zjedli nam gofry | kwartalnik

Plamy na klonie

Optyka
Historię Toby’ego Obeda i innych bohaterów niezwykłej książki Joanny Gierak-Onoszko zabieram ze sobą na długie spacery po krakowskich ulicach. Słucham jej w tramwaju, w kolejce do sklepu, przemierzając ruchliwe drogi i zapomniane ścieżki, przyglądając się ludziom na chodniku. Kraków jest w tym czasie wyjątkowo piękny – pierwsze cieplejsze dni po długiej zimie zazieleniają parki i ukwiecają trawniki. Dzieci, młode pary i ich skoczne czworonogi przechadzają się powoli i cieszą ciepłem, którego przecież nam wszystkim tak bardzo brakowało.

Nie może chyba istnieć większy kontrast między tym, co widzę w tym kwitnącym, oddychającym z jakąś ulgą mieście a tym, co słyszę w słuchawkach. Ta różnica jeszcze wyraźniej uwypukla dla mnie wiedzę i uczucia, które niesie w sobie ta opowieść. Mam poczucie jakiegoś odwrotnego eskapizmu – uciekania z dobrego, słonecznego, roześmianego Krakowa prosto do zimnej, okrutnej, nieco dla mnie nierealnej, kanadyjskiej historii. Ale z jakiegoś powodu nie ma istnieje dla mnie absolutnie żadna szansa, żeby się od tej opowieści oderwać. Może to poczucie, że takie przeżycia nie mogą nigdy zostać zapomniane, a może to doskonała, delikatna, uczciwa i czuła narracja autorki nie pozwala mi myśleć o niczym innym.

27 śmierci Toby’ego Obeda to opowieść o Kanadzie i jej traumie – o szkołach z internatem, w których Kanadyjczycy wyrządzali dzieciom rdzennego pochodzenia krzywdę. Jest to krzywda, z której ogromem niesamowicie trudno mi sobie poradzić. Wszystkie opowieści o wojnach, pogromach czy katastrofach wydawały się mieć chociaż iluzoryczny cień uzasadnienia, który pomagał mi lepiej zrozumieć obie strony konfliktu. Tutaj nic takiego się nie wydarzyło, nic mnie nie uratowało i nie pomogło mi odnaleźć się w sytuacji – był tylko ogrom cierpienia, którego powodu nie dało się zrozumieć.

Dla mnie to też opowieść o moim własnym dystansowaniu się od kościoła, który brał w tym duży udział. O krzywdzie, o której łatwo zapomnieć, gdy zachwyca się obrazem Kanady dojrzałej, dzielnej, sprawiedliwej. Ale jest to też historia o wybaczaniu, o tym, że krzywdzi ten, kto sam został skrzywdzony. Joanna Gierak-Onoszko zabiera mnie w trudną podróż, w której odkrywam nie tylko potworną historię losów rdzennych mieszkańców Kanady, ale również prawdę o sobie samej i pewną pokorę, z którą muszę patrzeć na swoją własną historię. Uczy mnie tego przede wszystkim postawa, jaką rozmówcy i rozmówczynie mają wobec autorki. Między wierszami wybrzmiewa wyraźnie, że zdobycie materiałów do tej książki nie było łatwą sprawą. Bycie Polką okazało się być dla Joanny czasem znaczną pomocą (w jakiś niezwykły dla mnie sposób, mieszkańcy i mieszkanki krajów, które zostały kiedyś znacznie skrzywdzone potrafią się ze sobą porozumieć na zupełnie innym poziomie), czasem jednak – dużą przeszkodą w prowadzeniu tych rozmów. Nie da się odwrócić głowy od tego, że to właśnie nasi przodkowie, którzy zamieszkiwali europejskie ziemie, byli tymi, którzy wyrządzali krzywdę – również bohaterom i bohaterkom tej książki. Co prawda zawsze zdawałam sobie sprawę z tego, w jak uprzywilejowanej części świata żyję – jak wiele zawdzięczam swojemu europejskiemu paszportowi, swojej bladej cerze i wszystkich przywilejach, które z nich płyną. Jednak nigdy wcześniej nie zobaczyłam tak wyraźnie tej drugiej strony swojej historii – nie widziałam nigdy tak wyraźnie tych, których to my podbijaliśmy, niszcząc ich kulturę, gospodarkę i perspektywy na lepsze jutro. System edukacji uczył mnie zawsze, że to właśnie my byliśmy tymi krzywdzonymi – czułam się potomkinią tych, którzy musieli się bronić, którzy cierpieli w imię własnej wolności, których chciano podbić i zdominować. Przeszłość nie może być oczywiście tak czarno-biała i tak bardzo świadczyć na naszą korzyść. Ale dopiero ta historia, dopiero to, jak inni zwracali się do tej polskiej dziennikarki, pozwoliło mi zrozumieć, jak wiele lekcji mam jeszcze do odrobienia.

Nie myślałam nigdy o Kanadzie zbyt wiele. Była gdzieś w mojej świadomości, mroźna i daleka, romantyzowana i dostojna. Nie poświęcałam jej zbyt wiele uwagi – jednak dzięki tej opowieści zyskała dla mnie wiele twarzy. Nie tylko tę okrutną, która wyrządziła tak wiele krzywdy rdzennym mieszkańcom, ale również tę odważną – gotową, by mierzyć się ze swoją przeszłością. Nawet wtedy, gdy jest ona niesamowicie trudna.

Gdy zatrzymuje tego audiobooka dużo myślę. O Kanadzie, o rdzennych dzieciach, o krzywdzie, o kościele, który przyłożył się do tego i mimo wszystko pozostaje tak boleśnie bezkarny. O każdym i każdej z bohaterów i bohaterek tej książki, o ich bólu, o traumie, która przechodzi z pokolenia na pokolenie. Ale myślę też o tym rozbiciu – o słonecznym, pięknym Krakowie i bolesnych opowieściach w moich uszach. O tym rozdwojeniu, które przecież nie towarzyszy mi tylko dzisiaj, tylko przy czytaniu tej książki, ale które jest przy mnie prawie zawsze. Zawsze, gdy czytam wieści z ukraińskiego frontu, a moja kotka wygrzewa się na moich kolanach. Zawsze, gdy przeglądam wiadomości ze świata, w którym zawsze dzieje się coś złego, żeby chwilę później pójść na kolację z przyjaciółmi. Zawsze, gdy wyłączam podcast o kolejnej wojnie, żeby przytulić przyjaciółkę na powitanie. Myślę o tym dużo, bo może to właśnie znaczy dla mnie to całe bycie człowiekiem. Bycie w rozerwaniu, wiecznie w jakimś pomiędzy, wiecznie za blisko i za daleko beztroski i wystarczającego przejęcia. Nie znam recepty na to, jak sobie z tym poradzić – wiem jednak, że pewnie już zawsze będę próbować.