dwie jaskółki | kwartalnik

Miłość na obrazie

Twory
Co mamy przed oczami myśląc o wiośnie? Z czym kwitnąca pora roku najbardziej nam się kojarzy?
Z zapachami? Z potrawami? Wspomnieniami? Osobami? Kolorami…?

Gdyby wiosna była malowanym przeze mnie obrazem, na początku nałożyłabym na pędzel zieleń i rozprowadziła równomiernie na całym tle. Brzmi pewnie bardzo nieoryginalnie, ale tak naprawdę od połączenia żółtego i niebieskiego wszystko się zaczyna. Nic nie obudzi się do życia, dopóki z ziemi nie wyrosną łodygi kwiatów, a na gałęziach drzew nie pojawią się liście. Na początku musi zaistnieć zieleń, by świat zaowocował w resztę barw.

Płótno stojące przede mną jest w tej chwili jedną wielką plamą trawy. Krótkiej, ledwo wyrośniętej. Takiej, powiedziałabym, marcowej trawy, świeżo po zanikającym, zimowym błocie. Trochę nawet przebija spod spodu biały kolor – możemy śmiało powiedzieć, że jest to nic innego, jak leżący gdzieniegdzie niestopniały jeszcze śnieg.

Co mogę poczynić dalej? Mój obraz potrzebuje szału. Kolorowego miszmaszu. T akiego, jaki przychodzi wraz z wiosną. Wraz z rozwijającymi się pąkami kwiatów. Przyfruwa razem z ptakami, wracającymi z ciepłych krajów. Dostrzegamy go patrząc na tęczę zdobiącą niebo, po lekkim, popołudniowym deszczyku. Czujemy, jak przelatuje nam przed oczami, gdy zerkamy na motyla, siadającego na puszystych krzewach. Wiosenne miesiące eksplodują wprost w kolorach, jednak powinniśmy rozejrzeć się szerzej. Nie tylko otaczająca nas przyroda jest oznaką odejścia przygnębiającej zimy.



A co z nami? Z naszymi emocjami? Gdzie w tym wszystkim my – zagubieni, wycieńczeni, przygnębieni…? Za nami przecież trudne miesiące funkcjonowania
w zupełnej ciemności już o godzinie szesnastej. Marznięcia na przystankach, na dworcach, a nawet w wyziębionym do granic możliwości domu, gdy przez cały dzień nikogo w nim nie było.
Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek uśmiechała się na nadejście tych zimowych „cudowności”. Ale jak tylko małymi kroczkami zbliża się marzec… ten cały armagedon nie ma znaczenia.

Tak naprawdę wiosną nie tylko przyroda budzi się do życia. Prawdziwą przemianę przechodzimy także my. Odżywają w nas wszystkie zamrożone uczucia, takie jak miłość, która nawet już w listopadzie zapadła w zimowy sen. Uśpiona czekała cierpliwie na pierwsze promyki słońca, by móc wyjść z jaskini. Gdy tylko wyłania czubek swojej głowy, czuje powiew świeżego, kwiecistego powietrza. Dostaje nagłego przypływu energii, by rozbudzić to, co dusiliśmy w sobie całą zimę. To, na co nie mieliśmy najmniejszej ochoty, na co brakowało nam chęci, motywacji. Z czym woleliśmy poczekać „do lata”, co niezrobione oraz niewypowiedziane zabraliśmy ze sobą pod zimowy koc, tłumiąc wszystkie związane z tym uczucia.

Wychodzimy razem z nią. Silniejsi. Podbudowani. A przede wszystkim – uśmiechnięci. Znowu spotykamy się w zielonych parkach, wybieramy się z paczką znajomych na rowery, włóczymy się wieczorami po ulubionych miejscach w mieście. Nie dręczy nas ponura myśl, że zaraz szybko zajdzie słońce i lepiej już się zwijać. Wychodzimy z pracy, dalej ciesząc się popołudniową jasnością.

Tym opisem kończę swoje malarskie arcydzieło. Malarstwo na cyfrowym płótnie zapewne nie oddaje efektu świeżo schnących pociągnięć pędzlem czy dosadnego zapachu farb, ale podjęłam się zadania i przelałam produkt swojej wyobraźni na ekran. Obraz nabrał już soczystych barw – pojawiły się kolory czerwone jak soczyste maki, błękitne jak bezchmurny nieboskłon, różowe jak kwitnąca wiśnia. A to, jak został przeze mnie nazwany, ujęłam już w tytule.