zjedli nam gofry | kwartalnik

Tęsknoty nieznane

Twory
“Kiedy się patrzy w gwiazdy, człowiek tęskni za czymś dalekim i nieosiągalnym. Tylko taka tęsknota jest prawdziwa. W naszym świecie nie potrzeba, aby ludzie tęsknili do czegokolwiek. Mają być zadowoleni tym, co im dane. Mają patrzeć w ziemię, nie w niebo”. 

– Janusz Andrzej Zajdel, Wyjście z cienia


Jednym z pierwszych budynków, które zrobiły na mnie tak duże wrażenie, była miejska biblioteka w Przemyślu. Duży, szary, wzniosły budynek wypełniony był tysiącami książek, które zabierały w mnie w najdalsze podróże na świecie. Mała, plastikowa karta biblioteczna spoczywała zawsze w kieszeni moich dziecięcych spodni, gotowa przewędrować ze mną pół miasta, żeby znów znaleźć się u progu tamtej monumentalnej budowli. Nie szłam tam nigdy z pomysłem, co pożyczę następne – po prostu kręciłam się po działach, które mnie interesowały i brałam tych kilka książek, które akurat obiecywały przenieść mnie w ciekawe, niezwykłe, odmienne i niespotykane miejsce.

Nie można chyba powiedzieć, że byłam dzieckiem wycofanym – takim, które całe dnie spędzało zamknięte w pokoju, zajęte czytaniem powieści. Myślę nawet, że było zupełnie odwrotnie – moje wspomnienia wypełniają roześmiane twarze przyjaciół i przyjaciółek, wysokie drzewa mojego ogrodu, przygody i mniej lub bardziej niebezpieczne wyprawy. Zawsze jednak czułam, że mam gdzieś blisko siebie również ten drugi świat, a może nawet światy. Czasy i przestrzenie pełne cudzych opowieści – magicznych krain, potężnych smoków, niezwyciężonych czarodziejów, ale też zwykłych osób, takich jak ja, którym przytrafiały się rzeczy niezwykłe. Książki zabierały mnie zawsze w tak odległe od mojego życia, że nie mogłam się im nijak oprzeć. Nie ma znaczenia jak bolesna czy nieprzyjemna mogła być moja rzeczywistość – wystarczyło wypełnić swoją głowę cudzą opowieścią, żeby nie pamiętać o własnych problemach.

Jestem pewna, że ten książkowy eskapizm wiele mi w życiu dał – poszerzył moje horyzonty, otwierając mi głowę na innych ludzi, poglądy, kraje, światy. Nauczył mnie słuchać i rozumieć tych, na których mi zależało, pokazał skomplikowanie rzeczywistości i jej strony, których w żaden inny sposób nie mogłabym się domyślić. Z czasem książki stały się też dla mnie jednym z najważniejszych narzędzi poznawania świata – uczyły mnie o dalekich krajach, okrutnych konfliktach, ciekawych bakteriach, niezwykłych odkryciach, o filozofii, teoriach społecznych. Zabierały mnie w podróże na Marsa, w głębiny oceanów, do kanadyjskich miasteczek, amerykańskich metropolii i – pewnie przede wszystkim – ogromu ludzkich historii.

Zostawiły mnie jednak z jeszcze jedną cechą, która przykleiła się do mnie jak guma, która wplątuje się we włosy. Im bardziej się z nią szarpię, tym mocniej osadza się ona gdzieś we mnie, tym trudniej mi się jej pozbyć. Ta potrzeba niezwykłości, tęsknota za odległymi krainami, odległymi podróżami, okruchami magii, rzeczami nietuzinkowymi i niecodziennymi. To niewytłumaczalne pragnienie, aby świat nie był tak szary, ordynarny, codzienny, jakim faktycznie jest. Ta wewnętrzna potrzeba, która już na zawsze została ze mną i która być może już zawsze będzie pchać mnie do robienia rzeczy dziwnych. Pamiętam nawet, że jeszcze w podstawówce składałam sobie ze swoją ówczesną najlepszą przyjaciółką przyrzeczenie, że „uczynimy nasze życie niezwykłym”. Cokolwiek mogło to znaczyć wtedy, zostało ze mną właściwie na zawsze. Do dzisiaj towarzyszy mi w codziennych wyborach, pcha do działania, dyktuje wakacyjne plany, osadza moje uczucia w różnych ludziach. To pragnienie niezwykłości osiadło gdzieś we mnie, stało się moją cechą – nie bardziej rzeczywistą niż brązowe oczy i podatność na stres. Oznacza to dla mnie jakąś potrzebę ciągłego ruchu, silne przekonanie, że tylko w biegu, tylko wtedy, gdy coś się dziejeę, mogę być szczęśliwa. I to jest bardzo dziwna cecha, równie dobra i budująca, co niewygodna i destrukcyjna. Rządzi się swoimi prawami, nie dając mi raczej nigdy odpocząć i zmuszając mnie zawsze do tego, by sięgać dalej i robić jeszcze więcej. Jest formą owsików, które nie pozwalają mi trwać zbyt długo w rzeczywistości, którą na co dzień zastaje – muszę stale ją zmieniać, modyfikować, próbować. Albo chłonąć historie innych – przyjaciół, przyjaciółek, bliskich, obcych, nierzeczywistych, książkowych postaci. Historie z przeszłości, przyszłości, teraźniejszości, bolesne, piękne, inspirujące, beznadziejne, dziwne, radosne, dołujące, każde. Historie, które wypełniają mnie, które tworzą we mnie mozaikę doświadczeń, marzeń, planów i konceptów. I, które w nie do końca zawsze dla mnie zrozumiały sposób – sumują się do mnie samej.