pogoda dla odważnych | kwartalnik

MORN

Optyka
Zbliżają się Święta – czas, który w wielu z nas wzbudza chęć pomocy tym, którym w życiu mniej się poszczęściło. Dziś przyjrzymy się pracy Małopolskiej Organizacji na Rzecz Natury, obecnie specjalizującej się w odnajdywaniu nowych domów dla psów i kotów. O pracy w tego typu kolektywie porozmawiałam z Pauliną Kasprzyk, absolwentką WHS AGH, która w MORN działa niemal od samego momentu jego powstania. Z tego artykułu dowiecie się tego, jak od środka wygląda działanie w niewielkiej grupie pomagającej zwierzętom, jak działają domy tymczasowe i dlaczego procedura adopcyjna są przeprowadzane z wielką wnikliwością.

Małopolska Organizacja na Rzecz Natury pierwotnie miała na celu zwiększanie świadomości na temat ochrony środowiska, przy jednoczesnym pomaganiu zwierzętom. Po jakimś czasie działalność skupiła się na ratowaniu psów i kotów, ale nie tylko – na pokładzie MORNu pojawiły się też gryzonie, ptaki czy jeże. Zwierzaki dochodzą do siebie w domach tymczasowych, a pomagają im w tym procesie weterynarze, behawioryści i wolontariusze.

- Szukamy domów głównie dla psów i kotów. Pomagamy im dojść przed tą adopcją docelową do lepszej formy zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Pracujemy z psiakami po traumach, zwierzętami wycofanymi, takimi , które nie miały styczności z ludźmi. Jesteśmy małą organizacją i stawiamy na jakość, a nie na ilość adopcji. Zleży nam na tym, żeby zwierzaki były dobrze dobrane do ludzi, a ludzie do zwierzaków. – Tłumaczy Paulina.

W tym przypadku, jak również w przypadkach wielu innych fundacji i organizacji, praca jest stuprocentowym wolontariatem. Każdy z wolontariuszy ma swoje życie prywatne, pracę czy studia, które musi pogodzić ze swoją działalnością prozwierzęcą. Często takie balansowanie między obowiązkami staje się niełatwe.

- Jest to wyzwanie, ale kiedy ma się dobrą motywację, wszystko da się pogodzić. Czasem zdarzają się chwile w których myślimy, że może byłoby łatwiej bez tego [wolontariatu], ale bardzo szybko je ode siebie odpędzamy. Bo kiedy widzimy, że adopcje się udają a zwierzaki dochodzą do siebie, to zapominamy o tych chwilach słabości. Wdzięczność podopiecznych i ta satysfakcja ma dla mnie większą wartość od pieniędzy.

Typowy tydzień wolontariusza MORN jest ciągle przeplatany pracą w organizacji. Kilka dni w tygodniu zajmują zdania stricte pomocowe – wizyty u weterynarza, dowożenie karmy do podopiecznych czy spotkania przedadopcyjne. Na bieżąco trzeba tez być w kontakcie z domami tymczasowymi, które sygnalizują swoje swoje potrzeby lub zgłaszają ewentualne kłopoty. Praca osoby mocno zaangażowanej w inicjatywę to jeszcze biurokracja – odpisywanie na wiadomości e-mail, sporządzanie umów, czytanie i analizowanie ankiet wypełnianych przez kandydatów na opiekunów zwierząt. Paulina zdradziła mi, że dni, w których nie myśli o pracy w organizacji zdarzają się niezwykle rzadko. Obserwując jednak zaangażowanie wolontariuszy skłonna jestem twierdzić, że nie zdarzają się wcale.

