Kwartalnik | Momenty

Po drugiej stronie lustra i co znaleźliśmy na Biegu Ultra Granią Tatr

Sport
Czwarta dwadzieścia rano. W małym namiocie zlokalizowanym gdzieś na końcu kempingu pod Wielką Krokwią rozlegają się po kolei dźwięki trzech budzików. Leniwie otwieram oczy i wykonuję drobne ruchy w śpiworze. Rozpinam zamek, wychodzę z puchowego kokonu. Kolejno pokonuję warstwy namiotu, aż w końcu rześkie powietrze wprost z Tatr opływa moją twarz. Kuba też już nie śpi, wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia - pora zbierać się na trasę.


Czwarta dwadzieścia rano. W małym namiocie zlokalizowanym gdzieś na końcu kempingu pod Wielką Krokwią rozlegają się po kolei dźwięki trzech budzików. Leniwie otwieram oczy i wykonuję drobne ruchy w śpiworze. Rozpinam zamek, wychodzę z puchowego kokonu. Kolejno pokonuję warstwy namiotu, aż w końcu rześkie powietrze wprost z Tatr opływa moją twarz. Kuba też już nie śpi, wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia - pora zbierać się na trasę.

Kilka tygodni wcześniej dostaje wiadomość od mojego przyjaciela o treści: “Zapisałem się na wolontariat Biegu Ultra Granią Tatr, piszesz się?”. Wymieniamy kilka zdań o terminie i całym wydarzeniu. Oczywiście moja pierwsza odpowiedź brzmiała, że raczej nie dam rady, bo praca i jak tu wziąć wolne? Mijały kolejne dni, a całe zdarzenie odlatywało w niebyt - do pewnego letniego wieczoru. W przypływie chwili, nie rozpatrując już dogłębnie wszystkich za i przeciw, podjąłem decyzje o zostaniu wolontariuszem BUGT. 

Kilka szybkich maili z organizatorami i zostałem oficjalnie zapisany jako obsługa wydarzenia. Bieg Ultra Granią Tatr jest bardzo trudnym technicznie i potwornie wymagającym biegiem. Również jego dostępność dla przeciętnego śmiertelnika jest mocno ograniczona. Aby się do niego dostać trzeba uzbierać pokaźną ilość punktów ITRA (International Trail-Running Association). Otrzymuje się je za ukończenie kwalifikowanego biegu górskiego - za każdy dostaje się różną liczbę, w zależności od jego trudności. Jeśli już zdobędziemy 14 punktów, piekielnie się przy tym pocąc, czeka nas jeszcze losowanie, ponieważ liczba miejsc w biegu jest ograniczona, a chętnych nie brakuje. Jeśli fortuna ci sprzyja i zostaniesz wylosowany, zostajesz uczestnikiem - nic prostszego. Jest jeszcze druga opcją dostania się na wydarzenie - otrzymanie zaproszenia od organizatorów. Jednak jeśli nie jesteś profesjonalistą, byłym wolontariuszem lub TOPRowcem, raczej czeka cię przeprawa przez pierwszy scenariusz.
71 kilometrów przez Tatry, od zachodnich po wysokie. Od Doliny Chochołowskiej do Kuźnic. 5000 metrów przewyższenia. Jeśli mało znasz Tatry, to prawdopodobnie nie zdajesz sobie sprawy z powagi tych liczb. Spokojnie - my też nie do końca je szanowaliśmy. Do czasu.
Przed wyjazdem na czterodniowy wypad do Zakopanego rozmawiamy o tym, jak dziwne to musi być dla ludzi, którzy patrzą na nas z zewnątrz. Nie jedziemy tam nawet po to, żeby wystartować, ale po to, by obstawiać trasę i czuwać nad poprawnym przebiegiem wydarzenia. Chyba po prostu albo to rozumiesz, albo nie i koniec.

Na kilkudniowy wypad w góry jak zwykle pakuję się godzinę przed wyjściem. Mając w głowie to, że choćbym miał wcześniej cały boży dzień na zrobienie tego i tak zawsze zostawiam to na ostatnią chwilę. Ciepłe ubrania, kurtka, śpiwór, apteczka, czołówka, karimata, okulary, szlafrok (niezbędny do przeżycia na polu namiotowym), buty, aparat, jakieś jedzenie, picie i kilka innych drobnych rzeczy. Odjazd z dworca, do widzenia, Kraków.

