Kwartalniki | Reakcje

Mój pierwszy raz...

…na festiwalu, czyli reportaż z 7-dniowego pobytu na wyspie Obuda podczas trwania Szigeta.

5 sierpnia 2019 roku godzina 19:00. Wróciłam w pracy i usiadłam na łóżku, popatrzyłam na plecak leżący na podłodze i nagle sobie uświadomiłam, że już jutro mam wyjechać na swój pierwszy festiwal, a nawet nie byłam spakowana. Od czego zacząć? Czy mam wszystko? Jeszcze przecież trzeba iść do sklepu po prowiant na drogę. Ahh, nie mogę marnować czasu. Szybko włożyłam buty i wyruszyłam do najbliższego marketu. Stanie w kolejce ogromnie mi się dłużyło, ale jak tylko wróciłam, zabrałam się za robienie kanapek. Potem pakowanie, prysznic i do łóżka. Patrzę na zegarek. Północ. Za 7 godzin trzeba będzie wstać. Dobra, śpię. Chociaż zaśnięcie nie przyszło tak łatwo, do godziny drugiej mojej głowie pojawiały się myśli, jak to wszystko będzie wyglądać. Zasnęłam, nie na długo, bo gdy zadzwonił budzik, miałam uczucie, że dopiero się położyłam, ale nie czułam zmęczenia. Napędzała mnie ciekawość. To już dzisiaj miałam znaleźć się na wyspie Obuda, gdzie miało spełnić się moje marzenie.

Spakowałam się i czekałam na brata. Mieliśmy dzisiaj razem z całą ekipą wyruszyć w podróż. Co prawda festiwal zaczynał się tak naprawdę w środę, ale my wykorzystaliśmy opcję move-in early, aby zdążyć zająć dobre miejsca na namiot. Jest jeszcze opcja 3-day move in, gdzie można wprowadzić się 3 dni wcześniej, ale nam wystarczyło być tam dzień przed. 7 godzin jazdy minęło dość szybko. Słuchaliśmy zespołów, które miały się pojawić oraz rozmarzyliśmy się na temat tego, co nas czeka. Ekscytacja wisiała w powietrzu. 

Dojechaliśmy! Ahh, udało się. Jednak nie wiedziałam jeszcze, co mnie czeka. Wypakowaliśmy bagaże z auta, które zostawiliśmy na parkingu. Było tego dość sporo, każdy wziął tyle, ile mógł. Wsiedliśmy do taksówki, która miała nas podwieźć pod most prowadzący na wyspę, ale jak się okazało, podwiozła nas tylko kawałek. Była godzina 18, każdy zmęczony po podróży marzył tylko, żeby rozbić namiot i usiąść, ale szliśmy. Dzielnie, powoli, wciąż do przodu. Gdy doszliśmy do mostu, łza spłynęła mi z oka.  Zapraszał nas wielki napis “SZIGET”.. Ahhh, to jest to, już tak blisko. To już było to miejsce - pomyślałam, a to dało mi kopa, aby iść dalej. Przeszliśmy przez most i wkroczyliśmy na tzw. Wyspę Wolności (z ang. Island of Freedom). Ludzie tańczyli, śpiewali, skakali. Każdy w kolorowej kreacji. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Ciągle prosiłam, by ktoś mnie uszczypnął, bo czułam się jak w innym wymiarze. Po 40 minutach drogi przez wyspę doszliśmy do miejsca, w którym mieliśmy rozbić obóz. Tutaj pojawiły się kolejne schody. To był mój pierwszy raz, gdy miałam za zadanie rozbić namiot. Wszyscy sobie poradzili, a ja siedziałam patrząc na instrukcję z wrażeniem, że czytam hieroglify. Zrobiło się ciemno, a ja ze zmęczenia i frustracji usiadłam na ziemii. Pomyślałam, że przecież takie coś nie może mi przeszkodzić w całej zabawie. Wzięłam się w garść, poprosiłam drugą osobę o pomoc i wspólnymi siłami udało się postawić mój mały domek. Gdy wszyscy byli już ugoszczeni, poszliśmy się przejść po wyspie. 

Wyspą nocą nabrała jeszcze większej magii. Na drzewach zawieszone były lampki i lampiony, zewsząd leciała muzyka. Każdy był w dobrym nastroju. Czuć było pozytywną energię bijącą od każdej osoby. Potem gdy już poczuliśmy zmęczenie, przyszedł czas na sen. Ułożyłam się wygodnie w śpiworze, nadal nie mogłam uwierzyć, że naprawdę byłam na festiwalu. 

