pogoda dla odważnych | kwartalnik

Topienie Aleksandry

Twory
„Jak to – więc to ja jestem i to jest moje jedyne życie? Tak właśnie upływa, a nie inaczej, wśród miliarda możliwości? I nigdy, nigdy już inaczej – o Boże.”
— Stanisław Ignacy Witkiewicz, Nienasycenie (1930)


U niej w wiosce od zawsze straszono dzieci Wodnikiem. Wodnik miał mieszkać w spękanej, kruszącej się, obrosłej tarniną studni, która stanowiła jedyny charakterystyczny punkt wśród opuszczonych, wyjałowionych pól, sąsiadujących z jej domem rodzinnym. Straszono już za czasów młodości jej matki, straszono później ją samą i rówieśników, a potem przyszedł czas na uświadamianie o wodniczej obecności dzieci ludzi, z którymi dorastała. Mówiono przy tej okazji:
– Nie biegajcie po tym polu, co jest studnia. Tam jest Wodnik, który topi dzieci. To zły duch, bardzo zły duch. Czasem wyciąga głowę i pokazuje się ku przestrodze. Nie podchodźcie blisko, bo was złapie i wciągnie do studni.

Pierwszy raz o Wodniku usłyszała od babci. Nie pamiętała, ile dokładnie mogła mieć wtedy lat, ale musiała być bardzo mała, bo siedziała nisko, ledwo sięgając do stołu i nie wolno było jej jeszcze używać noża. Babcia wolno obierała pozostawione na zimę jabłka, którym upływ czasu nadał gęstą sieć zmarszczek na zmatowiałej skórce. Owoce o tej porze stawały się dwa razy słodsze niż zwykle, tracąc jednak na żywotności miąższu. Ten nabierał właściwości piankowych, gumiastych. Kobieta wciskała skrojone jabłyczne ciała po kawałku do lepkiej, lilipuciej dłoni małej dziewczynki, po czym płynnie wracała do przerwanej czynności. Obierki serpentyną opadały do gara ułożonego u spuchniętych stóp staruszki. W tężejącym nastroju wyskrobywanego jesiennego aromatu babka snuła opowieść o tajemniczym Wodniku. Nosiła w sobie obowiązek wzbudzenia w każdym wnuku wystarczającego ułamku strachu wobec tamtego pola. Przedstawiała Wodnika jako rozmytą, lazurową postać, ukazującą swoją demoniczną twarz, gdy tylko spojrzało się w taflę. Mówiła o nim zawsze z wyraźnym smutkiem i choć przypisywała mu okrutne cechy wydawało się, że w jej głosie pobrzmiewa przede wszystkim współczucie do przeklętej istoty z pogranicza jawy i snu.
– Olusia, jedz, bo ściemnieją. – W dłoni dziecka pojawił się kawałek jabłka. – Wodnik to tak naprawdę topielec. Dawno temu, moja mama mi to jeszcze opowiadała, niedaleko tego pola stał kiedyś dom. I rodzina normalna mieszkała tam, wiesz? Utopił się im chłopak. Jakiś taki był. Dziwny. Ale młody, to i wszystkim żal. Skaziło się to miejsce. Wyprowadzili się, nie mogli mieszkać, coś złego wlazło w ich życie. A on w tej studni został. I zły się stał. Okropnie zły. Nie będziesz tam chodziła nigdy, co, Oleczka?

Kręcenie głową i zjadanie starych jabłek. Czasy, kiedy potrafiło się przysięgać. Aleksandra jednak rosła. Mogła już pomagać kroić jabłka, ziemniaki i marchew na talarki do niedzielnych zup, a stół przestał jawić się jej jako osobny kraj złożony z plam, słojów o egzotycznych oczach, okruszków z chleba i rys na drewnie. Wkrótce wraz z rodzeństwem i okolicznymi dziećmi zaczęli łamać to, sakralną powagą przywodzące na myśl dekalog, przykazanie. Najpierw w adoracyjnym trybie obchodzili granice pól, które pośrodku trzymały spętaną nićmi traw studnię. Najodważniejsi od czasu do czasu wskakiwali w gęstość przeklętej ziemi, aby sekundę później, jakby doznawszy oparzenia, wrócić do bezpieczeństwa wydeptanej ścieżki. Bywało, że ktoś kogoś pchnął bliżej studni, a wtedy rozlegał się zduszony krzyk wyciskający się z gardła ofiary żartu, która czym prędzej porywała się z miejsca i przekłuwając atmosferę niewinnej zabawy biegła do furtki, do drzwi, do kuchni, blasku i zapachów domowych.

