Please ensure Javascript is enabled for purposes of website accessibility
kraina czasu minionego | półrocznik

(Zgaduję, że) w miłości teraźniejszość nie może dorównywać przeszłości

Zmyślony raport, który właśnie pojawił się w mojej głowie, opublikowany przez amerykańskich naukowców, stacjonujących na południe od Nigdzie, mówi, że aż 99% osób, które posiadają przeszłość, uwznioślają ją. To, co minęło, wydaje się lepsze, bardziej wartościowe, ma szczyptę ulotności, ponieważ możemy wrócić do wspaniałych chwil bez myśli, że trzeba zmierzyć się z ich cieniami. A co dopiero, kiedy wracamy myślami do lat dzieciństwa...

Ach, nostalgia. Złudna przyjaciółka każdego, kto kiedykolwiek czegokolwiek żałował i myślał sobie: „a co by było, gdyby…?". Każe nam widzieć przeszłość w tęsknocie i przemożnej, męczącej myśli, że gdyby tylko się udało powrócić do czasów, kiedy byliśmy po raz pierwszy tak szalenie zakochani. Miałem wtedy, ja wiem? Czternaście, może piętnaście lat, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Miała najpiękniejsze oczy i mówiła do mnie „misiu". Powietrze pachniało jej mgiełką do twarzy i latem, a ja robiłem nam zdjęcia, żeby później ustawiać je na tapecie w telefonie i obwieszczać wszystkim, którzy pytali: kto to? — że to tylko moja najlepsza przyjaciółka. Przecież każdy ma przyjaciółkę na tapecie. To emoji serduszka na jej policzku, przyklejone w jakiejś szemranej aplikacji? Przez przypadek. Jestem jakiś poddenerwowany tym spotkaniem z S? Pff... Nie, ależ skąd! I wcale, ale to wcale nie użyłem perfum. Bo to przecież nie jest randka, prawda? I ten szybki pocałunek przy fontannie we Wrocławiu. Dokładnie tak, jakby wcale się nie wydarzył, ale jednak rozpalił moje serce piętnastolatka, jak tylko może zostać rozpalone serce piętnastolatka.

Wam też wydawało się, że moglibyście dla tej pierwszej miłości zrobić wszystko? Że gdyby ta osoba poprosiła o księżyc, to zadzwonilibyście do Baracka Obamy wraz ze swoim kulejącym angielskim? Teraz pewnie dzwonilibyśmy do Elona Muska, ale przecież już nigdy nie będziemy czuć tego wypełniającego nas uczucia euforii. Jesteśmy za starzy. Mamy (ponad) dwadzieścia lat. Jesteśmy porządnymi ludźmi. Przed nami wielka przyszłość, piękna miłość, ale... Już nie taka, prawda? Rodzice zawsze mówili, że kiedyś to było. I choćbyśmy znaleźli drugą Barbarę Palvin albo, nie wiem, kolejnego Timothee Chalameta i jakimś cudem faktycznie by się nami zainteresowali, to i tak nie będzie to samo. Bo przeszłość jest niczym świeżo ścięty kwiat tulipana, którego płatki gładzą nasze policzki najmiększym dotykiem słodkości znanej tylko temu, co już nie wróci.

„Dlaczego teraźniejszość taka nie jest?” zapytałby pięciolatek. No bo, przecież nie my. My mamy już dwadzieścia lat i nie będziemy się zajmować rzeczami trywialnymi. Nie ma na to czasu. Teraźniejszość jest przecież zabieganą walką o łyk alkoholu w piątkowy wieczór, łamanym na czerstwe ciastko z pobliskiej piekarni. Ciągle tylko trzeba coś łatać, bo problemy są niczym dziury w najlepszej koszulce (powiedzmy, że nie żyjemy w kapitalizmie, gdzie łatwiej jest kupić nowy T-shirt niż łatać poprzedni, żeby ta metafora faktycznie miała sens, bo serio mi na niej zależy — brzmi ładnie). A to kran się popsuł, a to spotify zabrał nam resztkę wypłaty, którą mieliśmy wydać na bułki i, chwila moment, chyba zgubiłem telefon. A nie, jest, boże... Przecież to na nim piszę ten tekst.

