kochanek została młodsza siostra jego żony.

Były też i nieszczęścia, które nie zdążyły otrzymać imion – małżeństwo wielokrotnie starało się o dziecko, ale Frida trzy razy straciła ciążę i para nigdy nie doczekała się potomka. Trzeci przypadek był najbardziej dramatyczny. Frida była wtedy z Diego w Ameryce, w Detroit – to tam trafiła do szpitala, w którym poroniła. Głęboko wstrząśnięta w 1932 roku stworzyła obraz „Szpital Henry’ego Forda” pokazujący cierpienie związane z utratą perspektyw na zostanie matką.


Szpital Henry’ego Forda


Relacja artystów była bardzo burzliwa. Zarówno zdrady, jak i poronienia możemy sklasyfikować jako nieszczęścia. Punktem kulminacyjnym w ich małżeństwie był rozwód, który para wzięła po 10 latach związku. Frida namalowała wtedy „Autoportret z naszyjnikiem z cierni i kolibrem” – przelała na płótno emocje związane z tym wydarzeniem. Oddzielne życie trwało niespełna rok – zdecydowali, że chcą żyć dalej razem i ponownie wzięli ślub w 1940 roku. Razem zostali już do końca, czyli do śmierci Fridy.

Autoportret z naszyjnikiem z cierni i kolibrem


Jak bumerang wraca do nas temat zdrowia Fridy. Przypomnijmy listę nieszczęść: polio, krótsza jedna noga, wypadek drogowy, niemożność posiadania dzieci – podążając dalej z biografią Fridy, dopiszemy tutaj kolejne punkty. Kobieta przeszła liczne operacje kręgosłupa przez co kilka miesięcy jeździła na wózku inwalidzkim. Musiała również poddać się amputacji nogi – jednak nawet wtedy chciała widzieć rzeczywistość w jasnych barwach i patrzeć na świat z lotu ptaka.

Stopy – po cóż mi one, skoro mam skrzydła i mogę latać?


Frida miała tylko jedną indywidualną wystawę w Meksyku w 1953 roku – jej stan zdrowia już wtedy był bardzo zły. Śmierć nadeszła rok później – jako oficjalny powód podawany jest zator płucny, ale podejrzewa się, że mogło dojść do celowego (bądź nie) przedawkowania silnych leków. W swoim pamiętniku pisała „11 lutego 1954 roku. 6 miesięcy temu amputowano mi prawą nogę i wydaje mi się, jakbym przeszła przez wieki tortur i prawie straciła rozum. Wciąż chcę się zabić. Diego przekonuje mnie, że będzie mu mnie brakowało. Powiedział mi to i wierzę mu. Ale nigdy w życiu nie cierpiałam bardziej. Poczekam jeszcze trochę [karta 143]”.

Czy jest coś bardziej świadczącego o poczuciu nieszczęścia w życiu niż takie przemyślenia? Tak jasne zakomunikowanie, że pragnie się skończyć swoje życie? Patrząc na oczy pięknej Meksykanki, na rozpoznawalną na całym świecie monobrew, wielki wianek barwnych kwiatów i energetyzujące połączenie karminowej czerwieni i głębokiej zieleni, możemy nie zauważyć tych wszystkich nieszczęść kryjących się w jej biografii. Frida w swoim życiu spotkała mnóstwo trudności, które chciała pokonywać z uśmiechem na ustach – jednak nieustannie towarzyszący ból uwieczniony na każdym autoportrecie Fridy nigdy nie zostanie zapomniany.

Ostatni obraz Fridy nie był jej autoportretem. Może pod koniec życia nie znała siebie już tak dobrze jak wcześniej, a może nie chciała malować kolejnego portretu przepełnionego nieszczęściem? „Viva La Vida” – Niech żyje życie – wydaje się być idealnym zwieńczeniem życia artystki, która starała się zachować uśmiech, naginając dołującą rzeczywistość. Dlaczego bohaterami obrazu zostały arbuzy? Czy miały one przywoływać na myśl lato, beztroskę i, zgodnie z tytułem, celebrować życie?

Viva La Vida


Czytelniku, pod koniec tego tekstu wypada powrócić do pytania z początku: czy możemy stwierdzić, że życie meksykańskiej malarki Fridy Kahlo było nieszczęśliwe? W mojej opinii – tak. Od początku do końca artystka musiała mierzyć się z ogromem trudnych i bolesnych wydarzeń, które z pasją i talentem przelewała na płótna. Zdaję sobie sprawę, że przedstawiona przeze mnie historia jej życia i jest niepełna – mogę liczyć, że Cię zainspirowałam do wgłębienia się w nią bardziej. Na koniec mam dla Ciebie ostatnie stwierdzenie:

Frida Kahlo sprawiła, że nawet arbuzy potrafią być smutne.

Zgodzisz się?



Źródła

Cytaty Fridy Kahlo https://quotepark.com/pl/autorzy/frida-kahlo/ (dostęp 16.02.2022r.)
Informacje o malarce https://pl.wikipedia.org/wiki/Frida_Kahlo (dostęp 16.02.2022r.)
Fundacja Niezła Sztuka https://niezlasztuka.net/timeline/frida-kahlo/ (dostęp 16.02.2022r.)
Piotr Bejrowski, Frida Kahlo - życie, sztuka i rewolucja, serwis historyczny Histmag.org, https://histmag.org/Frida-Kahlo-zycie-sztuka-i-rewolucja-23414 (dostęp 16.02.2022r.)
Jakub Rybski, Autoportret Fridy sprzedany za rekordową sumę ponad 143 mln złotych, National Geographic Polska, https://www.national-geographic.pl/artykul/autoportret-fridy-kahlo-
sprzedany-za-rekordowa-sume-ponad-143-mln-zlotych-211117124031 (dostęp 16.02.2022r.)
Obrazy Fridy https://artsandculture.google.com/?hl=pl (dostęp 28.02.2022r.)