Kwartalnik | Horyzont

Rzeczy, które znalazłem

Od zachodniego okna żarzy się słońce, napełniając strych ciepłem i duchotą. Czuję pierwsze krople potu na szyi, co prowadzi do natychmiastowego otwarcia okien południowych i północnych. Sytuacja wydaje się znośna, oprócz zgliszcza zdechłych much tłoczących się pod oknami. 


Zaraz po lewej stronie od wejścia widać niewielkie i stworzone przez wujka sprzęty, które w dużej części odwzorowują te spotykane na siłowniach. Drewniana ławka do wyciskania wraz ze sztangą z zawieszonymi ciężarami, które najprawdopodobniej odlane są z zaprawy cementowej. Niedaleko ławki leżą hantle z cegieł owinięte grubym sznurem, również domowej roboty. Troszkę dalej, bliżej zachodniego okna, wisi metalowa rura, która może służyć ćwiczeniom opartych na podciąganiu. Odwiedzałem strych dziadków już wiele razy, ale nigdy nie doceniłem tej mini siłowni, która od dawien dawna tu mieszka.

Część aerobikowa wydawała mi się od wielu lat bezpieczna. Znajduje się w bliskim otoczeniu jedynej lampy oświetlającej to pokraczne miejsce nocą. Jako dziecko bałem się postawić stopę poza obszar rzucanego światła - bliżej wschodniej i północnej ściany. Teraz za przyjaciela mam resztki promieni słonecznych ledwo dostających w tamte miejsca i jednocześnie mój podeszły wiek. Oczywiście nie aż tak podeszły jak mógłbym chcieć.

Idąc wolnym krokiem, badam wszystko co napotkam pod północną ścianą. Natrafiam na pierwsze rzeczy, które już dawno zakorzeniły się w mojej głowie jako wspomnienia. Pierwsze z nich odkopała rozlatująca się ozdoba świąteczna w kształcie choinki, leżąca tuż przy worku orzechów, który zapewne byczy się tu od zeszłej jesieni. Jeszcze za dziecka zawieszałem ją z wujkiem na zewnętrznych ścianach domu, które prezentowały wszystkim przejezdznym świąteczny duch domostwa. Jej miejsce zajęły nowoczesne światełka w kształcie sopli lodu, których nie trzeba już zawieszać i zdejmować raz do roku, a choinka odeszła w zapomnienie.
Zaraz obok stoi coś co napawa mnie niepewnością, a nawet trwogą. Owinięte czarną i giętką rurką, przykryte styropianem z postawionym na samej górze czarnym garnkiem, stoi i się nie rusza. Sam makabryczny wygląd może być powodowany stanowiskiem w półmroku. Jak się później okazało, urządzenie to służyło jeszcze do połowy lat dziewięćdziesiątych jako narzędzie ważące tuczniki. Nikt jednak nie wie, dlaczego znalazło się ono na strychu, do którego trzeba pokonać dwukrotnie wąskie schody.

Północna ściana jest wyjątkowo zagracona. Tuż obok starej wagi, na drewnianej skrzyni, stoi akwarium, które służyło za domek dla chomików bengalskich mojej ciotki. Mimo, że minęło już prawie 15 lat odkąd ostatni z nich opuścił ten dom, to wciąż jestem w stanie przypomnieć sobie ten charakterystyczny piżmowy zapach. Możliwe, że to był pierwszy krok powodujący zapalenie się lampki w mojej malutkiej główce o posiadaniu futrzastego zwierzaczka, a dokładniej króliczka.

Wśród kilku pudeł pełnych różnobarwnych worków oraz wielkiego pudła po telewizorze, stoi małe łóżeczko dziecięce. Pierwsza myśl mówi, że jestem za stary, żeby ktokolwiek mógłby trzymać niezbyt ważną pamiątkę z mojego okresu niemowlęcego. Jednak nie mam racji. Co innego z moim młodszym bratem. Gdzie się nie obejrzę, tam znajduję coś z okresu jego niemowlęctwa. Na strychu też. Dwa metry dalej, stoi jego kołyska wypełniona po brzegi stertą starych pierzyn i poduszek.

Sentymentalność uderza mi do głowy. Spotykam rzeczy, które bardzo łatwo wyciągają obrazy z dawnych lat. Mnie bawiącego się tym czy tamtym, używającego tych rzeczy jako dziecko. Słysze nawet głos matki krzyczącej: „Zostaw to, bo coś sobie zrobisz!”. Są nawet dywany, które pamiętają moje raczkowanie. Swoją drogą, wyglądają jak świeżo ściągnięte z parkietu. Czy rzeczy z ciemnic nie odzyskają już nigdy swojego dawnego blasku, swojego kontaktu z człowiekiem?

