dwie jaskółki | kwartalnik

W ustach błoto, kurze pióro, pestka i filc – „storytelling” Antoniny Tosiek

Optyka
„– Dobrze byłoby zrobić jaki chodnik, żeby nie topić się w błocie idąc na gumno albo do stajni.
– Zawracanie głowy!
– Dlaczego?
– A bo błoto jest błoto! Zrobię chodnik, to za trzy dni rozwalą. A błota nie rozwalisz. Błoto jest błoto!”

Wspomnienia polskie, Witold Gombrowicz


Opowieści to rogate


ani tamta ani ta to nie są sentymentalne historie
to są proste opowieści
[ „herby, herbeńki” ]

To jest taki mikro-rytuał. Ona coś tam zaczyna, a za chwilę: Ale ja ci już to mówiłam. Ty już nie chcesz tego słuchać. Między tym cisza, bo niegrzecznie przytaknąć, sztucznie zaprzeczyć. A potem opowiada i tak. Jeszcze raz. I jeszcze. Za jakiś czas znów. Opowieści muszą być opowiadane i odbierane – to ich warunek przetrwania. Historie to biegnące przed wyżłem rogate – chcą umknąć śmierci, będą zostawiać po sobie ślady na korze jabłoni, na gałęziach porzeczek najdłużej jak się da. Toczą się więc z instynktowną systematycznością z ust reprezentantek_ów starszych pokoleń wychowanych, a czasem spędzających całe swoje życie w jednej wsi. My słuchamy. To nie jest wiele, naprawdę. Nikt nie każe nam potem: teraz podajesz to dalej. Jak nie, to… Nie, nie musimy. Wystarczy, że na jakiś czas rezerwujemy uszy na wyłączność temu, co będzie płynąć z pamięci naszych bliskich czy dalszych rozmówców. Tyle, a więcej to tylko, jeśli chcemy. Chciała na przykład Antonina Tosiek, więc zrobiła „storytelling”.

Debiut błotny


brud wżera się w skórę brata z człowiekiem
szorowałbyś mydlinami nacierał tłustym palce
a zmordowane stopy w misce wymaczał
nie domyjesz bo ziemia jest z ciałami scalona
[ „statystykę to sobie wiecie gdzie wsadźcie” ]

Antonina Tosiek jest poetką/opowiadaczką, krytyczką literacką i teatralną, a także doktorantką w zakładzie antropologii literatury UAM w Poznaniu. Badawczo zajmuje się XX-wieczną diarystyką ludową ze szczególnym zainteresowaniem latami 90., czyli tym, jak polska wieś reagowała na przemiany ustrojowe po 1989 roku. Odzwierciedlenie tych naukowych fascynacji Tosiek możemy znaleźć w jej debiutanckiej książce poetyckiej – „storytelling”, która ukazała się w 2021 roku nakładem Biura Literackiego. Tytułem autorka nawiązuje do marketingowego wymiaru opowiadania historii. Sygnalizuje świadomość istnienia pewnych metod, strategii sprzedawania słowa. Co podkreśla w wywiadach, swoim projektem nie zamierzała przejąć cudzej – w tym wypadku wiejskiej – narracji (jako mieszczanka, która wiele doświadczeń zapośrednicza np. od swojej mamy, babci), ale raczej próbowała zrelacjonować coś z pozycji „podglądaczki”. Zależało jej, by nie popaść w konfesyjny wymiar, gdzie jej doświadczenia wsi wyszłyby na pierwszy plan, ale na zachowaniu wyraźnych konturów postaci z rzeczywistego świata, które stały się punktem wyjścia dla konkretnych utworów. Chciała dać głos rodowitym, wskazać możliwość pokazania wsi inaczej, uczciwiej niż działo się to do tej pory choćby na płaszczyźnie popkulturowej.

