Please ensure Javascript is enabled for purposes of website accessibility
przebij śniegi | kwartalnik

Zapomniane książki

Wiosną rodzi się życie. Ciepłe światło słoneczne wypełnia chłodne przestrzenie. Lód, który ograniczał naszą ruchliwość przez ostatnie miesiące, zaczyna topnieć. Świat przybiera nowych, bardziej żywiołowych barw.

O tej porze również zapomniane szafy, stojące w ponurych zaułkach domów, stają się weselsze. Już nie odstraszają nas chłodem ciemnej, drewnianej powłoki, a wręcz przeciwnie – zupełnie odmienione zachęcają do eksploracji swych tajemniczych wnętrz.

Natchniony powiewem wiosennego, rześkiego wiatru, postanowiłem zbadać jedną z szaf tego rodzaju znajdującą się w moim domu. Już otwierając skrzypiące drzwiczki, doznałem pozytywnego zaskoczenia, ponieważ okazało się, że jest ona po brzegi wypełniona najróżniejszymi książkami.

Wiktoria – Knut Hamsun, tłumaczył Czesław Kędzierski

W odnalezionej kolekcji dominowała literatura piękna – powieści, a wśród nich mnóstwo miniaturowych książeczek z serii Koliber wydawnictwa Książka i Wiedza. Utwory zebrane w tym cyklu, który ukazywał się od roku 1973 do 1997, charakteryzują się krótką formą oraz stosunkowo dużym uznaniem w świecie czytelniczym – autorzy owych tekstów to z reguły persony szczególnie ważne dla polskich odbiorców lub pisarze powszechnie znani i zasłużeni.

Jestem bardzo wdzięczny mojej starej szafie, że dzięki niej miałem przyjemność zapoznać się z kilkunastoma powieściami wydanymi w ramach Kolibra. Można by mówić o nich naprawdę wiele, ale gwoli wartkości ograniczę się do wspomnienia o jednym utworze – wyjątkowo wiosennym, tajemniczym i zapomnianym – Wiktorii napisanej przez norweskiego noblistę, Knuta Hamsuna.

Już sama postać autora elektryzuje nas i w prowokacyjny sposób zachęca do zapoznania się z Wiktorią oraz resztą jego twórczości. Wszak Knut Hamsun to pisarz nad wyraz kontrowersyjny. Był jednym z najgłośniejszych literatów pierwszej połowy XX wieku, który, buntując się ówczesnym trendom naturalistycznym, postawił fundamenty pod nowoczesną literaturę. Niedługo po tym, gdy otrzymał nagrodę Nobla, a jego sława osiągnęła szczytowy poziom, wybuchła II wojna światowa. Z dnia na dzień stracił cały szacunek wielbicieli, kiedy okazało się, że mistrz pióra, człowiek będący nadzieja na lepsze jutro wszystkich Norwegów stanął po stronie rozprzestrzeniającej się zarazy intelektualnej – nazizmu. Po wojnie odebrano mu cały majątek, a o książkach podpisanych nazwiskiem Hamsun zapomniano na wiele lat.

Niemniej jednak norweski autor wywarł ogromny wpływ na kolejne pokolenia pisarzy i zdaje się, że zyskuje coraz większy rozgłos na współczesnym rynku czytelniczym. Skromnej objętości Wiktoria należy do mniej znanych dzieł Hamsuna, ale lepiej niż inne teksty pisarza objawia znamienny mu nieśmiertelny kunszt.

Ta niepozorna książeczka na pierwszy rzut oka zawiera równie niepozorną treść – w końcu jej kręgosłupem jest klasyczny motyw nieszczęśliwej miłości przeklętej mezaliansem. Jednak w tym przypadku pozory są absolutnie mylące.

Ogromne było moje zaskoczenie, gdy podczas lektury zorientowałem się, że historia miłości między biednym Jankiem, synem młynarza, a Wiktorią, zamożną arystokratką, po której nie spodziewałem się niczego nadzwyczajnego, w istocie zawładnęła moją duszą i nieustannie podrywała ją aż do ostatniej kropki.

Nie doszukiwałem się przyczyn, które czynią Wiktorię wyjątkową pośród rzeszy opowieści miłosnych. Mogę jedynie domyślać się, że sęk tkwi w zwięzłym i jednocześnie lirycznym stylu Hamsuna lub poetycznym namaszczeniu, w który obfitują opisy charakterystycznej surowej, norweskiej przyrody – sprzężonej z miłosnymi perypetiami bohaterów.

