dwie jaskółki | kwartalnik

PROSZĘ NIE GWIZDAĆ, proszę śpiewać! – o Lanckoronie skrzydlatej

„Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabarwiały się refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw, rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generacje dni letnich (...) obtłukiwały kłamliwą glazurę, wydobywając z dnia na dzień wyraźniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomię losu i życia, które formowało je od wewnątrz.”

Sklepy cynamonowe, Bruno Schulz


PROSZĘ NIE GWIZDAĆ

Niebieskie, brązowe, różowe, miedziane, żółte, zielone ptaszki w plecionych koszykach ustawione w rogu sklepiku z pamiątkami Izby Muzealnej w Lanckoronie. Niebieskie, brązowe, różowe, miedziane, żółte, zielone ptaszki w ceramiczne rodziny o atrybucie ćwierkania, o czym można się przekonać dmuchając w przemieniony w piszczałkę gliniany ogon. Ale nie wolno. Jest karteczka: PROSZĘ NIE GWIZDAĆ. Nie gwiżdżę więc, patrzę tylko. Oczami i dotykiem robię pamiątek najwięcej. Zbieram do siebie barwy, kształty, wrażenia. Przejeżdżam dłonią po wymalowanych plamkach na ptasich skrzydłach, wyobrażam sobie herbaty pijane w wystawionych tu filiżankach, przyglądam się, jakie światy mają w sobie ilustracje oprawione w ramy, uśmiecham się do znajomego widoku śnieżnobiałych serwet zwisających z drewnianych półek. Czuwam nad czuwającymi aniołami wyzierającymi w Lanckoronie z każdego straganu, każdej kawiarni, każdej pracowni artystycznej. Istoty o atrybucie skrzydeł wylatują z ust rozmawiających ze mną ludzi, wychylają się z opowieści o festiwalach, warsztatach, wystawach i koncertach tu organizowanych. Powoli wypełnia mnie rodzaj przeczucia, domysłu (wymysłu?), ścieli się podstawa do snucia interpretacji o lanckorońskiej duszy, że coś tu się nieustannie skrzydli, upierza. Że to definiuje w jakiś sposób to miejsce położone nie w dolinie, nie na równym terenie, ale na przekór łatwości – zagnieżdżone w południowym stoku Lanckorońskiej Góry. Tutejszy rynek to serce tętniące pochyłością (ulotki turystyczne informują, że spadek wynosi 9,5%). Lanckorona cała wydaje mi się nagle nie miejscem stricte, a żywym skrzydlatym organizmem, który od wielu wieków przygotowuje się do lotu, marzy o wysokościach, śni niebem. Nie dziwi mnie więc ten skrawek papieru z dużymi czarnymi literami wypisanymi flamastrem: PROSZĘ NIE GWIZDAĆ. Jasne, nie gwizdać. Gwizdanie kojarzy się z czymś przeszywającym, urywanym, kanciastym, tak o skrzydlatych nikt nie mówi. Tu pasuje bardziej: ś p i e w a ć , bo śpiewanie jest kultywowaniem dźwięku, celebracją, twórczym aktem wyższej kategorii. Jest w języku ludzi czynnością współdzieloną z rodem ptaków.