Dlaczego nazywam książkę Antoniny Tosiek debiutem błotnym? Autorka sama w pewien sposób eksponuje temat błota, przywołując cytat z „Kollokacji” Józefa Korzeniowskiego jako jeden z dwóch mott otwierających. Rozumiemy, że coś, co znajdziemy w środku „storytellingu” będzie miało za patronat te słowa z początku, że coś się od tych słów o Polsce i błocie będzie rozszczepiać i iść dalej, a także do tych słów, być może, ostatecznie wracać. Tak właśnie odbieram debiut Tosiek: jako wariacje na temat tego, w jaki sposób mówienie o wsi pozostawia po sobie smugi ciężkiej, mazistej, brunatnej materii. Osadza się na ubraniach, wciska półksiężycowo pod paznokcie, brudzi końcówki włosów, czasem zaszeleści w zębach, spadnie do gardła. Smak błota, to smak niezamierzony, niechciany, ale znany, bo błoto wędruje do wiejskich ust, wciska się doświadczeniem ziemi.

Włosy są glebą, na brwi siedzi ptak


bo tutaj mówić to jakby kołysać
[ „pestki, pesteczki” ]

Zabierając się za „storytelling” warto zatrzymać się na moment już przy samym projekcie okładki autorstwa Joanny Łańcuckiej. Głowa postaci o długich, ciemnych włosach i szeroko otwartych, niemal wytrzeszczonych (rozgrzewających się do misji podglądactwa?) oczach przypomina samą Tosiek. Człowiek z okładki zostaje poddany transformacji w ziemię, w żywą glebę, którą zaczynają nawiedzać elementy kojarzące się stereotypowo ze światem wiejskim. Z upodwórkowionego ciała wyrastają: przytłaczające swoją nagą, ostrą sylwetką drzewo, zabudowa gospodarska, pasące się stworzenia, pies, ptak. Moim zdaniem ilustracja jest bardzo udanym przedłużeniem, unaocznieniem strategii, na jaką decyduje się w tym tomie poetka – wskazuje, że ciało opowiadaczki ma służyć opowiadanej_mu, a nie na odwrót.

Na formy wierszy zwraca uwagę m.in. Michał Mytnik podczas lutowego spotkania z Antoniną Tosiek w ramach Międzywersowego Alertu Poetyckiego – cyklu organizowanego przez Krakowską Szkołę Poezji im. Aleksandra Fredry. Proponuje podział utworów Tosiek na te bardziej opowiadające – storytellingowe i te bardziej śpiewające – storysongowe. Z takim podejściem zgodziła się sama autorka, która wspomina, że na początku prac miała w głowie wizję na tę książkę jako zbioru-śpiewnika, co wiązałoby się z istotną rolą śpiewu w wiejskich rytuałach. Ostatecznie zwątpiła w skuteczność pieśniowej dominanty w swoich wierszach, ale coś z tego na pewno zostało. Wiele z utworów w „storytellingu” niesie w sobie mamrotanie pieśni, nucenie, melodię. Pomocne w odebraniu wierszy jako „opowieścimówienia”/„opowieściśpiewania” jest świadome pozbawienie ich kropek, przecinków, wykrzykników. Brak interpunkcji, oprócz postawionych w kilku miejscach pytajników, i stosowanie wyłącznie małych liter ma wyzwalać w odbiorcy naturalny, nie narzucony odgórnie rytm. Tosiek założyła, że dzięki takiemu rozwiązaniu lepiej zachowa się płynność opowieści.