Warto nadmienić, że taka działalność pro zwierzęca to nie tylko wychodzenie na spacery ze słodkimi pieskami i głaskanie kotków, ale też obserwacja trudnych sytuacji, na które trzeba być psychicznie przygotowanym. Należy zatem dobrze rozważyć to, czy na pewno jesteśmy gotowi na taki rodzaj pomocy. Wolontariuszki MORNu stykają się często z prawdziwymi dramatami – widzą  zwierzęta, które były maltretowane lub zupełnie zaniedbane i takie, które chore i przerażone trafiają do fundacji po wypadkach. Dziewczyny widziały już wszystko – psy z pogruchotanymi kośćmi, koty  z powikłaniami wynikającymi z zaniechania kastracji, sceny dosłownie makabryczne, których przez wzgląd na wrażliwszych czytelników nie będę tutaj przytaczać.

- Zdarzają się sytuacje, które są obciążające psychicznie. Każda z tych historii ma w sobie jakiś pierwiastek, który może kogoś poruszyć. U zaangażowanych wolontariuszy pojawia się z czasem mechanizm, który pozwala nam na szybkie działanie i decyzyjność. Kiedy widzimy potrąconego psa, to nie możemy płakać nad jego losem, tylko musimy cos z tym zrobić. Ludzie, którzy zgłaszają nam takie przypadki często sami są rozemocjonowani, więc poniekąd wymagają od nas pewnego rodzaju „znieczulicy” i spokojnego, rozważnego podejścia. Te emocje jednak zawsze do nas później wracają. – Przyznaje Paulina.

Różne są powody, przez które zwierzęta trafiają pod opiekę organizacji. Mogą to być anonimowe zgłoszenia, skutkujące interwencją i odebraniem psa lub kota zaniedbującemu je opiekunowi, przygarnia się zwierzęta bezdomne, snujące się gdzieś po polach albo lasach. Nierzadko trafiają się też osoby, które po prostu zwierząt się zrzekają – jakkolwiek ambiwalentna moralnie może być taka sytuacja, zawsze oddanie psa pod opiekę organizacji jest lepszym pomysłem, niż zostawienie go na jakimś pustkowiu.

Jednym z „gorących okresów” w działalności organizacji to moment tuż przed wakacjami, kiedy ludzie orientują się, że nie mają co zrobić ze zwierzęciem. I chociaż opcji w takiej sytuacji jest wiele (pierwsze z brzegu to hotel dla zwierząt, petsitter czy choćby oddanie zwierza pod opiekę znajomym), to dla wielu nieodpowiedzialnych opiekunów zwierząt najłatwiejszą opcją jest po prostu zostawienia psa gdzieś w lesie czy w szczerym polu. Przedwakacyjne porzucenia zwierząt łącza się z drugim takim „gorącym momentem” - z okresem przed Świętami Bożego narodzenia. Wzrasta wtedy chęć adopcji czy kupna zwierzęcia i podarowanie go komuś (przeważnie dziecku) w prezencie. I często to właśnie te psy czy koty, które zostały prezentem i znudziły się obdarowanemu, są później porzucane pod pretekstem wyjazdu na urlop. Paulina tłumaczy:

- W grudniu jesteśmy bardzo ostrożne jeśli chodzi o przeprowadzanie procesów adopcyjnych, zwłaszcza szczeniąt. Ludzie potrafią podejmować bardzo impulsywne decyzje i nie myśleć o konsekwencjach. Pies jest czasem traktowany na równi z klockami Lego i lalką Barbie, którymi dziecko najpierw jest zachwycone, ale później i tak się nudzą. Na początku może być efekt „wow”, ale później przychodzi szkoła, przedszkole, koleżanki i inne hobby, a zwierzę odchodzi na dalszy plan.

Po kilku miesiącach taki podarowany dziecku na święta psiak dorasta i staje się „psim nastolatkiem”. Jest to moment, w którym pupil wymaga naszej szczególnej uwagi, może sprawiać kłopoty i się buntować. Adoptując go musimy mieć świadomość, że taki etap nadejdzie. Nie tylko nasi szczekający przyjaciele potrzebują uwagi – koty należy nauczyć korzystania z kuwety, króliki należy trzymać z daleka od kabli… Dziecko nie zawsze jest gotowe na poświęceniu zwierzęciu takiej ilości uwagi, jakiej tego wymaga. Porzucenia młodych zwierząt zdarzają się często w okresie, w którym potrzebują największej uwagi ze strony swoich opiekunów. Paulina odkryła jednak przede mną jeszcze jeden fakt – teraz poza momentem w roku, w którym osoby „rezygnują” ze zwierząt-prezentów, obserwuje się jeszcze zwierzęta oddawane „pandemicznie”.