Land Crone – ballada

Historia tego miejsca sąsiadującego z Kalwarią Zebrzydowską, a oddalonego o około czterdzieści kilometrów od Krakowa, sięga czasów początku polskiej państwowości. W 2017 roku, podczas archeologicznych badań na Górze Lanckorońskiej (zwanej też Zamkową), odnaleziono ceramiczne artefakty datowane na X wiek. Na szczycie miał stać kiedyś gródek stożkowaty. Parę wieków później (w drugiej połowie XIV wieku) Kazimierz Wielki postanowił w tym miejscu wybudować zamek, a okolicznym terenom nadał status królewskiego miasta na prawie magdeburskim (1366 r.). Król ufundował także powstanie kościoła, który funkcjonuje do dziś (Kościół Narodzenia św. Jana Chrzciciela). Nazwa miejsca – Lanckorona – ma najprawdopodobniej niemieckie pochodzenie i jest połączeniem dwóch słów: land (kraj, ziemia) oraz crone (korona). Razem miałyby znaczyć: „góra wieńcząca kraj”. Przez długi czas miasto stanowiło ważny punkt na trakcie do Krakowa, a samo w sobie było celem wypraw łowieckich możnowładców. W późniejszym czasie Lanckorona zasłynie jako jeden z głównych obozów konfederatów barskich. To właśnie na tym terenie rozegrają się dwie bitwy między oddziałami konfederatów a wojskami rosyjskimi: pierwsza – obrona Lanckorony – 20 lutego 1771 r., druga zaś – bitwa pod Lanckoroną – 23 maja tego samego roku. Tamten okres pozostawi po sobie nie tylko zbiór muzealnych eksponatów, ale również wpisze się wieloma legendami i historiami w świadomość tamtejszych mieszkańców. Istnieją między innymi opowieści o lanckorońskich podziemnych tunelach używanych przez konfederatów barskich. Są też podania wskazujące, że takie tunele funkcjonowały o wiele wcześniej i łączyły zamki w Barwałdzie (nieistniejący już) i ten w Lanckoronie (obecnie ruiny), a także Lanckoronę z klasztorem w Kalwarii Zebrzydowskiej. Odkrywanie tych podziemnych tajemnic opisuje między innym Kazimierz Wiśniak – krakowski artysta i zasłużony działacz na rzecz Lanckorony – w jednej ze swoich książek. W „Opowieściach z Lanckorony i okolic” (2015 r.) przybliża sytuację odkrycia przestrzeni pod ziemią w trakcie prac nad postawieniem studni w jednym z lanckorońskich gospodarstw. Korytarz miał mieć drewniany strop i mocno zawilgocone dno. Nie nadawał się do amatorskich eksploracji, więc miejsce wypełniono ziemią i studnię postawiono. Po jakimś czasie historia ta wypłynęła na światło dzienne raz jeszcze i trafiła do uszu m.in. Wiśniaka, który zaintrygowany wraz z grupą znajomych podjął się wyjaśnienia sprawy. Znaleźli miejsce z opowieści. W 1998 roku ściągnięto specjalistów, którzy zajęli się badaniem ziemi. Rzeczywiście natrafiono na pustki na głębokości, które potwierdzałyby teorię o sekretnych tunelach. W wyniku dalszych prac archeologicznych, przy użyciu odpowiedniej aparatury zebrano materiał dowodzący istnienia podziemnej przestrzeni. Na profesjonalną penetrację wykopaliskową zabrakło funduszy. Prace wstrzymano, a nieodarta ze wszystkich tajemnic historia podziemnych tuneli zachowała swój baśniowy wymiar w pamięci zbiorowej. Kolejna istotna data to 1869 rok. Miał wtedy miejsce wielki pożar, który strawił znaczną część Lanckorony i który zaważył na jej doświadczanym dziś charakterze. To właśnie z powodu potężnych szkód wyrządzonych przez ogień domy musiano wybudować od nowa. Szczęście w nieszczęściu, bo dzięki temu wiele z nich zdołało zachować się w swoim oryginalnym XIX-wiecznym kształcie do naszych czasów. Lanckorońskie domy drewniane, domy bielone, domy zrębowe kryte gontem, domy z miedzuchami – wąskimi przesmykami jak żyły pompującymi przestrzeń w system budynków-sąsiadów. To one urzekły pierwszych letników ściągających do Lanckorony coraz liczniej od czasów dwudziestolecia międzywojennego. I to one wciąż zachwycają podróżnych zaglądających do tej miejscowości, chcąc się przekonać, że budynki mają duszę i że potrafią opowiadać historie równie sprawnie i malowniczo jak doświadczeni gawędziarze. O tych domkach pisano wiersze i admiracją do nich zarażano pokolenia adeptów Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W 1934 roku Lanckorona utraciła swój dotychczasowy status miasta, ale za to zaczęła zyskiwać popularność jako destynacja wypoczynkowo-rekreacyjna. Tendencja ta utrzymała się również po II wojnie światowej. Zjeżdżali się turyści, zjeżdżali żądni natchnień i wytchnień artyści, zjeżdżali, zjeżdżali… p o w i e t r z n i c y .