Rytuał is dead?


wolałabym bez tych falban ja tu tylko
przyszłam pośpiewać bo bardzo lubię

ale ona: nie nie pani musi tutaj cała od
stóp do głów w żywej jarzębinie

[ „folk vanitas” ]

Tosiek uważa, że nie da się uchronić kultury ludowej przed wymarciem, bo tej kultury już nie ma. Wszystkie obecne działania na rzecz takiej ochrony są spóźnione, są jedynie pewną imitacją, stylizacją na coś, czego już wieś (ani nikt z zewnątrz wsi) nie wskrzesi. Nie do końca potrafię się z tą diagnozą pogodzić. Owszem, uznaję to, że wiele rytuałów odeszło, a rekonstrukcja ich już prawdopodobnie zawsze będzie miała wymiar pewnej sztuczności. Wyczerpał się może sam termin „kultura ludowa”, więc dobrze, można go zostawić historii. Ale coś się jednak na wsiach wciąż dzieje: o wiele inaczej, z domieszką wpływów miejskich, ale dzieje. Jest potrzeba nowej nazwy na zespół zjawisk, praktyk współczesnej wiejskości. Wiele rzeczy, które pamiętam z dzieciństwa i czasów nastoletnich i wiele z tych, z którymi mam do czynienia do dzisiaj uważam za przejaw kultury „neowiejskiej”. W adidasach, ale pilnujemy, żeby nogi dobrze postawić, bo nie wolno witać się przez próg. Palimy sobótki, a do trzasku ognia dołącza dźwięk zdjęcia robionego smartfonem (fotografię prześle się później rodzinie za granicą, żeby pokazać: oto my – cerberzy tradycji). Jak nazwać rytualny odgłos strzelania petardami podczas kościelnych odpustów, który niesie się po wsi przez kolejne dwa, trzy dni? Kupowanie tam cukrowych tabliczek imbirowych, misiów z kremem, plastikowego rewolweru i taniej podróby tamagotchi, a potem wspólny obiad z tymi wszystkimi elementami w tle i widocznym przez okno ulatującym niewiadomo dokąd balonem z helem? Czym są wędrówki babć wymieniających kwiaty, dowieszających wstążkę czy różaniec w przydrożnych kapliczkach? W ramach czego umieścić wspomnienie weselnych bram na środku wiejskiej drogi? Pod co podpiąć mechanizm gadania między „swoimi” za pomocą określonego repertuaru słów, który przychodzi naturalnie i z równą naturalnością znika w środowisku pracy, szkoły etc.? To, o czym mówią same historie w wierszach Tosiek również wydaje mi się obrazem tego, co z pewnych dawnych praktyk zachowało się (i czasem mutuje na modłę nowych czasów). To stosunek do burzy w wierszu „obłe” – zestaw wyuczonych zachowań, które towarzyszą za każdym razem, gdy nadciągają błyskawice. To te wszystkie czynności podejmowane, wiedza wynikająca z obecności krów na gospodarstwie (widoczne m.in. w wierszu „języki”). To ten nie do przepracowania trudny temat przehandlowania ziemi rodzinnej i stosunku do obcych, którzy „przyjezdnymi” zostają w świadomości lokalnej społeczności przez bardzo długi czas. Może minąć dwadzieścia lat, ale tamci dalej będą tymi z Warszawy, tymi Krakusami. Wsie mają dziś dużo z powierzchownego zaadaptowania się na wzór innych przestrzeni. Stoi też nad nimi niebezpieczne, bo zakrzywiające faktyczny stan rzeczy, zjawisko otwarcie krytykowane przez Tosiek – wykorzystywanego folkloru przez ludzi „spoza” dla własnych celów, korzyści finansowych. Mimo wszystko nie chciałabym myśleć o kulturze ludzi wsi za coś, o czym warto mówić jedynie w kontekście przeszłości. Coś tu, według mnie, nadal jest. Pływa w słoiku z marynowaną papryką, rośnie w kredensie.