Potem przychodziły zrywy brawurowe. Najazdy rowerowej konnicy na fantastycznością objęte barykady pól. Dzikie okrzyki, ponure śpiewy w językach nieistniejących i z wyobraźni wyjęte rytuały magiczne odprawiane w kucki nad słoikiem po czereśniowym kompocie. Mieli ambicję przegnać Wodnika, rozprawić się z nim w ostateczności, na którą nie zdobył się żaden z dorosłych. Knuli, spiskowali, szeptali zza kolumn jabłoniowego sadu. Spoglądali natarczywie w stronę studni, czekali, że się im Wodnik objawi, wyszczerzy oblicze paskudne, a oni wówczas z rykiem mogliby wystrzelić w jego stronę swoje kamyki z proc i strzały z łuków leszczynowych. Ale Wodnik w takie dni wojowniczych oblicz dziecięcych siedział cicho w głębi wód studniowych. Tak, jakby nie istniał wcale. A istniał przecież. 

Aleksandra zobaczyła go w końcu. Nie czaiła się, nie planowała tego, sam zdecydował, kiedy się jej objawi. Wracała któregoś wiosennego ranka z nocowania u kuzynów mieszkających po sąsiedzku. Posuwając się jeszcze ospale wzdłuż lewego brzegu gościńca dostrzegła daleko w dole poruszenie przy studni. To Wodnik, pomyślała od razu, zatrzymując się gwałtownie w miejscu jakby ten rzucił na nią czar. Wysoka, ale przygarbiona sylwetka w jakimś łachmanie stajennym i brunatnym kaszkiecie, wcale nie rozmyta, wyraźna, aż do bólu, aż do zalewu gęsiej skórki, pochylała się nad studnią. Z bijącym jak tłuczek sercem Aleksandra zakradła się nieco bliżej i schowała za krzakami dzikich róż. Patrzyła jak ten przerażająco swojski upiór unosi dziwny, zmiennokształtny worek, który piszczał głosami istot znajomych. Pakunek wpadł do wody w chwili, kiedy Aleksandra pojęła, co było jego zawartością. To Wodnik małe kotki topił. Ich kotki, dzieci Wandzi. Biedna Wandzia, rozpacz wdarła się do jej głowy, nie upilnowała ich.


Tłumiąc mdłości wracała w panicznej, narastającej duszności do domu, oglądając się co jakiś czas za siebie. Nikt jej nie gonił. Podświadomie czuła jednak, że coś tam musiało ją nie fizycznie a duchowo dorwać i skazić unaocznioną grozą życia. Ledwo wkroczywszy w teren wyznaczony drucianą siatką zaczęła nawoływać Wandzię. Na podwórku oblanym mlecznym światłem poranka nic się nie poruszyło. Wbiegła do domu i zeszła zaraz do części piwnicznej, gdzie matka ze swoimi małymi miała przygotowany kosz wyłożony starymi ręcznikami. Nie było już legowiska, ręczniki rzucone w kąt, wzbogacone o kilka strzępów wyskubanych drobnymi pazurami były jedynym poświadczeniem, że kocie dzieci w ogóle kiedyś istniały. Wyszła na światło dzienne. Wandzia pojawiła się – leżała wyciągnięta na trawie, zupełnie spokojna. Czarne plamy na futrze błyszczały w słońcu żałobną elegancją. Aleksandra szarym jak listopad płaczem dekorowała tamten wiosenny dzień. Nazajutrz dowiedziała się od babci, że Wodnik czasem musi topić dzieci innych stworzeń niż ludzkich, żeby zaspokoić swoje potworne żądze siania śmierci, mroku, chaosu bez dna.