Dzień dobry, Zakopane, w długi weekend. Jako środek transportu z miasta smogu do miasta jeszcze większego smogu, wybieramy autobus. Brniemy przez objazdy, omijając większe korki i trafiając na mniejsze. Całe szczęście wzięliśmy trochę herbaty na podróż. Po trzech godzinach docieramy do celu w dobrych humorach. Dzień dobry, Zakopane, w długi weekend. Okolice dworca zapełnione są ludźmi, wszędzie panuje gwar. Sprawdzamy trasę do naszego kempingu. Znajduje się kawałek poza centrum Zakopanego, w okolicach Wielkiej Krokwi. Po kilkudziesięciu minutach docieramy na miejsce. Rejestracja przebiega szybko i sprawnie. Szukamy miejsca na rozbicie obozu i oto z pośród lasu namiotów i kamperów wyłania się idealne poletko, ulokowane między drzewami. Na kempingu jest dostęp do bieżącej wody, prądu, kuchni, toalety i przyszniców. Zdecydowaną zaletą jest jego położenie poza centrum i w kierunku Kuźnic -  nie trzeba przebijać się przez centrum i tłumy turystów, jest też stosunkowo łatwiej dostać się na szlaki turystyczne Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Po rozpakowaniu się przechodzimy do planowania reszty dnia. Wieczorem mamy obowiązkowe spotkanie dla wolontariuszy biegu w hotelu Nosalowy Dwór. Zostało jeszcze sporo czasu, udajemy się w poszukiwanie dobrego obiadu. Znajdujemy w niedalekiej odległości od kempingu, pizzerię Ti Amo. Pizza jest bardzo smaczna, a ceny niskie - z czystym sumieniem mogę polecić ten lokal.

Wieczorem docieramy na spotkanie organizacyjne. W sali znajduje się około pięćdziesięciu osób. Każdy z wolontariuszy dostaje na początku pakiet - chciałbym napisać, że startowy, ale nie tym razem… Paczka zawiera plakietkę wolontariusza, chustę wielofunkcyjną, opaskę, jedzenie energetyczne, izotonik, koszulkę, voucher na obiad i środek piorący do odzieży sportowej. Tutaj przyjemne zaskoczenie - wszystkie elementy ubioru są dobrej jakości, dzięki jednemu ze sponsorów, firmie Dynafit. Następnie słuchamy krótkiej prezentacji o tym, jak będzie wyglądać obsługa biegu, jaki jest regulamin i jak ma przebiegać wydarzenie. Obsługa  podzielona jest na dwie główne grupy. Pierwsza to osoby zabezpieczające trasę w górach. Druga pomagający w obsłudze “naziemnej”, czyli wydawanie pakietów, ogarnianie startu i mety. Wybór dla nas jest oczywisty - idziemy w Tatry. Przez to, że bieg idzie granią Tatr od Doliny Chochołowskiej przez Kasprowy Wierch, dolinę Roztoki, aż po Kuźnice, cała obstawa podzielona była na kilka odcinków, do każdego z odcinków przypisany był kierownik, czyli ratownik TOPR-u. Postanawiamy wybrać taki fragment, który jest dla nas najciekawszy i jak najwyżej położony. Zgłaszamy się do etapu: Schronisko Murowaniec - Dolina Pańszczycy - Przełęcz Krzyżne - Dolina Pięciu Stawów - Wodogrzmoty Mickiewicza. Nasza grupa szybko się formuje i finalnie liczy dwanaście osób. Kierownikiem odcinka jest TOPR-owiec, Michał. Wewnątrz naszej grupy dzielimy się wstępnie na miejsca które będziemy obstawiać, dopisujemy się z Kubą do Przełęczy pod Krzyżnem. Michał przedstawia nam plan na kolejny dzień. Rano wyruszymy na rekonesans naszego odcinka, tak aby zapoznać się z miejscami, w których będziemy stacjonować. Ustawiamy się na spotkanie o szóstej rano. Wyjście jest wcześniej, więc pakujemy się jeszcze tego samego wieczoru, tak żeby rano wstać później, ubrać się, zjeść coś i wyjść. Noc jest chłodna.