Wiktoria to powieść idealna na wiosnę. Szelest młodych liści, szum chłodnej, życiodajnej mżawki czy śpiew ptaków wspaniale komponują się z pięknymi zdaniami tętniącymi życiem, które razem składają się we wzruszającą kompozycję.
„Tak, bo czymże jest miłość? Wietrzykiem, co szeleści pośród róż, a może błędnym ognikiem we krwi.”
Polecam każdemu zatopić się w prozie Knuta Hamsuna, który, jak bardzo kontrowersyjny by nie był, z pewnością posiadał odsłonę człowieka wrażliwego i pałającego miłością do świata, co po mistrzowsku zaprezentował na kartach Wiktorii.
„[…] I Miłość stała się początkiem świata i władczynią świata; atoli wszystkie jej drogi są pełne kwiatów i krwi, kwiatów i krwi.”

Elementy informatyki: Informatyka a myśl ludzka – Charles Corge, tłumaczyła Monika Obrębska

Wyznam, że nie pałam sympatią do literatury popularnonaukowej. Odnoszę wrażenie, że teksty należące do tego gatunku często karmią nas pół-prawdą. Omawianie skomplikowanej tematyki w stosunkowo przystępnej formie wymaga od autorów pomijania pewnych faktów i żmudnych, stricte naukowych wprowadzeń koniecznych do zrozumienia treści. W efekcie otrzymujemy produkt nijaki – ani nieposzerzający wiedzy, ani nieinteresujący bardziej niż zalewające internet zajawki nowinek technologicznych.

Czy jednak istnieje lepszy sposób na prezentowanie rewelacji naukowych w tak zwanej literaturze dla każdego? Cóż, tego nie wiem, ale przynajmniej mogę wskazać alternatywę realizacji tej trudnej sztuki na podstawie innej książki, którą odnalazłem w szafie pod stertą kilkunastu powieści z serii Koliber. Mowa o Elementach informatyki.

Praca Charlesa Corge’a jest na tyle wyjątkowa, że nie jestem w stanie postawić jej obok żadnego innego tekstu, jaki przeczytałem. To z jednej strony wciągająca opowieść przeprowadzająca nas od bliżej niesprecyzowanego początku myśli ludzkiej, poprzez meandry jej wielowiecznego rozwoju, aż do zastosowań wszystkich intelektualnych zdobyczy ludzkości w informatyce. Z drugiej strony, czytając Elementy informatyki, momentami możemy poczuć się tak, jakbyśmy obcowali z podręcznikiem do… matematyki. Autor nie stroni od technicznych wprowadzeń do zawiłej problematyki, mając za ambicje pozwolić czytelnikom zrozumieć swoje rozważania najlepiej jak to możliwe. Dlatego, wertując strony tego ekscentrycznego dzieła, odnajdziemy spore objaśnienia logiki formalnej, teorii zbiorów, teorii grafów, teorii gier i wielu innych subtelności matematycznych.

Tym sposobem Charles Corge daje nam wszystko to, czego możemy wymagać – wiedzę, którą da się przyswoić, dzięki skrupulatnym staraniom naukowca, a która jednocześnie jest przekazana na kilkuset stronach pełnych humoru i akcji. Oczywiście za tę treść kompletną my, czytelnicy, musimy drogo zapłacić – podwyższoną uwagą podczas lektury i wysiłkiem intelektualnym potrzebnymi, by zrozumieć lekcje kreślone przez autora, które bynajmniej nie są proste.

Jak możemy się domyślać, Elementy informatyki to nie nowość na rynku czytelniczym. Ten odnaleziony w szafie staroć we francuskim oryginale ukazał się w roku 1975, a polska wersja w 1981. Zatem rodzi się pytanie: czy wiedza przekazywana w dziele Charlesa Corge’a nie została zdezaktualizowana?

Korzystając z własnego doświadczenia – studenta na uniwersytecie technicznym – odpowiadam bez zastanowienia: nie. Z wieloma wyjaśnieniami stosowanymi przez francuskiego naukowca spotkałem się na wykładach, a problemy poruszane w jego książce są niemal tożsame z tymi, którymi do dzisiaj zajmują się studenci.

Jednak proszę nie zrozumieć mnie źle. Elementy informatyki to wcale nie książka dla osób już wdrożonych w omawianą dziedzinę. To przede wszystkim pozycja idealna dla czytelników pożądających wszechstronnego rozwoju – których nie odstrasza połączenie epiki z naukami ścisłymi, mieszanka zapewniająca zupełnie nowe odczucia, jakich nie wzbudzą w nas inne rodzaje literatury.