Powietrznicy – trele

Powietrznicy to żartobliwe określenie na przyjezdnych, ukute swego czasu przez lanckoronian. Typowego powietrznika miała charakteryzować potrzeba głośnego wychwalania świeżości tutejszego powietrza, które pozytywnie wpływało na regenerację sił. W odpowiedzi na rosnące zainteresowanie tym miejscem, w pierwszej połowie XX wieku zaczęły powstawać lanckorońskie pensjonaty. Jednym z najdłużej działających ośrodków wypoczynkowych jest Willa „Tadeusz”, przyjmująca gości od 1926 roku. Jeszcze wcześniej zaczął funkcjonować jako noclegownia inny dom Lorenzów zwany „Zamkiem”, który potem przeszedł w ręce córki gospodarzy – Barbary Bodnarowej. Ciesząca się równą popularnością była „Gąsiorówka” – pensjonat prowadzony przez lanckorońską rodzinę Gąsiorowskich. Między tymi przestrzeniami, wśród ulic, ścieżek i zaułków o wdzięcznych nazwach przywodzących na myśl montgomerowskie Avonlea – Studnia Anielskich Mądrości, Aleja Zakochanych czy Aleja Cichych Szeptów – kwitło życie kulturalne letniskowej Lanckorony. Balkony i tarasy pensjonatów stawały się miejscem spontanicznych rozmów między aktorami, reżyserami, muzykami, malarzami. W porze obiadowej w „Zamku” natknąć się było można między innymi na aktorkę Marię Malicką, scenografkę Krystynę Zachwatowicz czy reżysera Andrzeja Wajdę. Wąskie uliczki i kręte leśne trasy przemierzali choćby aktor Wojciech Pszoniak, reżyser Konrad Swinarski czy też aktorka Anna Seniuk. Zauroczony wypoczynkiem w tym miejscu Marek Grechuta napisał piosenkę „Lanckorona”, w której wspomina m.in. o działającej do tej pory piekarni „Siwek” z tradycyjną metodą wypiekania chlebów przekazywaną z pokolenia na pokolenie od 1925 roku. Rano zastać było można siedzącego na ławce w rynku malarza Jerzego Nowosielskiego, czekającego na otwarcie się kiosku z gazetami. W wynajmowanym przez siebie pokoju artysta Marian Kruczek pilnie realizował kolejne intrygujące projekty rzeźbiarsko-plastyczne, przełamujące śmieciowy los przedmiotów bezużytecznych – tchnął w nie nową tożsamość artystycznego dzieła. To w Lanckoronie Marcin Cieński – malarz o międzynarodowej renomie – jako mały chłopiec rozwijał swoje artystyczne zdolności, tworząc pierwsze rysunki i obrazki inspirowane często lokalną fauną i florą. Wspomniany już Pensjonat „Tadeusz” miał okazję gościć w swych progach takie postaci jak: Sławomir Mrożek, Jerzy Kawalerowicz, Anna Polona, Grzegorz Turnau, Krzysztof Globisz, Michał Żebrowski czy Wisława Szymborska (związana tym mocniej z okolicą, że w niedalekim Stryszowie brała udział w spotkaniach kulturalnych organizowanych przez rzeźbiarkę Wandę Ślędzińską). O wiele wcześniej, bo w 1885 roku, do Lanckorony zawędrował młody Stanisław Wyspiański przy okazji wycieczki szkolnej do Kalwarii Zebrzydowskiej. W wyniku tej małej podróży powstało kilka szkiców lanckorońskiego zamku i kościoła, dziś wyjątkowo cennych ze względu na ukazanie rzeczywistego stanu budynków przed dziesiątkiem lat. Lanckorońskie ziemie mają również w swojej historii epizod stanowienia tła dla fabuły filmu „Szwadron” (1992 r.) Juliusza Machulskiego. O tym wszystkim dowiaduję się w sporej części z książek napisanych przez Kazimierza Wiśniaka – jednego z najbardziej zasłużonych działaczy na rzecz ochrony, popularyzacji i kulturalnego rozwoju Lanckorony. Wiśniak jest malarzem, rysownikiem, scenografem teatralnym i współzałożycielem „Piwnicy pod Baranami”. Pierwszy raz do Lanckorony zawitał w 1969 roku. Pozostał pod tak dużym wrażeniem tego miejsca, że odtąd odwiedzał je regularnie, angażując się w wiele inicjatyw. W pewnym momencie zdecydował się wybudować tu dom, w którym mieszkał przez około dwadzieścia lat. Ślady działalności Kazimierza Wiśniaka są na wzór baśniowych okruchów rozrzucone po całej Lanckoronie. W Cafe Pensjonat znajduje się Galeria Sztuki, gdzie z bliska możemy podejrzeć detale prac Wiśniaka. Z kolei w intrygującej Arka Cafe można zaopatrzyć się w wystawione niedaleko wejścia pocztówki z reprodukcjami jego dzieł. Zaprojektował on także logo dla tej kawiarnii. Postać pana Kazimierza jest silnie związana z lokalnym czasopismem „Kurier Lanckoroński”, dla którego redagował teksty i urozmaicał je charakterystycznymi ilustracjami. Za swój wkład w kultywowanie społeczno-kulturalnego ducha tej miejscowości jako pierwszy otrzymał honorowy tytuł „Anioła Lanckorony” w 2004 roku. Tak się jakoś tu sympatycznie dzieje, że niektórzy ze wstępnych powietrzników z czasem zamieniają się w znakomitych lanckorońskich społeczników.

