Kwartalnik | Korzenie

Nigdy nie będziesz szła sama

Część druga: Pułapka feminizmu


Długo zajęło mi zrozumienie, że feminizm to ruch, który mówi: masz prawo być tam, gdzie są mężczyźni, na równych prawach z nimi, ale masz również prawo być z kobietami i na ich zasadach. 

Przez większość swojego życia myślałam, że feminizm to przezwyciężanie szklanego sufitu. Kiedy usłyszałam, że zaledwie 1% osób zajmujących kierownicze stanowiska w prominentnych firmach w USA to kobiety, od razu pomyślałam, że chciałabym zostać dyrektorką jakiejś korporacji. Wydawało mi się wtedy, że feminizm to właśnie wygrywanie przez kobiety konkursów matematycznych, większa ilość kobiet na studiach inżynierskich, czy też ich większa widoczność na scenie politycznej. I tak dalej, i tak dalej. Okazało się jednak, że rzeczywistość nie jest wcale tak prosta, jak mogłoby mi się wydawać i to z kilku względów. Po pierwsze, to niekoniecznie jest właśnie to, czego kobiety chcą od życia. Długo trudno mi było spojrzeć na potrzeby innych kobiet poza moją własną percepcją kobiecości. Byłam przekonana, że każda dziewczyna, gdyby tylko mogła, porzuciłaby swoje życie rodzinne w imię robienia kariery i zostania programistką. Nie jest to prawdą, nie tylko dlatego, że kobiety niekoniecznie tego chcą, ale również dlatego, że niekoniecznie wiedzą, że mogą chcieć. Jeżeli od dziecka mówi im się, że muszą zajmować się domem, być matkami, być dobre w łóżku, że ich rolą jest dbanie o rodzinę, to naturalnym jest, że w ich głowach może nie wykiełkować żadna inna wizja życia. Najtrudniejsze jest jednak to, że samo w sobie, zajmowanie się domem nie jest przecież niczym złym i można się z w nim realizować, jak na każdej innej ścieżce życia. Zły jest jedynie sam brak możliwości wyboru, otwieranie przed kobietami tylko jednych drzwi. Jak więc z tym walczyć w czasie rzeczywistym? Wiemy już, że kluczem w tej dyskusji jest edukacja młodszych pokoleń — ale jak ratować to nasze, obecne? 

Pułapka feminizmu to coś, w co wpadłam ja, ale podejrzewam, że również wiele innych kobiet. To sytuacja, w której nie pozwalamy sobie działać i czuć w sposób, który naprawdę jest nam bliski, ponieważ czujemy, że to nie jest feministyczne. Często nie jest łatwo zrozumieć, co czujemy naprawdę, a co tak naprawdę jest jedynie efektem światopoglądu, który jest nam narzucany. Z tego powodu często czuję, że muszę być silna lub powstrzymywać łzy, tylko dlatego, że mam poczucie, że gdybym się rozpłakała, to spełniłabym stereotyp „typowej kobiety”. Nie jest to oczywiście zdrowe, ani nawet nie wpisuje się w idee feminizmu, ale jest czymś, co trudno w sobie przezwyciężyć.