Wstajemy po piątej, plecaki i wszystkie inne bagaże leżały w przedsionku namiotu, bo nie mieściły się do środka, na szczęście folia termiczna w którą były zawinięte zdała egzamin i wszystko jest suche. Folia to jeden z tych elementów, który dla mnie jest niezbędny podczas wszelkich wycieczek. Zajmuje mało miejsca, a można ją w razie czego wykorzystać na tysiąc sposobów. W miejscu zbiórki czekąją już prawie wszyscy. Jedziemy jednym busem z drugą ekipą, obstawiającą odcinek od Wodogrzmotów do Kuźnic. Docieramy na parking w Palenicy Białczańskie, pomimo wczesnej godziny jest już prawie pełny. Pogoda dopisuje - zapowiada się słoneczny dzień. Wspólnie we dwie druży idziemy aż do Wodogrzmotów Mickiewicza. Tutaj nasze drogi się rozchodzą. Nasza grupa uderza na szlak w kierunku Doliny Pięciu Stawów. Poza wycieczką górską, dostajemy bezpłatnego przewodnika. Nasz kierownik często wyjaśnia co widzimy wokół siebie, gdzie jest jaki szczyt, a gdzie która dolina. Zdradza plany na ciekawe trekkingi w różnych częściach Tatr oraz czego i gdzie możemy się spodziewać. Dochodzimy do tak zwanej “Piątki” czyli schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Przy okazji odpoczynku, trafiamy na trening TOPR-owców, w ów Dolinie, z użyciem Sokoła - helikoptera TOPR-u. W Piątce podczas biegu zostaną trzy osoby, żeby kierować biegaczy na dalszą trasę i pogodzić jakoś ruch turystyczny z BUGT-em. Podczas trwania wydarzenia szlaki nie są zamykane, więc turyści mogą się swobodnie poruszać. Nasza grupa składa się głównie z biegaczy górskich, przez co wiele naszych  jest właśnie o trailu. Nawet dla mnie w pewnym momencie staje się to męczące, więc o bieganiu nie mówię już nic do końca wyjazdu. Następnie dochodzimy do naszego punktu. Żleb pod Krzyżnem to miejsce, które jutro będziemy zabezpieczać. Głównie z dwóch powodów - to dość stromy i niebezpieczny zbieg, gdzie łatwo o kontuzję, trudne miejsce szczególnie po czterdziestu kilometrach biegu, drugi powód to niebezpieczeństwo wbiegnięcia w żleb, ponieważ szlak w tym miejscu odbija lekko w prawo. Jutro tutaj zostaniemy, a dzisiaj idziemy dalej. Docieram na Przełęcz Krzyżne, robimy krótką przerwę i pamiątkowe zdjęcie. W tym miejscu zostanie kierownik Michał wraz z dwoma osobami - Zbyszkiem, podróżnikiem i Piotrkiem, doświadczonym biegaczem górskim. Zaczynamy schodzić w kierunku Doliny Pańszczycy. Wymagające zejście, a jeszcze cięższe wejście, z którym będą musieli zmierzyć się zawodnicy. Dolina Pańszczycy to chyba jedno z najładniejszych miejsc w Tatrach. Szeroka spokojna dolina zatopiona w Tatrach Wysokich. Nie ma tu wielu turystów. Żwawo kierujemy się dalej w kierunku Murowańca. Ostatnim punktem są Kuźnice. Jeszcze na chwilę siadamy w jednym z restauracyjnych ogródków, dogadujemy szczegóły jutrzejszego wyjścia. Znów się dzielimy. Pierwsza grupa do Krzyżnego, wychodzi rano z Palenicy Białczańskiej, druga grupa, która idzie do schroniska wyjeżdża później, trzecia wyruszy z Kuźnic w kierunku Murowańca. Start biegu wyznaczony jest na czwartą rano, więc musimy wyruszyć około piątej rano. Ustalamy, że rano z kempingu, autem zabierze mnie, Kubę i Zbyszka kierownik Michał. Razem ruszymy w stronę Krzyżnego.

Czasem mam wrażenie, że  - jak długo by nie spać -  pobudka o czwartej rano zawsze jest wyzwaniem. Wielki dzień, czas biegu. Jakoś udaje nam się zebrać z namiotu. Ruszamy pod bramę kempingu, gdzie czeka już Zbyszek. Lada chwila powinien pojawić się Michał. Podjeżdża po nas wraz z jeszcze jednym ratownikiem TOPR-u. Dojeżdżamy pod parking na Łysej Polanie. Samochodem docieramy bezpośrednio pod Wodogrzmoty Mickiewicza. Spokojnie ruszamy w kierunku schroniska. To wyjście jest jak spełnienie naszych młodzieżowych marzeń - zawsze postrzegaliśmy TOPR-owców jako elitarną grupę ludzi, autorytety. A teraz po prostu idziemy z nimi jak równy z równym, rozmawiamy, śmiejemy się, opowiadamy żarty i to jest świetne. Co jakiś czas oznaczamy trasę flagami. W Piątce robimy krótką przerwę na kawę i przekąskę, czas nagli. Ruszamy dalej. Dostajemy się na nasze miejsce - Żleb pod Krzyżnem. Otrzymujemy krótkie wskazówki, instrukcje i krótkofalówkę od Michała. Oni ruszają w dalej w górę, my rozkładamy się powoli na miejscu.