Miasto Aniołów – pieśń ludowa

W 2004 roku Renata Bukowska zainspirowana przez swoje córki wpada na pomysł organizacji festiwalu „Anioł w miasteczku”, którego głównym przesłaniem ma być niesienie dobra, radości, nadziei. Impreza odbywa się co roku, w pierwszy weekend po Świętym Mikołaju. Ma wówczas miejsce pochód Aniołów (ludzie nie tylko z Lanckorony, ale z różnych zakątków Polski, a nawet świata maszerują przebrani z fantazją za różnego typu anielskie istoty). Rynek pęcznieje od rozkładających się tam straganów oferujących całą gamę około-anielskich tworów z gliny, drewna, słomy, szmatek, papieru czy wosku. Prócz tego, w czasie festiwalu organizowanych jest wiele pobocznych wydarzeń, np. koncerty, wystawy. Każdego roku zostaje również wytypowany kolejny honorowy Anioł. W ten sposób wyróżnieni zostają ważni dla tej małej społeczności ludzie, którzy prawdziwie troszczą się o dobrobyt tego miejsca. Laureaci tej nagrody to między innymi Tadeusz Lorenz, Franciszek Koźbiał, Zbigniew Lenik, Susan Nagy czy Anna Ciecieręga. Inicjatywy tego typu jak „Anioł w miasteczku” pobudzają kulturalne życie, angażując zarówno przyjezdnych, jak i lokalnych ludzi w działania na rzecz Lanckorony. Inne ciekawe wydarzenie to organizowane w lipcu Międzynarodowe Warsztaty Gitarowe (to z kolei duża zasługa Michała i Susan Nagy). Warsztaty trwają zwykle kilka dni i mają na celu promocję gry na tym instrumencie przede wszystkim wśród dzieci i młodzieży. Specjalnie na tę okazję zapraszani są profesjonalni muzycy z różnych części świata, więc uczestnicy mają szansę uczyć się od najlepszych. Sierpień zaś upływa pod szyldem Romantycznej Lanckorony, sprzyjającej organizacji plenerowych koncertów, wieczorów poetyckich czy wernisaży. Warto też wspomnieć o wyjątkowym programie, w którym wzięła udział polsko-holenderska para – Renata i Frans van de Logt – prowadząca lanckoroński Bed&Breakfast „Leśny ogród”. W ramach Fundacji Księcia Karola co roku przyjmowali do siebie grupę młodzieży z Wielkiej Brytanii. Dzieciaki pochodziły z różnych rodzin, miały za sobą różne doświadczenia. Renata i Frans mieli za zadanie pomóc im stanąć na nogi, wskazać dobre i piękne oblicze świata. Uczestnicy tego projektu nieraz wracali po latach, żeby tym razem pobyć w tym miejscu w roli wolontariuszy. Sam „Leśny Ogród” jest też nieustannie miejscem otwartym na spotkania z kulturą i sztuką. Co ciekawe, Van de Logtowie założyli w Lanckoronie swoją własną świątynię Śiwy. Para poznała się w jednym z aśramów mistrza duchowego Babajiego. Teraz sami w wyśnionym, leśnym zaciszu proponują przebywającym w okolicy zajęcia z jogi i ajurwedyjskie masaże. Wspomniana już wcześniej Willa „Tadeusz” także funkcjonuje jako przestrzeń sprzyjająca wydarzeniom artystyczno-kulturalnym. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę jak pełnym fantazji wydawał się jej właściciel sprzed lat – Tadeusz Lorenz junior, który na przykład w wieku 14 lat stworzył szybowiec, a następnie został w nim wystrzelony z katapulty wykonanej z dętek samochodowych przez swoich kolegów. Albo fakt, że na swoje wyprawy łowieckie wybierał się samochodem z drewna własnego projektu... Obiecująco zapowiada się też kierunek, w jakim idzie dopiero niedawno odrestaurowany i otwarty dla gości Dwór w Lanckoronie. Prężnie działają także różne stowarzyszenia, m.in. Towarzystwo Przyjaciół Lanckorony, Terra Artis, Na bursztynowym szlaku i Klub Lanckoroński. Ponadto funkcjonuje tu wędrowny Teatr Falkoshow pod kierownictwem Krzysztofa Falkowskiego. Z kolei dzięki Leszkowi Mikosowi do Lanckorony dwukrotnie zawitała Opera Krakowska ze swoim repertuarem. To dzięki członkom tego typu grup, dzięki ludziom pełnym pomysłów i chęci, ta mała wieś ma tak pozytywnie zaskakującą ofertę kulturalną.