Jest to mechanizm, który najłatwiej jest mi pokazać na przykładzie ruchu body positive. Postulaty tego ruchu głoszą, że należy akceptować swoje ciało i mieć do niego pozytywny stosunek niezależnie od tego, jak ono wygląda. Nie należy również oceniać ciał innych, w myśl zasady, że ciało każdego człowieka jest jego własną sprawą. W moim odczuciu są to założenia jak najbardziej słuszne. Odnoszą się w końcu do polepszenia relacji z ciałem zarówno swoim, jak i innych. Ruch ten zwraca również uwagę na obecność kanonu, czyli określonego standardu piękna, w który można się wpisywać lub nie, i który jest nam w pewien sposób narzucany przez media, kształtując (zazwyczaj negatywnie) nasze wyobrażenie o własnym ciele. Co za tym idzie, body positive głosi, że aby być pięknym i czuć się dobrze ze swoim ciałem nie trzeba się w ten kanon wpisywać. Dlatego osoby związane z tym ruchem dążą do normalizacji tematu owłosienia na ciele (szczególnie u kobiet), nadwagi, chorób skóry i wielu innych czynników, które wpływają na naszą atrakcyjność w publicznym odbiorze. Jest to jednak rodzaj idei, która (jak chyba każda inna) odebrana w nieodpowiedni sposób niszczy samą siebie. W ramach ruchu body positive można zaobserwować dokładnie odwrotne zjawisko niż w założeniu — dyskryminację związaną z ciałem. W tym przypadku jest ona jednak nastawiona na osoby szczupłe, o poprawnym współczynniku BMI, wpisujące się w obowiązujące standardy piękna. Nie jest to oczywiście zgodne z definicją ruchu, a jednak ma miejsce na dużą skalę. Jak to jest zatem możliwe? Niektóre osoby otyłe, przez lata dyskryminowane (również systemowo) ze względu na swoją wagę, w pewien sposób odbijają piłeczkę dyskryminacji, oskarżając o swoją złą sytuację osoby znajdujące się we wspomnianym przeze mnie wcześniej kanonie. Osoby takie uważają, że jeśli jest się chudym i zdrowym fizycznie, nie ma się prawa narzekać na swoje ciało czy zdrowie, ponieważ bycie w kanonie sprawia, że przyczyniamy się do jego istnienia (świadomie lub nie), a co za tym idzie, do dyskryminacji innych. I chociaż rozgoryczenie osób otyłych w kontekście ich dyskryminacji i odbioru społecznego jest jak najbardziej zasadne, idea ruchu body positive staje się wypaczona, ponieważ zamyka się na potrzeby i problemy osób, których otyłość nie dotyka. Jednocześnie golenie się, regularne odwiedzanie siłowni lub bycie na diecie staje obrazem uciśnienia — nie jest już estetycznym lub życiowym wyborem, ale deklaracją ideologiczną. Oczywiście trudno jest uniknąć sytuacji tego typu w tak ogromnym ruchu społecznym — nie da się kontrolować każdego, kto się z nim afiliuje, szczególnie, jeżeli sama jego idea i zbiór wartości są tak ogólne. Chodzi mi jednak o to, że w każdej idei można się zapędzić, a każde twierdzenie może stać się obosieczną bronią.

Ten przykład reprezentuje również inny problem — problem wyborów. Kiedy golę nogi i zatnę się przypadkiem maszynką, gdy ścieram krew ręcznikiem, i przeklinam pod nosem, przychodzi mi do głowy pytanie, czy naprawdę jest to mój wybór, czy faktycznie tak czuję się lepiej, czy może jedynie wpasowuje się w system, który definiuje, jak mam wyglądać. Myślę, że podobnie wygląda wiele zagadnień w zakresie feminizmu — nie do końca i nie zawsze jestem w stanie określić na ile moje zachowania są dyktowane przez moje potrzeby, a na ile jest to moja chęć działania wbrew patriarchatowi. Nie jest to oczywiście takie proste, bo na nasze zachowania wypływa wiele czynników, których zresztą często nie jesteśmy do końca świadomi. Często też, należy postawić się przed pytaniem czy wolimy działać zgodnie ze swoją intuicją i potrzebami, czy też w imię jakiejś idei. Pytanie to może wydawać się trywialne, bo przecież w każdej bajce Disneya mówiono nam, że należy słuchać serca, jednak kwestia priorytetyzacji wartości, nie jest przecież taka prosta. Można czuć się lepiej w ogolonych nogach, ale zapuszczać na nich włosy, żeby zamanifestować jakąś ideę? Czy jest to złe? Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mógł to oceniać. Właśnie dlatego działanie według feministycznych idei jest takie trudne — z jednej strony feminizm zakłada przecież dowolność, różnorodność działań kobiet, bo bierze pod swoje skrzydła je wszystkie i mówi, że każda z nas może żyć, jak chce. Z drugiej jednak, feminizm stanowi swoistą opozycję do patriarchatu, a więc zakłada działanie przeciwko szkodliwym wzorcom i stereotypom dotyczącym kobiet. Pocieszający jest oczywiście fakt, że ruch tak duży jak feminizm może pozwolić sobie na ogromną różnorodność wśród jego członków i członkiń, dzięki czemu każdy może być feministą lub feministką dokładnie tak jak czuje, i chce.