Pogoda jest dobra, świeci słońce, momentami przysłaniają go chmury. Jesteśmy gotowi, pozostało czekać na zawodników. Oboje wiemy, z czym je się bieganie ultramartonu, przez co wiemy co czują startujący w BUGT-cie zawodnicy i jak ważny jest doping ludzi. Tym razem stoimy po drugiej stronie lustra. Z cierpliwością czekamy na pierwszą szybko poruszającą się osobę z Przełęczy Krzyżne w naszą stronę. W pewnym momencie zauważamy pierwszego zawodnika, zgrabnie przemieszcza się w naszą stronę, ze szczytu. Kiedy zbliżył się do nas na kilkanaście metrów spostrzegliśmy, że to Kamil Leśniak z zespołu Salco Garmin Team. Wyglądał na lekko zmęczonego, ale dawał radę. Miał kilka minut przewagi nad drugim zawodnikiem Robertem Faronem (kolegi z tego samego teamu), który przebiegając obok nas zupełnie nie wyglądał na zmęczonego. Z czołówki mija nas jeszcze między innymi Wojciech Probst i Piotr Biernawski. Jako pierwsza kobieta przybiega świetna Katarzyna Solińska z bardzo dobrym czasem w Murowańcu 6h 10min . Wraz z mijającym czasem przez punkt przetacza się coraz więcej uczestników. Dopingujemy ich, informujemy ile kilometrów zostało do poszczególnych punktów, pokazujemy skąd mogą zaczerpnąć wody, a w razie potrzeby zakładamy plastry i zamrażamy bolące mięśnie. Ponieważ nie jesteśmy punktem odświeżania, nie możemy podawać zawodnikom żadnego jedzenia czy picia, jedynie w wyjątkowych sytuacjach. W pewnym momencie dostajemy komunikat przez krótkofalówkę, że jeden z zawodników nie został odnotowany na kolejnym punkcie kontrolnym, a ponadto miał objawy odwodnienia. Postanawiamy, że Kuba pójdzie spróbować znaleźć go na szlaku w kierunku Krzyżnego, a ja zostanę na punkcie. Po jakiś czterdziestu minutach wrócił. Okazało się, że znalazł go całkiem przypadkiem, nie miał na sobie przyczepionego numeru startowego, rozpoznał go po przyczepionym do kostki chipie rejestrującym czasy na punktach kontrolnych. Zawodnik faktycznie poczuł się gorzej i postanowił wycofać z biegu - schował numer do plecaka, pomimo tego, że każdy z startujących został poinformowany o tym, że jeśli chce się wycofać, musi przekazać numer i chip do obsługi na najbliższym punkcie. Ponadto organizatorzy nie bez powodu zawierają w regulaminie punkt o tym, że numer startowy musi być umieszczony w widocznym miejscu. Dużo osób nie przykłada do tego wagi, a to istotna sprawa - szczególnie w przypadku biegów górskich.
Dwa razy przylatuje Sokół i zabiera zawodników, którzy ulegli kontuzji w drodze do schroniska. Po kilku godzinach, wkręcony w doping, stojąc na pokaźnym kamieniu, wołam z góry do zbliżających się zawodników “Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu biegniecie, albowiem dalej jest tylko płacz i zgrzytanie zębów”. Nie wiem czy było to odpowiednie, biorąc pod uwagę ich zmęczenie, ale niektórzy uśmiechali się - uznaję to za sukces. 

Robi się coraz później. Limit czasu do Wodogrzmotów Mickiewicza to czternaście godzin od startu, czyli 18:00. Nasz punkt od limitu dzieli około 8 km. Osoby docierające do nas po godzinie 16:30 mają małą szansę na zmieszczenie się w czasie. Przed 17 dobiega do nas jeden z ostatnich zawodników biegu. Mocno zmęczona, ale zdeterminowana dziewczyna. Kiedy zaczynamy z nią rozmawiać, czuć zwątpienie w jej głosie, wie że szanse na dotarcie do Wodogrzmotów w limicie są małe. Strasznie nam jej szkoda, staramy pomóc jej się na tyle na ile możemy, motywujemy i odsyłamy w kierunku kolejnego punktu. Sprawdzamy później jej wynik. Zabrakło kilku minut.