Skrzydlatość – kukanie

Trudno wskazać na konkretny moment czy jedno źródło tej rozwijającej się skrzydlatej „przypadłości” Lanckorony. Z rozmów ze Stanisławą Koślacz-Piaskowską i Ewą Budzowską – artystkami mającymi tutaj swoje pracownie ceramiczne – wynikało, że ptaki stanowią rodzaj inspiracji oczywistej. To efekt przebywania w bliskości z naturą. To po prostu wdzięczny temat dla artystów. I ja przyjmuję to wyjaśnienie, bo jest wystarczające, ładne w swojej prostocie, szczerości. Stwierdziłam jednak, że zaznajamiając się z historią tego miejsca postaram się być wyczulona na ten motyw, chcąc ewentualnie poszerzyć kontekst rozumienia Lanckorony jako anielsko-ptasiej. W ten sposób „wyhaczam”, że na herbach jednych z pierwszych właścicieli lanckorońskich ziem pojawiały się ptaki, np. w herbie Jastrzębiec czy Ślepowron. Dwie z sąsiednich wsi biorą też swoje nazwy od królestwa ptaków (Ptasznica, Jastrzębia). Już na początku książki „Wśród ludzi i zwierząt Lanckorony” Kazimierz Wiśniak wspomina widok licznych jaskółek krążących między lanckorońskimi drewnianymi chałupami, pod dachami których ptaki te zakładały swoje gniazda-lepianki. Ten obraz zapadł mu głęboko w pamięć – był jednym z pierwszych witających go w tym miejscu, z którym wkrótce potem związał swoją przyszłość. W kolejnej książce pisze o tym, że lanckorońskie widoki uskrzydlają („Anioł w miasteczku”, Kraków 2014). Aktor, literat i kompozytor Leszek Długosz stworzył kiedyś wiersz – „Apostrofa lanckorońska” – w którym porównał to miejsce do gniazda. Wspomniany jest również Franciszek Mentel, wytwórca zabawek ze Stryszawy, który w XX wieku wystawiał swoje produkty, w tym popularne rzeźbione w drewnie ptaki, na straganie w Lanckoronie. W trakcie swoich dociekań natrafiłam także na ślady takich przedsięwzięć jak „Zapraszamy ptaki do Lanckorony” z 2007 roku (akcja tworzenia budek lęgowych i rozdawania ich wśród lanckoronian) czy też udział w Ogólnopolskiej Nocy Sów. Pani Stanisława wspomniała przy okazji skrzydlatego tematu o krukach zamieszkujących Górę Lanckorońską, które być może w jakiś sposób symbolicznie piastują rolę lokalnych ptasich opiekunów.

Zakamarki – hymn pochwalny

Lanckorona jest samomalującym się obrazem, który zaprasza do współuczestniczenia w płótnie. Jest dla mnie lekcją o tym, że trzeba śmiało budzić się do podziwiania tego, co obok, tego, co lokalne. Mój dom rodzinny jest oddalony o niecałe piętnaście kilometrów od Lanckorony. Mimo tego wyjątkowość tej miejscowości odkryłam dopiero po wielu latach, kiedy dostałam przydział „dystansu” i umiejętność patrzenia w trybie try again. Musiałam wykonać ten kształtujący tożsamość ruch oddalenia-przybliżenia, by móc zrozumieć, że miejsca ważne, miejsca, do których się dąży, z którymi dusza się porozumiewa najczulej, nie muszą oznaczać tęsknych zerknięć na drugą stronę globu czy wielogodzinnych, kosztownych podróży z atrakcyjnie brzmiącą na języku nazwą finalnej destynacji. Bo już umiem widzieć nowe lądy w