Do nogi, tiu, tiu, tiu


usypali psu zagrodę z części po ursusie
psy zmieniały się wraz z dekadami
lepiłyśmy ich podobizny w śniegu
to tyle

[ „kilkaset lat rozkładu” ]

Antonina Tosiek w przywołanej już wcześniej rozmowie w ramach Międzywersowego Alertu Poetyckiego przyznaje, że natura służy u niej bardziej za tło dla bohaterów swoich wierszy. Jeśli zwierzęta, to bardziej na użytek w kontekście czegoś innego niż temat sam w sobie. Mówi o antropocentrycznym wymiarze poezji w tym tomie. A jednak udało jej się, zamierzenie lub nie, przekonywująco opowiedzieć o zwierzętach innych niż ludzie i ich skomplikowanej sytuacji na wsi. Wiele z wierszy staje się głosem wpisującym się w dyskusję posthumanistyczną. Tosiek nie upraszcza sobie zadania, nie sięga po infantylną machinę oskarżeń i pouczeń, opisując modele zachowań ludzi wobec krów, kur, psów. Na przestrzeni jednego utworu (mam tu na myśli wiersz pod tytułem „dumka o tym jak krwawią owoce”) poetka udowadnia, że można opowiedzieć o sprawie uczciwie, że można i pojmować cierpienie zwierzęcia na łańcuchu i rozumieć ludzi, którzy na ten łańcuch skazują. Pierwszym (wcale się nie dziwię że uciekały) i dwoma ostatnimi wersami (tu psy się chowało pod krzakiem porzeczki / gdzie by im było lepiej niż w słodkim i chłodnym) w utworze Tosiek zamyka wszystko – pełnię sprzeczności tych relacji, demaskuje wielopoziomowość problemu. Wciąż niezwykle silny jest hierarchiczny stosunek wobec istot innych niż ludzie w mentalności społeczności wiejskiej. Jest on dla mnie trudny do zaakceptowania, ale, podobnie jak Tosiek, rozumiem, skąd się bierze i dlaczego wciąż działa. Często jest się świadkiem sprzecznych emocji, odruchów: z jednej strony litość nad chorującym zwierzęciem, przywiązanie do niego, pozwolenie sobie na wstępne rozpoznanie, że te stworzenia jakby czuły („to tylko niedziela”), z drugiej szybka, powracająca asekuracyjnie konkluzja – nie wolno porównywać do ludzi, nie wolno zrównać. Wszystko to Antonina Tosiek pisze językiem bez rozczulenia, językiem twardej relacji, zdania sprawy z tego, jak jest. Moim zdaniem, to właśnie czyni z jej sportretowanych mimochodem zwierząt gospodarskich, obraz, który zostaje na dłużej i na dłużej daje do myślenia.

Zostań na wsi, opuść wieś


oni nam cośmy winni ziemi tłumaczyli

że w darze krwawicę i pot

zwierzęta cegły psy na łańcuchach i żółte pola dla nas

[ „spowiedź wyjścia” ]

Chyba każdy z młodych dorastających na wsi na którymś etapie myśli: wyjadę przecież kiedyś, bo to, to jest za mało, za drobne, za znane. Ja jestem przecież z tych „coś więcej”. Tutaj być i co? I już nigdy nic, i już koniec? Jeśli zostają, to najczęściej nie dlatego, że tu najwygodniej, tu najświętsza kraina, nic lepszego nigdzie indziej, tylko zostają, bo czują dług, ciągnący się zawsze za nimi wyrzut sumienia, bo nie potrafią zerwać z tym, co wpojone. Skoro dziadkowie tak żyli, skoro rodzice tak wytrzymali, to jak to – ty akurat wyjedziesz? Zostawisz? Wiersz „spowiedź wyjścia” to wiersz-apogeum. Szczytowy moment rozliczenia z problemami tożsamościowymi ludzi ze wsi, to ujęty słowem akt zmagania się dwóch sił (tych, którzy ziemi oddali życie i tych, którzy jej tego życia oddać nie chcą). To ostateczna szarpanina o przetrwanie, podczas której nie można liczyć na ugodę. Będzie tak albo tak, ale zawsze skończy się czyimś bólem. Kwestia sprzedaży ziemi, która od pokoleń należała do danej rodziny, to temat niosący w sobie dużo ciężkości, dużo nieprzerobionych negatywnych emocji. Jest taki krótki fragment z wiersza „swoi*; chóralna”, w którym czuje się tę trudną do pokonania wrogość wobec procederu oddania (=zdradzenia) ziemi, niechęć wobec nowo przyjezdnych: domy pobudowali żółtawe niby margaryna / na polach postawili i jeżdżą oponami ziemię kaleczą. Dzieci z wiejskich rodzin często słyszą: bo myśmy nie po to harowali, kto tu zostanie, kto się nami zaopiekuje? Opuszczenie wsi nie było i nie jest łatwe. Z kolei w „lęgu” – wierszu, który uważam za jeden z najmocniejszych – Tosiek przedstawia, na co może składać się przykładowy los „pozostańców”: pierwsza święta od zostania / męczennica małych wspólnot / i pieluch dla dorosłych. Opuszczenie wsi nigdy nie było łatwe, zostanie nigdy nie było szczytem marzeń.