Kiedyś tak nie było. Kiedyś było powolne, leniwe, a czas płynął niespiesznie jak czekolada, którą oblewany jest wafelek na reklamach w telewizji. Teraz wszędzie się spieszymy. I randki też są szybkie. Zamiast motyli w brzuchu czujemy zażenowanie. Patrzymy w twarz naszej potencjalnej miłości i zastanawiamy się, czy jej humor był czarny czy może jednak intencjonalnie rasistowski. Ale powiedzmy, że już się z kimś spotykamy na stałe. Bo, o dziwo, ludzie serio są w związkach. I związki po dwudziestce też są inne. Nagle problemem przestaje być to, jak mamy się spotkać ze sobą na długiej przerwie, skoro trzeba przejść schodami aż trzy piętra. Problemem jest u kogo spędzić który dzień świąt? Czy na pewno nie jest za wcześnie, żeby przedstawić tę osobę rodzicom? A może, jeżeli już usiądzie z nami przy stole wśród rodziny, to zakleimy im usta? Tak w razie czego, bo nigdy nie wiadomo, kiedy znów wpadnie na ten prześmieszny rasistowski żart, a wujek podłapie i zacznie się polityczna wojna przy naszym drogim przyjacielu karpiu, który jeszcze nie tak dawno widział, jak nakładaliśmy antyperspirant pod pachy.

Wszystkie problemy są nagle takie dorosłe. Kiedyś najtrudniejszy do przełknięcia był fakt, że Krzysiek z trzeciej ce codziennie przynosił naszej dziewczynie jej ulubionego, cytrynowego lizaka. I zazdrość wybuchała na nuklearną skalę rażenia, która opanowywana zostawała dopiero wtedy, kiedy dumnie przeszło się przez korytarz za rękę — koniecznie tuż przed nosem tego typa. Szlabany na wychodzenie z domu traktowane były jak rozdzielenie największych kochanków, przeżywane niczym śmierć Romea i Julii (jeżeli uprzemy się, żeby czytać tę sztukę po staremu, a nie tak jak ostatnio staje się to modne, jako satyrę). Ten szczyt dramaturgii był równie silny co uniesienia związane z pierwszymi nieśmiałymi pocałunkami i przedłużonymi o kilka sekund spojrzeniami, wymienianymi spod rzęs. I wszystko to jest w naszych wspomnieniach najwspanialsze, najmilsze i... mięciutkie. Jak miś, którego dostaliśmy na walentynki.

Teraźniejszość nie może dorównywać przeszłości, bo wraz z pamięcią istnieje zapominanie. Może wylecieć z głowy, że teraz nie można zapomnieć o tej przeciekającej rurze pod zlewem, ale już za rok, kiedy problem będzie rozwiązany — wspomnienie o nim nie będzie tak żywe. A za pięć lat? Ulegnie całkowitej destrukcji dzięki magii czasu, przemijania, zwyczajnego zapominania. I tak jak nie pamiętamy już stresu związanego z tym, że dziadek przestał nas trzymać podczas jazdy na rowerze, bo przecież musiał nas jakoś nauczyć jeździć, tak zapominamy o cieniach pierwszej miłości. I, powiedzmy sobie szczerze, jest to wspaniałe, że było nam dane zapomnieć. Co za ulga, że nie pamiętamy. Że możemy sięgać pamięcią do pięknych chwil bez tego dziwnego uczucia w brzuchu. Bo przecież istnieje powód, dla którego z tą naszą pierwszą miłością już nie jesteśmy*.

* Nie dotyczy szczęściarzy, którzy faktycznie znaleźli swoją miłość na wczesnym etapie życia i będą z tą swoją pierwszą ulubioną osobą do końca życia. Wiecie co? Oddalcie się krokiem najszybszym.

grafika: Martyna Nędzyńska