- Podczas pierwszego lockdownu wiele osób zaczęło pracować zdalnie i pokusiło się na adopcję lub kupno zwierzęcia, no bo przecież byli w domu. Z biegiem czasu sytuacja się jednak zmieniała, psy na przykład nie mogły poradzić sobie z tym, że ktoś cały czas spędzał z nimi czas lub że później nagle przestał. Kiedy po kwarantannie narodowej ludzie zaczęli mniej się izolować, wychodzić częściej z domu, wracać do normalnego życia, to psy, a nawet czasami i koty nie odnajdywały się w takiej sytuacji najlepiej.


DOMY TYMCZASOWE


Działalność niewielkiej organizacji jakiej jak MORN jest oparta na sieci domów tymczasowych, w których zwierzęta przygotowują się do kolejnych etapów procedury adopcyjnej. Dzięki temu, że każdy podopieczny ma swojego tymczasowego opiekuna, można lepiej go poznać w domowych warunkach.

 - Zwierzaki dużo szybciej się otwierają. Jesteśmy w stanie zaobserwować ich charakter i upodobania, jeśli jest chory możemy monitorować objawy na bieżąco i podawać leki. Często zgłaszają się do nas osoby, które z różnych powodów nie mogą pozwolić sobie na adopcję zwierzęcia, ale chcą jakoś przyczynić się do polepszenia ich bytu, decydują się więc na zostanie domem tymczasowym.

Jeśli zatem pragniesz mieć zwierze, ale nie ma stabilnej sytuacji mieszkaniowej czy nawet finansowej, to stworzenie domu tymczasowego może być dobrą opcją. W przypadku MORNu organizacja dba o wszystkie potrzeby związane z egzystencją zwierzęcia – jedzenie, legowiska, leczenie weterynaryjne, zabawki. Kluczowym obowiązkiem opiekuna tymczasowego jest natomiast zbieranie informacji na temat danego podopiecznego, karmienie, podawanie leków, wychodzenie na spacery, po prostu bycie z nim, poznawanie go i przyzwyczajanie do życia z człowiekiem. W razie kryzysowej sytuacji wolontariusze fundacji są w ciągłym kontakcie z domami tymczasowymi.

Naturalnym jest to, że zwierzak przyzwyczaja się do opiekuna, jednakże dom tymczasowy jest tylko przystankiem przed rozpoczęciem nowego etapu w życiu zwierzęcia. Oczywiscie zdarzają się sytuacje, w których podopiecznego i opiekuna połączy tak silna więź, że decyduje się na adopcję. W MORNie również w takich przypadkach obowiązuje procedura przedadopcyjna. Jak powtarza Paulina, domy tymczasowe są na wagę złota i im więcej zwierząt wychodzi z domu tymczasowego, tym więcej uda się uratować kolejnych. 
Wolontariusze MORNu nie zauważają dużych problemów behawioralnych u zwierzaków tuż po wyjściu z DT i przejściu do domu stałego. Zazwyczaj szybko przystosowują się do nowej sytuacji i do nowych opiekunów stałych. W MORNie panuje zasada, że zwierzak nie może spotykać się z byłym opiekunem tymczasowym przez jakiś czas po adopcji. Dzięki temu można uniknąć niepotrzebnej dezorientacji u podopiecznego.