W tym kontekście warto wspomnieć również o innym przykładzie wyjątkowo trudnego wyboru, przed którym staje kobieta — szczególnie w Polsce. Mowa tutaj o planowaniu zajścia w ciąże i powiększeniu swojej rodziny. Oczywiście dla wielu kobiet stanowi to ważny, często kluczowy element życia, potrzebny do osiągnięcia pełnej satysfakcji z posiadania rodziny. Nie jest to niestety wybór tak prosty i naturalny, jakbyśmy chcieli, i chciały, i jak mógłby być. Nie chodzi tu jedynie o najnowszy wyrok Trybunału Konstytucyjnego, w którym orzeczono, że kobieta nie będzie miała prawa wykonać aborcji nawet w przypadku diagnozy ciężkiej niepełnosprawności płodu, chociaż oczywiście kwestia aborcji pełni tutaj ważną rolę. Chodzi również o niestabilną sytuację wielu matek na polskim rynku pracy. Pracodawcy, chociaż w świetle prawa nie jest to legalne, nadal pytają kobiety o to, czy mają one w planach zajść w ciążę, uzależniając od tego decyzje o przyznaniu im pracy. Ponadto, o ile nie stanowi to tak dużego problemu w przypadku wyższych stanowisk, gdzie kobiety zatrudniane są na umowie o pracę, tak w przypadku bardzo popularnych w Polsce śmieciówek, sytuacja staje się o wiele trudniejsza. Często kobiety w ciąży są niemal pozbawione środków do życia, jeżeli ich partner nie jest czynny zawodowo (oczywiście, o ile jest obecny w procesie porodu, połogu i wychowania dziecka). Ponadto, powrót kobiet na rynek pracy jest zdecydowanie utrudniony — nadal to właśnie na kobietach spoczywa główny ciężar wychowania dziecka, a często także — siłą rzeczy — są one mniej zorientowane w bieżącej sytuacji w ich obszarze zawodowym. Decyzja o posiadaniu dziecka dla obojga rodziców stanowi znaczne obciążenie — zarówno finansowe, czasowe, jak i społeczne — jednak szczególnie w pierwszych miesiącach to właśnie kobieta musi niemal całkowicie poświęcić się opiece na dzieckiem. W tej sytuacji, gdy zabraknie partnera, który zarabiałby na utrzymanie rodziny, kobieta niemal całkowicie zdana jest na łaskę swoich własnych oszczędności, rodziny i państwa, które nie gwarantuje najlepszej opieki. W dodatku jest to również rodzaj społecznej pułapki. O ile kobiety, małżeństwa, czy też w ogóle związki o dłuższym stażu związku są często negatywnie oceniane w przypadku braku dzieci (jest to zazwyczaj odbierane jako pewna wada, dysfunkcja rodziny), o tyle z drugiej strony kobiety zajmujące się wyłącznie pracą w domu, są również często negatywnie stygmatyzowane. Trudno w tym przypadku nie mówić o swoistej pułapce — brak dziecka może stanowić nie tylko o negatywnej ocenie społecznej, ale także, co ważniejsze, o niepełnej realizacji życia rodzinnego. Z drugiej zaś, samo dziecko i zajmowanie się nim może stanowić dla kobiety niekiedy nawet przekreślenie jej drogi zawodowej, szczególnie w przypadku, gdy rozstanie się ona z partnerem lub urodzi dziecko niepełnosprawne. W tej sytuacji nie pomaga prawo aborcyjne oraz nadal trudna do zdobycia dla niektórych antykoncepcja. W przypadku, gdy aborcja ciężko niepełnosprawnego płodu staje się luksusem zarezerwowanym jedynie dla najbogatszych, a antykoncepcja (szczególnie hormonalna) jest trudno dostępna dla przeciętnego obywatela, już sama wizja i możliwość zajścia w ciąże może stanowić swego rodzaju stres, i obciążenie dla kobiety. 

Wszystko to zdecydowanie nie ułatwia prostego odnajdywania się nie tylko w idei feminizmu, ale i samej kobiecości. Należy jednak pamiętać, że jak już wspomniałam, głównym celem feminizmu w moim rozumieniu jest dawanie kobietom wolności czucia i robienia tego, co czują, i czego potrzebują. Jest to ruch walczący o to, żeby kobiety miały równe, godne prawa i mogły dowolnie odczuwać swoją kobiecość, nie martwiąc się o swój status prawny czy gospodarczy. Feminizm niesie więc nadzieję, że dla pokolenia naszych wnuczek, jeśli nie córek, rozterki tego typu będą już bezpodstawne.

Autorka ilustracji: Alicja Kupiec