Mija godzina 17, zaczynamy się powoli zbierać. Czekamy na zamykających trasę. Zamykający to trójka biegaczy, którzy wystartowali ze schroniska Murowaniec w kierunku Wodogrzmotów Mickiewicza. Ich zadaniem jest sprawdzenie tego, czy nikt nie został na trasie oraz zebranie flag oznaczających trasę. W końcu zauważamy, trzy postacie zbiegające w naszym kierunku z przyczepionymi do pleców zestawem metrowej długości chorągiewek. Filmowe ujęcie. Witamy się, zbijamy piątki i rozmawiamy chwilę. Jeden z chłopaków wziął ze sobą trzykilogramowego arbuza i tak biegł z nim od Murowańca. Ruszają dalej, a chwilę po nich dochodzi do nas reszta ekipy z Krzyżnego. Razem zaczynamy schodzić w stronę Piątki. Po drodze spotkamy, jeszcze raz zamykających, którzy zatrzymali się na przerwę, żeby zjeść tego arbuza. Częstują nas i tak oto ośmiu chłopa zajada się świeżym owocem, patrząc na górską panoramę pośrodku Tatr.

Docieramy do schroniska. robimy krótką przerwę. Okazuje się, że w tym czasie miał miejsce wypadek w jaskini Śnieżnej. Dlatego TOPR-owcy z którymi szliśmy muszą zostać w schronisku i prawdopodobnie udać się na akcję, albo poznać jej szczegóły. Żegnamy się z nimi, zbieramy resztę grupy która obstawiała okolice schroniska i ruszamy w kierunku Palenicy Białczańskiej. Kiedy dochodzimy do asfaltu, pierwszą czynnością jaką robię jest zdjęcie butów i przejście dalszej drogi w skarpetkach. Po raz kolejny moje górskie buty biegowe obtarły mi palce i prawie pozbawiły paznokci. 

Busem, który zabiera nas z Palenicy do Kuźnic, docieramy na linię mety. Jest już późno. Do końca limitu (17h 30min) pozostało niewiele czasu, tak jak zawodników na trasie. Jemy obiad, a w między czasie na metę dociera ostatni zawodnik mieszcząc się w trasie z zapasem sześciu minut. BUGT w tym roku wygrywa Robert Faron (Salco Garmin Team) z rekordowym wynikiem 9 h 09 min 20 sekund. Na drugim miejscu plasuje się Kamil Leśniak, a podium zamyka Wojciech Probst. Najlepszą kobietą z czasem 10h 32 min zostaje Katarzyna Solińska (Hoka One One Team Poland) , za nią Mirosława Witkowska, na trzecim miejscu Kinga Kwiatkowska.

Zmęczeni, ale szczęśliwi po całym dniu wracamy na kemping. Odsypiamy ostatnie dwa dni. Wypoczęci w niedzielę robimy, szybkie wyjście do centrum Zakopanego. Po powrocie zaczynamy  zbierać się do wyjazdu, zwijamy namiot, pakujemy plecaki i żegnamy się z kempingiem. Do Krakowa decydujemy wracać się pociągiem. Jedzie ponad trzy godziny, ale wybieramy go ze względu na koniec długiego weekendu, czyli korki na zakopiance i przepełnione autobusy. Sama podróż jest urokliwa, pociąg przemierza kręte tory, piękne tereny, za oknem górski krajobraz. Droga mija szybko. Idealne zakończenie całej niecodziennej przygody. Czas wrócić do zwykłego świata. Na cztery dni - jak Alicja w Krainie Czarów - wpadliśmy do króliczej nory, do naszego świata odciętego od wszystkiego. 

Co tam znaleźliśmy i czego jeszcze szukamy w tym wszystkim? Jeśli umarłbym jutro. to czy mógłbym powiedzieć, że żyłem życiem. Inaczej i prawdziwie. Znalazłem swoje limity i spróbowałem je przełamać, przeżyłem swoją przygodę. Wszystko rozchodzi się o to, żeby powiedzieć sobie: “ zrobiłem to, widziałem, doświadczyłem i poznałem, to czego większość nigdy nie zrobiła”. Weźcie to za frazes, ale dobrze byłoby sobie powiedzieć kiedyś: “To było dobre życie”.