Poza niezwykle interesującymi rozdziałami o rozpoznawaniu obrazów i sztucznej inteligencji najsilniej zapamiętałem epizod z początku książki, gdzie opisane są różne sposoby zapisu liczb, które w końcu mają doprowadzić nas do zapisu binarnego używanego w maszynach cyfrowych, komputerach. Nasza podróż zaczyna się w Babilonie – tam rozwija się pierwotna idea abstrakcyjnej liczby – dalej wędrujemy przez Indie, którym zawdzięczamy pojęcie zera i, choć nazwa tego nie wskazuje, cyfry arabskie. W końcu rozwój starożytnej matematyki i badań nad liczbami zostaje symbolicznie zamknięty legendarną sceną śmierci Archimedesa – ten człowiek nauki miał podobno zginąć z rąk rzymskiego legionisty.

Olimpijski starzec pracował przy tablicy pokrytej piaskiem, na której dokonywał zapisków, gdy podszedł do niego napastnik. Archimedes, nie odwracając się, rzekł, by ten tylko nie psuł jego okręgów, po czym został śmiertelnie raniony mieczem.

Broszura z ostatnimi wierszami Leopolda Staffa

Już miałem się żegnać – zamknąć szafę i być może wrócić tu dopiero za rok – ale oto moim oczom ukazała się poszarpana broszurka, leżąca w kącie, przygnieciona innymi książkami. Myślałem, że to kilka zagubionych, nic niewartych kartek papieru biurowego, jednak myliłem się! Na paru stronach wypisane było kilka wierszy, jak mogłem się domyślić, autorstwa Leopolda Staffa, którego nazwisko odczytałem ze strony tytułowej.

Wziąłem miniaturową książeczkę w dłoń i wyszedłem na dwór, by, leżąc na trawie, przeczytać jej zawartość. Wersy pełne gracji, w których wiosna przeplata się z jesienią, pochłonęły mnie i na moment pokochałem poezję – jako jej zadeklarowany nienawistnik. I zrozumiałem, czemu od dawna tak bardzo nie lubiłem tej dziedziny literatury – ponieważ źle ją czytałem.
„Wieże biegną w niebo, w jutro pędzą wszystkie drogi.
Drzewa, chmury, rzeki, góry, toż to wszystko bogi.

Gdy zwycięski rytm wybijam na lirze pogańskiej,
Już nie jestem olimpijski ani franciszkański.

Gdy w błękicie letnim płyną chmury nad mą głową,
Widzę, jak się przechadzają tam Jowisz z Jehową.

I wybucham odurzony dni pięknem i chwałą:
Wszystkie bogi są prawdziwe i jest ich za mało.”
Należało leżeć na miękkiej ziemi, wśród polnych owadów, aby prawidłowo odczytać zachwyty starca nad prostotą natury. Choć Staff w wierszach z broszury wspomina raczej o jesieni, nie wiośnie (przeczytane przeze mnie utwory pochodzą z okresu schyłkowego autora), to zieleń, ciepło i lekkość przebijają się mimowolnie i dominują dekadenckie nuty.

Leopold Staff pożegnał się z czytelnikami wyrazem afirmacji świata. Jako uznany erudyta, stary poeta cieszący się szacunkiem młodszych towarzyszy po piórze odszedł z najmądrzejszą i najdostojniejszą pieśnią na ustach – pieśnią wiosenną, która niezmiennie co roku każe nam wracać do życia, do otrząśnięcia się z pesymizmu i założenia różowych okularów.

Zaintrygowany oglądałem broszurę, zastanawiając się, skąd wzięła się w moim domu i czym właściwie jest. Zapewne mógłbym zwrócić się z tymi pytaniami do któregoś z domowników, ale czuję, że zniweczyłbym wówczas magię starej szafy, która przyjemnie spowiła mój umysł.

Schowałem książki i odszedłem. Mam nadzieję, że kiedyś tajemnicza szafa zostanie odkryta na nowo.

Wspomniane książki:

Knut Hamsun, Wiktoria, tłum. Czesław Kędzierski, Wydawnictwo Książka i Wiedza, Warszawa, 1989.

Charles Corge, Elementy informatyki: Informatyka a myśl ludzka, tłum. Monika Obrębska, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa, 1981.

Broszura z wierszami nie została dokładniej zidentyfikowana. Wiadomo jednak, że cytowany fragment poezji pochodzi z wiersza Pean.

Grafika: Szczepan Macholak