DLACZEGO PROCEDURA ADOPCYJNA JEST TAK WNIKLIWA I SKOMPLIKOWANA


Poznałam kilka osób, które chciały adoptować zwierzę, ale zniechęcały się po przystąpieniu do procedury adopcyjnej. W większości organizacji należy najpierw wypełnić dokładną ankietę, a później przejść jeszcze przez jedno lub więcej spotkań przedadopcyjnych. Często moment, w którym potencjalny stały opiekun zwierzęcia niechętnie wypełnia ankiety czy kręci nosem na sporządzanie innych dokumentów jest tym, w którym u osoby prowadzącej adopcję zapala się w głowie czerwona lampka. No bo skoro komuś nie chce się nawet wypełnić ankiety, to czy będzie mu się chciało codziennie wychodzić z psem na spacer albo wyciągać kocie skarby z kuwety?

Ankieta zawiera zwykle pytania o styl życia, zwyczaje i oczekiwania potencjalnego opiekuna zwierzęcia i wypełnia się ją w celu ustalenia tego, charakter i zwyczaje potencjalnego opiekuna pokrywa się z charakterem zwierzęcia. Później następuje wizyta przedadopcyjna, w której ankieta jest punktem odniesienia. Takie spotkanie pozwala na doprecyzowanie pewnych kwestii i lepsze poznanie każdej ze stron. Dokładne przeprowadzenie procesu, a w jego rezultacie dobre dopasowanie opiekuna do zwierzęcia, pozwala na zminimalizowanie powrotu z adopcji, które może być dla pupila prawdziwą traumą.

- Wkładamy dużo pracy w opiekę nad zwierzęciem i oczekujemy zaangażowania również od potencjalnego stałego opiekuna. Podpisanie umowy adopcyjnej to często zobowiązanie nawet na następne kilkanaście lat, dlatego właściwe przeprowadzenie procedury jest bardzo istotne. W takiej skali ten czas poznawania przed adopcją nie jest aż taki długi, stanowi tylko wycinek. Naszym zadaniem nie jest przecież utrudnianie adopcji. Chcemy tylko, żeby podopieczni trafiali do odpowiednich domów, w których opiekunowie wiedzą bardzo dobrze na co się piszą.

Niejednokrotnie podczas trwania procedury kandydaci na przyszłych „zwierzęcych rodziców” rezygnowali stwierdziwszy, że jednak nie są gotowi. Decyzja o rezygnacji jest znacznie mniej inwazyjna i mniej problematyczna dla obu stron, jeśli podejmie się ją na tym etapie. Podczas procedury przedadopcyjnej fundacja nie ukrywa cech psa czy kota, które mogą być trudne dla potencjalnego opiekuna. One i tak wyjdą przecież na jaw. Odpowiedzialni wolontariusze powiedzą wam o problemach behawioralnych (jeśli takie się pojawiają) oraz o stanie zdrowia zwierzęcia, uczulają też na to, jakie zachowania mogą pojawić się u pupila po zmianie otoczenia.


JAK MOŻNA POMÓC?


Nie wszyscy są stworzeni do tego, aby podejmować się opieki nad zwierzęciem chorym, straumatyzowanym czy nawet – jakimkolwiek. Nie oznacza to jednak, że nie może angażować się w żadną formę pomocy. Opcji jest wiele: podarowanie karmy schronisku lub fundacji (najlepiej upewniwszy się dokładnie czego potrzebuje), wpłacenie kilku złotych na zbiórkę lub założenie własnej czy też reagowanie, gdy znajdziemy gdzieś samotnie błąkającego się psa czy kota.

- Chciałabym podkreślić to fakt, że warto być uważnym i reagować nawet wtedy, kiedy nie mamy pewności co do tego, że są ku temu przesłanki. Żeby nie udawać, że czegoś nie widzimy. Zainteresujmy się, choćby minimalnie. Widząc błąkającego się gdzieś psa nie ignorujmy sytuacji. Czasem jeden telefon, na przykład do fundacji czy nawet na straż miejską, może sprawić, że czyjeś życie się odmieni. Czy to będzie ptak ze złamanym skrzydłem, czy porzucony pies- zawsze można zrobić coś dobrego dla świata. Często jest to wychodzenie ze swojej strefy komfortu i mierzenie z pewnym wyzwaniem, ale zwracając uwagę na takie sytuacje naprawdę lepiej się żyje.