Czas znaleźć coś starszego. Zbliżając się do północnego okna, przed ceglanym kominem leży wielka skrzynia wypełniona książkami. Kurz sieje się gęsto. Poziom historyczności znacząco wzrasta. Przeglądam tytuły. Książka do języka rosyjskiego część pierwsza, druga i trzecia. Książki do biologii, chemii i matematyki. Na drugiej stronie widzę podpis właścicielki, jest nią moja mama. Na innych jej inicjały są przekreślone i zamienione na należące do jej siostry. Bardzo szybko pragnę zabrać książki do rosyjskiego ze sobą i poczuć wrażenia z użytkowania, tak jak robili to przede mną poprzedni właściciele. Czy warto? Ja się już nie przekonam, bo jest to słomiany zapał.

Gdy wypełnione książkami pudełka leżą, napawając się swoim odpoczynkiem, nieopodal wyłaniają się trzy lazurowe segregatory. Na głównej okładce widnieją, nieposiadające wspólnego wzoru obrazki, podpisane według dziedzin do jakich można je przyporządkować, razem z tytułem: „Świat Wiedzy”. Wnętrze wypełniają już z lekka pożółknięte kartki, rozlewające się po brzegi treścią encyklopedyczną. Zdaje się być to drukowana Wikipedia. Tutaj znajdują się jedne z ofiar rozwoju Internetu. Gdy kiedyś wypełniając po brzegi domowe biblioteczki, służyły za główne źródło wiedzy, tak teraz porzucone obracają się kurzem. Gdy myślę o swojej książkowej półce, to zdaję sobie sprawę, że i tam ich brakuje. Moja wirtualna encyklopedia dzieli każdą podróż ze mną. Trzymam ją teraz w ręce.

Wstając z klęczek, rdzawo brunatny kawał metalu, w formie jakby tortownicy, krzyczy do mnie swoją tajemniczością. Otoczony w towarzystwie archaicznego żelazka oraz mini kuchenki elektrycznej, to on najbardziej walczy z upływem czasu. Korozja zżera go łapczywie. Kawałek po kawałeczku. Wciąż jednak nie wiem do czego służył. Trafne okazało się porównanie do tortownicy. Prodiż, bo tym okazuje się być rudawy kolega, służył jeszcze przed nastaniem piekarników elektrycznych do pieczenia ciast czy mięs. Moja mama z radością wspomina o początkach jej nauki wypieków, a najbardziej biszkoptów, gdy pokazuję jej później, tego samego dnia, zdjęcie prodiżu. Szukając więcej informacji o nim, ktoś komentuje na jednym z forów internetowych, że jest to jeden z symboli życia w PRL.

Zawracając już w stronę wyjścia, bliżej zachodniej ściany widnieje aż po dach półka wypełniona starociami. Niewypełnione zeszyty, fuksjowy komplet kieliszków, pełne różnobarwnych zdobień zastawy, śnieżno szare garnki, które kiedyś musiały oślepiać bielą oraz jedna samotnie stojąca gitara. Jeden ruch palcem pozwala wydobyć się bursztynowemu odcieniowi pudła rezonansowego. Delikatny dotyk strun pozwala dostrzec ich wiotkość. O niej również zapomniano. Gitara, jak i inne starocie, mają jeden korzeń. Babcia przywiozła je z Ukrainy. Pojawia się zatem pytanie - czy to nie Ukrainę powinienem zwiedzić? Poszukać tego co wspomina minione?  Mnie niestety zawsze ciągnęło na zachód.

Ocierając ręką o ceglany komin widzę ją - towarzyszkę największych letnich upałów w dzieciństwie, współuczestniczkę krótkich drzemek, rozdzieloną na składany trzyczęściowo szkielet oraz materac - leżankę. Uradowany jak małe dziecko dotykam i poznaję giętki materiał. Czuję lekki zapach stęchlizny. Nic dziwnego, jest stara tak jak ja. Moje dawne wspomnienia leżą tutaj. Gdzie położę te, które tworzę teraz? Czy w przyszłości również zrobię podróż po zapomnianym?

Po dwugodzinnym lawirowaniu pomiędzy sznurkami z wiszącym praniem, które wyjątkowo szybko schnie w ciepłe dni na strychu, odczuwam delikatny dyskomfort w szyi, prawdopodobnie od schylania. Czas opuścić tę krainę wspomnień. Czy każdy posiada takie miejsce? Co by się stało gdyby odwiedzić piwnicę? Z królestwa much przenieść się do tej władanej przez pająki. Efekt może być podobny, to znaczy możnaby oddać się w kolejny wir wspomnień. Jednakże, to piwnica jest częściej siedliszczem zła w horrorowych uniwersach filmowych, więc kto tam się wybierze niech lepiej ma się na baczności.