Wieś 2000: piszingery w plastiku


śmiali się jedli placek z kruszonką bo to była niedziela
i śmiali się po równo na zapas za wszystkie własne nieszczęścia

[ „wykopywane/zakopywane” ]

Jestem z pokolenia wsi piszingerowej: przekładanej wiejsko-swojskim (słodko znanym, ciągnącym) i miejsko-chrupkim (chrzęszczącym jeszcze niedoskonałością, łamliwym łamliwością pierwszych, zgarniętych po taniości kopii). Jestem ze zbieraczy ziemniaków do wiadra, z wiadra do przyczepy, z przyczepy do piwnicy i z udziałowców w zachwycie kanciastymi grami dorzucanymi do płatków śniadaniowych. Jestem z pokolenia, gdzie żartem najlepszym było podmienianie na słowo „wieś” przy śpiewaniu „Jestem z miasta” Elektrycznych Gitar. Całującą chleb z podłogi w wieczornym blasku ekranu telewizora ustawionego w rogu kuchni dziadków. Pijącą mleko od krowy Czarnuli przelane do plastikowej butelki po coca-coli. Palącą hubę w pogańskim ognisku przed kościołem w Wielką Sobotę, a potem wracającą do swojego pokoju i słuchającą „fireflies_owl_city” ściągniętych z mp3.teledyski. Przemawia więc do mnie opowiadactwo Tosiek. W akcie przymierza moich doświadczeń z jej doświadczeniami wysuwam swoją porzeczkową, malinową dłoń, pokazuję agrestowe zadrapania. To, co zrobiła Antonina Tosiek jest dla mnie autentyczne. Dające popalić tam, gdzie trzeba, mruczące na pocieszenie, gdy już za ciężko. Autorka udanie przeprowadza podglądactwo empatyczne. Nie szuka w tym podpatrywaniu, podsłuchiwaniu sensacji, sprzedawalnych skarbów, szuka śladów po czymś, co zatarło się jak wzór na ceratowym obrusie.

I tylko szkoda, że o „storytellingu” cicho tam, gdzie by mu najbliżej, o którym najgwarniej i najsprawiedliwiej by można… Bo, że jest taka najnowsza poezja trochę o nas/naszych, trochę do nas/naszych, to pewnie mało kto wie. A przecież to duża szkoda. Zatem: Tosiu T., życzę, żeby Cię zapraszały biblioteki wiejskie, szkoły tutejsze, domy kultury, żeby coś się rozbulgotało poetycko na peryferiach jako np. reakcja na twoje opowiadactwo, bo to by fajne chyba było.



Źródła:
Antonina Tosiek – Międzywersowy Alert Poetycki, PAON, https://www.facebook.com/paonkrk/videos/256752759969517/ (dostęp: 21.02.2022).
Antonina Tosiek promowała w Chrzanowie swoją książkę – Storytelling, MOKSiR Chrzanów, https://youtu.be/mOUaYl8fg-U (dostęp: 21.02.2022).
ST #16 – Doktorantka, badaczka i autorka książki, Students Talk, https://youtu.be/ed-d3s4ngcE (dostęp: 21.02.2022).