7 sierpnia 2019, czyli pierwszy dzień festiwalu. Pobudka, śniadanie, prysznic i ucieczka na plaże, aby w cieniu odpocząć. Nasze namioty znajdowały się niestety pod gołym niebiem i już o 10 było w nich gorąco. Na szczęście mieliśmy 5 minut do szigetowej plaży, gdzie cienia było pod dostatkiem, tam też codziennie chodziliśmy się zregenerować przed koncertami. Gdy już naładowaliśmy baterie, przyszedł czas na wybranie stylizacji i makijażu. Oczywiście, festiwal oznaczał tonę brokatu. Dzisiejszego dnia miało się spełnić moje największe marzenie. Na main stage jako ostatni miał wystąpić Ed Sheeran! Przed nim występowała Jain, choć jej nie znałam, to naprawdę miło mnie zaskoczyła! Jednak gdy przyszedł długo wyczekiwany Ed, pobiegłam bliżej sceny. Na dźwięk “Hello Sziget, how are you today?” skoczyło mi serce. Dużo osób obawiało się, że jego muzyka może nie wypaść dobrze na festiwalu, ale moim zdaniem zrobił najlepsze show, jakie widziałam. Muzyka, gitara i to jak rozmawiał z publicznością. Magia, bo inaczej nie da się tego opisać. Potem noc upłynęła na tańczeniu i zabawie. Choć ja byłam zszokowana tym, co właśnie przeżyłam. 

Następny dzień upłynął podobnie, spacer na plaże, malowanie się brokatem, koncerty. Każdy inny, każdy wyjątkowy. To była środa, w czwartek miała przyjechać moja kumpela. Ponieważ nikt z ekipy nie chciał iść ze mną na koncert Yungbluda, postanowiłam wybrać się sama. Umówiliśmy w strategicznym dla nas miejscu pod drzewem po moim koncercie i udałam się do Tent stage. Ahh, choć byłam sama, wcale tego nie odczuwałam. Czułam się jak część grupy, część czegoś, czego nie potrafię opisać słowami. Każdy śpiewał razem z artystą. W tłumie wpadła na mnie Australijka, która szukała gum do żucia dla przyjaciółki, nie miałam ich, ale powiedziała, że byłam mega miła i od razu się zakumplowałyśmy. Gdy wróciłam do reszty, byłam w szoku, że ludzie tak łatwo nawiązują tu kontakty. 

9 sierpnia 2019, przeszłam całą wyspę by odebrać moją kumpelę - Patrycję spod bramek i zaprowadzić do naszego obozowiska. Ona też była w szoku tego wszystkiego, też nie dowierzała, jak to naprawdę wygląda. Na żywo festiwal robił jeszcze większe wrażenie niż na zdjęciach. Gdy już doszliśmy do namiotu, szybko się rozpakowała, przebrała i ruszyliśmy coś zjeść. Ogromnym plusem festiwalu jest to, że stoi tam Aldi, gdzie można dość tanio kupić bułki, jogurty, mięso na grilla, ciastka czy chipsy, a nawet owoce. Oczywiście można zabrać, też swój prowiant, ale wiele rzeczy może się zepsuć, ze względu na wysokie temperatury. Mamy też szeroką gamę budek z makaronami, burgerami, popcornem, a nawet strefę z wegańskimi food truckami. My wybrałyśmy chiński makaron i ruszyliśmy w okolice głównej sceny oczekując Tove Lo i Martina Garrixa. Chociaż koncert Tove Lo nie przypadł mi do gustu, spodziewałam się czegoś innego, to Martin sprawił, że o tym zapomniałam. Po koncertach poszliśmy z Patrycją tańczyć. Obok naszego obozowiska znajdowała się nazwana przez nas “imprezownia”. Na całej wyspie było ich bardzo dużo i każdą przetestowaliśmy, jednak na tej najbliżej nas leciała najlepsza muzyka. Codziennie tańczyliśmy do 5 nad ranem, jakby miało nie być jutra. Zasypiałyśmy około 6, a już o 10/11 była pobudka. Mimo małej ilości snu nie odczuwaliśmy tego. Wyspa, ludzie, koncerty i te wszystkie emocje, które nam towarzyszyły, napędzały nasze organizmy. 

Tydzień na wyspie minął mi aż za szybko. Gdy ostatniego dnia szykowaliśmy się na koncert Twenty One Pilots, poczułam smutek. To już były ostatnie chwile na wyspie. Zaczęło delikatnie kropić, więc oprócz pięknego brokatu na twarzy każdy uzbrojony był w pelerynę. Nie przeszkodziło to nikomu w zabawie. Po ostatnim koncercie, na którym zagrał Sigala, ruszyliśmy w stronę namiotów. Widok imprezowni, w której było dwa razy mniej ludzi ze względu na pogodę, wzbudził w nas smutek. Poszliśmy na chwilę zatańczyć ostatni raz w kroplach deszczu, nie myśląc, że to już koniec. O tym, że nasza przygoda w tym miejscu kończyła swój bieg. 

Sziget to miejsce, które powinien odwiedzić każdy. Sziget to stan relaksu. To miejsce, w którym można w pełni odpocząć, mimo dobiegającej z każdej strony muzyki. Miejsce, w którym można poznać z ludzi z każdej części świata, poznać ich kulturę oraz usłyszeć masę wspaniałych historii. Miejsce, w którym cały stres znika, a twoim jedynym zmartwieniem jest to czy nałożyć srebrny czy złoty brokat. 

Pomimo tego, że po powrocie spałam przez okrągłą dobę z przerwami na herbatę, to odczuwałam olbrzymi reset psychiczny. Jakbym miała ten festiwal opisać jednym słowem, to byłaby to błogość. Chociaż nie wiem czy to słowo odda w pełni atmosferę tego doświadczenia.