pogoda dla odważnych | kwartalnik

O odwadze, nadziei i innych imponderabiliach

Twory
Najprostsza forma bohaterstwa to po prostu bycie obywatelem, poczucie więzi ze wspólnotą i zaangażowanie w jej sprawy.

Rebecca Solnit, Nadzieja w mroku

Jest niedzielny poranek. Listopad zasnuł miasto kolorami, których chyba nie da się lubić – szara mgła osiada na wszystkim, co zbyt wysokie i zbyt stałe, żeby się jej wymknąć. Mnie to jednak nie przeszkadza, bo to moja pierwsza wolna niedziela od dawna. Susząc włosy naprędce i bez sznurowania wkładając buty, wybiegam z domu, żeby odebrać z dworca przyjaciół. Jest listopadowa niedziela, ale świat nie jest taki zły – jem śniadanie w ulubionym miejscu, przedzieram się przez mgłę i snuje nieśpieszne rozmowy.

Trudno jednak nie czuć tego, co wisi w powietrzu już od kilku tygodni. Wkrada się w codzienne rozmowy, dominuje tablice w mediach społecznościowych, spędza sen z powiek. A my wszyscy mamy dwadzieścia kilka lat, jesteśmy zaangażowani w życie społeczne i nie umiemy przejść obok tego obojętnie. Sytuacja na granicy z Białorusią szybko staje się tematem, który przerywa beztroskę tej niedzieli.

To zresztą tylko pretekst, żeby porozmawiać o tym, co naprawdę jest ważne w tej sytuacji. Co z nami będzie, jeśli sytuacja się zaostrzy? Myślenie o wojnie, tej wojnie, którą znamy z historii, wydaje się zbyt abstrakcyjne, żeby mogło być prawdziwe. A mimo to po sieci krążą filmy z granicy, które jeszcze kilka lat temu wydałyby mi się opowieścią z najodleglejszych części świata. A mimo to, to wszystko dzieje się tu i teraz. Tuż obok nas.  

Gdy zaczęłam studiować informatykę, szybko zaczęłam myśleć, że następna wojna odbędzie się już w cyberprzestrzeni. Że informacje, programy i wirusy zastąpią ludzi z karabinami, którzy w okopach wykrwawiają się na śmierć. I chociaż ta wojna nie jawiła mi się na lżejszą, łatwiejszą, mniej brutalną – wydawała mi się przynajmniej bardziej cywilizowana.

Teraz jednak na granicy widzę ludzi z krwi i kości, a karabiny nigdy wcześniej nie były dla mnie tak realne, jak teraz. Wojna informacyjna oczywiście również ma miejsce, nie mam co do tego wątpliwości. Ale to właśnie tych ludzi, tak obcych i bliskich jednocześnie, mam przed oczami, gdy myślę o kryzysie na granicy.

Więc siedzimy na kanapie i rozmawiamy o tym, co by się stało, gdyby naprawdę wybuchł konflikt, który wywróciłby całe nasze życie do góry nogami. Co zrobiłabym z umiejętnością programowania, znajomością procesu projektowego, swoim nieskończonym jeszcze licencjatem o dostępności usług medycznych? Jak przydałaby się moja wiedza, lata edukacji i umiejętności projektowania usług w sytuacji, gdy o żadnych usługach nie mogłoby być mowy? Co mogłabym dać od siebie, żeby pomóc sobie lub innym?

Myślę o odwadze. Odwaga, wbrew pozorom, nie ma tak dużo wspólnego ze strachem, jak mogłoby się wydawać. Odwaga nie jest jego przeciwnością, brakiem. Jest właśnie tym, co stawia mu czoło, co pojawia się tylko wtedy, gdy ruchy i myśli paraliżuje przerażenie. Nie ma więc odwagi bez strachu, ale czy znalazłabym ją w sobie, gdyby cały mój mikro i makro świat runął? Mam nadzieję, że nigdy się tego nie dowiem.

Myślę też o pisaniu. Myślę o nim, bo jest czymś, co przetrwało już wiele wojen, wielkich początków i małych końców świata. Było z ludzkością niemal, od kiedy sięga jej pamięć i wierzę, że będzie (w takiej lub innej formie) już zawsze. I to pisanie, chociaż może wydawać się niezbyt ważne, wypierane przez inne sposoby komunikacji, marginalizowane i redukowane do coraz krótszych form, w kryzysowych sytuacjach okazuje się chyba niezwykle ważne. Uważam tak, bo dla mnie w historii najważniejsza jest pamięć. A nie ma pamięci bez słów, które przelane na papier, dyski komputerów lub nagrania, zostają z ludzkością i przekażą następnym pokoleniom to, co ważne, piękne i trudne. Słowa potrafią zmieniać bieg wydarzeń, dodawać otuchy, wzniecać powstania i być może przede wszystkim – uczyć. Mogą informować o tym, co faktycznie dzieje się w kraju, regionie, czasie. Pozwalają ostrzegać innych, wzywać pomoc, opowiadać o tym, co ważne.
I to pisanie, to kreślenie słów na papierze, klikanie w klawiaturę, pospieszne notowanie i opowiadanie innym, to wszystko jest dla mnie odwagą, na którą wierzę, że byłoby mnie stać nawet w najtrudniejszej sytuacji. I chociaż to jest coś, o czym tak łatwo zapomnieć w ferworze spraw, które są obecnie kluczowe – zapewnienie poszkodowanym bezpieczeństwa, opanowanie sytuacji na poziomie dyplomatycznym, działania zbrojne – to warto wiedzieć, jaką siłę mają informację. To właśnie dzięki rzetelnemu dziennikarstwu świat może wiedzieć o tym, co dzieje się na granicy i wierzę, że dzięki temu ta sytuacja nie zostanie zapomniana. I tak jak możemy pamiętać o przeszłości, możemy zapisać się też na kartach teraźniejszości.

Myślę o tym wszystkim, bo chociaż nie jest to zbyt spektakularne wobec ogromu cierpienia, które wywołuje sytuacja na granicy, jest w tym trochę nadziei. A nadzieja, jak nic innego, wydaje mi się teraz szczególnie potrzebna. Przede wszystkim z powodu ogromu złych informacji, o których ostatnio słychać w polskiej rzeczywistości – trudno jest o nich myśleć w perspektywie tego, że nie ma szansy na poprawę sytuacji. Kluczowe wydaje mi się jednak również to, że nadzieja daje nam pole do popisu, motywacje do działania i narzędzia do tego, żeby zmieniać rzeczywistość wokół nas. Dlatego właśnie, z okazji tej nadziei, napisałam ten tekst o odwadze w pisaniu. I mam nadzieję, że natchnie ona do działania też Ciebie.