starych oknach z pelargoniami schowanymi za firanką, w zapachu chleba ciągnącym się przez ulicę Świętokrzyską, w lśnieniach słoików z lawendowym syropem i różanym octem, ustawionych rządkiem na stoliku przy bielonej ścianie. Rozumiem skrzydlatość, o której pisali poeci, i która wplatała się w obrazy tworzących tu malarzy. Idąc w górę kamiennego rynku wystukuje się w człowieku przekonanie, że wchodzimy w międzyczas, w przestrzeń z pogranicza bajki. Wejście do Arka Cafe ulokowanej w jednym z tradycyjnych lanckorońskich domów jest jak zanurzenie w wiecznie trwających letnich porankach, jest międzygatunkową przystanią, gdzie pojawiający się nagle przy stoliku pies właściciela przypomina człapiący symbol arkowości. Gdzie ze ścian patronują kawiarnianym rozmowom bohaterowie powiększonych w skali ilustracji filatelistycznych, gdzie kolorowe ptaki zaklęto w sufit, a figurki pół ludzi, pół zwierząt strzegą porządku przydzielonych im kątów, gdzie poddasze zalegają fruwające czasopisma i serpentyny świeczek, przy których grzeją się ceramiczne gromady ptasie państwa Budzowskich. I gdzie czytane zdania „Sklepów cynamonowych” Brunona Schulza opuszczają nagle pożółkłe strony i wchodzą w dialog z otoczeniem. Albo jeszcze: ciepłość bijąca od progu Cafe Pensjonat, gdzie na małej przestrzeni zbudowano przytulność najwyższej rangi. Albo: długie stoły na podwórzu u państwa Piaskowskich wypełnione czarkami, talerzykami, misami, filiżankami i kolorowymi figurami tajemniczo uśmiechniętych kotów. Albo: pracownia-sklep z dziełami Ewy i Jacka Budzowskich, gdzie na sufitowej belce niczym pieczęć chroniąca miejsce od złego wisi zaschnięte gniazdo jaskółcze i gdzie nieistniejące gatunki ptasich stworzeń świergoczą w rozbujanych podmuchem powietrza metalowych klatkach. Paciorek przyjaznej energii przeciąga się też przez ulicę św. Jana, gdzie w brzuchu rdzawoczerwonego domu mieści się kolejna Galeria Ceramiki – Farfurka. Mrugają do przechodnia kolorowe magnesy przedstawiające charakterystyczne chaty i cudacznie upierzone ni to koguty, ni to dudki, a wszystkiemu przygrywa melodia pędząca z gramofonu. Na rynku połyskują stare bibeloty szukające nowych domów, śpią książki okładką bezpośrednio przytknięte do płyt chodnikowych. Wiele z tego, co tu się dzieje, o czym usłyszałam, co zobaczyłam, co wyczytałam przywodzi mi na myśl fikcyjne miasteczko Stars Hollow znane z serialu „Gilmore Girls”. Czyli: mamy swoje własne Land Crone z sympatycznymi postaciami i urokliwymi zakamarkami. Wcale nie fikcyjne – prawdziwe. I właśnie r e a l n o ś ć tego miejsca jest wyzwaniem, łączy się z pewnymi obowiązkami. Bo Lanckorona nie jest pozbawiona swoich problemów. Trzeba wciąż udowadniać, że ta zabudowa, te drewniane domy, to nie obraz zacofania ani butwiejące kłody pod nogami postępu, ale portale do podróży w czasie. Trzeba cierpliwości i wysiłku, żeby piękno i czar mogły trwać kolejne dekady. Żeby Lanckorona mogła dalej śnić o locie po błękitnym, błękitnym niebie.