Lekcja topienia kotów, którą dał jej Wodnik wyżłobiła sobie specjalne miejsce w duszy Aleksandry. Stroniła od ludzi noszących kaszkiety, ziemniaki pakowała zawsze do skrzynek i wiaderek, worków obsesyjnie unikała. Im była też starsza, tym lepiej pojmowała sens czynu zastępczego. Kiedy więc zatrudniono ją w dziale księgowości w gazowni, nie znosząc tej pracy, a nie potrafiąc z nią zerwać, podkradała różne, drobne, biurowe elementy, składając je u siebie w pokoju w specjalnie do tego wyznaczonym pudełku jako wotum za męczeńskie bohaterstwo żywotu bez ekscytacji. Kiedy po kolei jej towarzysze lat dziecięcych zakładali rodziny i wyjeżdżali, ona, nie mogąc odważyć się na podobny model społecznej realizacji, zaczęła ostentacyjnie szczycić się swoim kultywowaniem samotności, angażując się jedynie w przelotne romanse, które później z gwałtownością trzasków ostatniej letniej burzy przerywała z poczuciem klęski i tryumfu jednocześnie. Wioska tymczasem pustoszała. Już nie tylko studnia, ale i dawniej gwarne domy, siano-brzuszne stodoły i schody niegdyś prowadzące do kurników zaczęły ukazywać swoje zdezelowane, spękane, zestarzałe oblicza. Aleksandra czuła się momentami ostatnim stworzeniem dyszącym w tej wiosce. A przecież była jeszcze matka, rzucająca od czasu do czasu suche bułki do stawu, w którym już dawno przestały pływać ozdobne karpie. Była sprzedawczyni w sklepie spożywczym, bez której zginęłoby stado alkoholowych kolibrów, machających tysiąc razy na minutę jęzorami w stronę wódki. Wioska pozostawała ta sama, tylko coraz bardziej cichnąca. 

Nie wiedziała, kiedy dokładnie to się zaczęło, ale musiała być już bardzo stara, bo miała problem z równym krojeniem i źle jej się chodziło po, za młodych lat przemierzanych z sarnią werwą, polach. To wtedy jakimś grudniowym, oblanym za wczesną ciemnością popołudniem wyszła z domu i zawędrowała do studni. Przeczuwała tylko, dlaczego jej ręce wzięły ze sobą zestaw pędzli, zaschnięte akwarele i butelkę whisky. Położyła to wszystko u stóp studni i czekała na siebie. W końcu sięgnęła po artefakty i po kolei zanurzała je w lodowatej wodzie. Płynęły w mrok wodnego dołu jej naiwności, jej czasy mamienia się, że czegoś dokona. Płynęły płyny w płynie – nędznie trywialna słabość, która opadła na nią jak stempel potwierdzający rodowitość, krew z krwi, kość z kości tego hermetycznego, zapętlonego świata. Nadała kolejną cegłę sensu tej studni, godziła się z nią po latach, recyklingowała jej demoniczny wymiar. Stworzyła rytuał myśli wodniczej, który nagradzał ją przywilejem jednego lekkiego oddechu, jednego westchnienia ulgi wśród chmary jak żeliwo ciężkich uczuć.

Wodnik dla nielicznych nowych dzieci nie był ani zamgloną, niebieską, budzącą litość postacią, ani przygarbioną sylwetką w niechlujnych brązach. Wodnik nowego pokolenia tej zdychającej od klątwy studniowej wioski miał postać Ciotki Aleksandry. Chodził takim samym chwiejnym krokiem, nucił niezrozumiałe pieśni tym samym głosem i często zasypiał oparty o kruszący się kamień, skrywający przepastną wodę. Wtedy już całkiem, jak za sprawą jakiejś ciemnej magii, senna twarz upiora stawała się twarzą Ciotki. Ale to nadal był Wodnik. Jedyny prawdziwie stały element tego miejsca. Czczony za to, że zawsze tu będzie, nie opuści ich. Nigdy nienasycone lokalne bóstwo topienia smutków.