Źródła:

Wiśniak Kazimierz:
  • Anioł w miasteczku, Vandre, Kraków 2014.
  • Lanckorońskie krasnoludki, Vandre, Kraków 2017.
  • Opowieści z Lanckorony i okolic, Vandre, Kraków 2015.
  • Wśród ludzi i zwierząt Lanckorony, Vandre, Kraków 2013.
Bukowska Renata, Skąd idea?, http://www.aniolwmiasteczku.pl/o-festiwalu/ (dostęp: 21.02.2022).
Jelska Sonia, Ogrody Szczęścia pod Krakowem, https://www.wrozka.com.pl/niezwykli-niezwykle/podroze/7832-ogrody-szczescia-pod-krakowem (dostęp: 21.02.2022).
Zaręba Dominika, Galeria Lanckorońska Kazimierza Wiśniaka, http://www.cafepensjonat.pl/galeria-kazimierza-wisniaka/ (dostęp: 21.02.2022).
Historia, https://willatadeusz.com/historia (dostęp: 21.02.2022).
O teatrze, http://zaulekanimacji.pl/ (dostęp: 21.02.2022).
Zabudowa miasteczka Lanckorona, https://dnidziedzictwa.pl/zabudowa-miasteczka-lanckorona/ (dostęp: 21.02.2022).
http://www.odkryjmalopolske.pl/lanckorona.html (dostęp: 21.02.2022).
Przy pisaniu tego artykułu przydatne okazały się informacje zamieszczone na tablicach w Izbie Muzealnej. Dziękuję również za możliwość rozmów, które przybliżyły mi obraz Lanckorony.