Jestem zależny od Ciebie
Ciemno, zimno i mokro. Leżę sam na dworze, na twardym betonie, próbując spać. Dni mi się zlewają, nie dzieje się nic godnego zapamiętania. Właściwie chciałbym całkowicie pozbyć się z głowy obrazów j e g o…
Nie pamiętam, jak się tu znalazłem. Jedyne co znam to krzyki, rzucane rzadko resztki jedzenia i ciągłe uczucie bycia niechcianym. Nieraz myślałem o ucieczce, ale nie wiem, gdzie mógłbym pójść. Nie mam też do końca jak, ponieważ jestem przywiązany do tego domu. Chyba było tak od początku – nie znam innego życia. Jestem skazany na j e g o łaskę. W lepsze dni, widuję g o tylko na chwilę, kiedy dostaję jedzenie. Zostawia mi porcję i odchodzi, czasem przyniesie świeżą wodę. W te gorsze, przychodzi i mnie uderza, zwłaszcza gdy zdarzy mi się długo upominać o jedzenie lub głośno bawić z biegającymi wiewiórkami lub przelatującymi ptakami. Bierze wtedy swój pas, szorstkim donośnym głosem mówi o mnie najgorsze rzeczy i pokazuje swoją siłę i autorytet. Czasami wtedy próbuję jeszcze donośniej wołać o pomoc przechodniów, jednak chyba mnie nie rozumieją. Czym zawiniłem? O co m u chodzi? Dlaczego mnie tu trzyma, skoro nie chce ze mną spędzać czasu? Najgorzej bywało, kiedy z nudów zaczynałem gryźć leżące niedaleko mnie sprzęty ogrodowe. Zdarzyło mi się również rozsypywać śmieci po podwórku. Wtedy mówił, że ,,za karę” nie będzie mnie karmił. W końcu opadły mi siły i od dłuższego czasu tego nie robię. Głównie śpię, od czasu do czasu kopię dołki, co kończy się zazwyczaj agresją z j e g o strony. Nie wiem co poradzić na ilość energii, jaką czuję.
***
Tego dnia zdarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnę. Przyszła grupa ludzi, owinęli mnie w koc i wzięli do ciemnego pojazdu. Opierałem się… ze strachu, że coś chcą mi zrobić. O n tylko stał z boku i mamrotał pod nosem. Zastanawiałem się, co mnie czeka. Droga nie trwała długo – w końcu dojechaliśmy pod niewielki budynek. Gdy mnie wprowadzali, słychać było cichy skowyt. Zamknęli mnie w klatce. Czułem się zdezorientowany.
— Biedny maluch, cały jest poraniony. Jak można się tak znęcać nad niewinnym stworzeniem? I taki wychudzony, zaniedbany! Musimy go opatrzyć i przebadać… — usłyszałem skargi dobiegające z korytarza.
Nie do końca zrozumiałem, o co chodzi. Mówili o mnie? Nie zdążyłem się dłużej zastanowić. Weszła pani w fartuchu i położyła przede mną górę jedzenia. Pachniało dobrze, ale podchodziłem do miski powoli, z nieufnością. Kobieta mówiła spokojnym, łagodnym głosem, zachęcając do spróbowania. Głód wziął górę i zacząłem powoli jeść. Było pyszne. Niedługo zasnąłem, zmęczony całą sytuacją.
Obudziły mnie głosy ludzi. Zauważyłem, że przede mną również znajduje się pies w klatce. Duży, biały. Jakaś pani właśnie zapinała go na smycz i wyprowadzała z klatki. Ciekawe gdzie z nim szła? Machał ogonem, więc chyba się cieszył. Po chwili do mnie podeszła inna pani.
— Dzień dobry Kłapciu, weźmiemy Cię na badania, dobrze? Nie bój się, nic Ci tu nie grozi — mówiła powoli, uśmiechając się.
Jaki Kłapciu? To ja? Nie wiedziałem, czy jej ufać, ale uznałem, że nie mam wyboru. Bałem się, że i tak chce mi zrobić krzywdę, więc warknąłem parę razy.
— Wiem, pewnie nie ufasz ludziom, nie dziwię się. Ale patrz, mamy tu sporo innych zwierząt, które też potrzebowały pomocy, jak Ty. Pan weterynarz się o Ciebie zatroszczy i później będziesz czekać na nową rodzinę.
Co to znaczy rodzina? Jaki weterynarz? Nie chciałem nigdzie iść, ale ciągnęła mnie na smyczy w kierunku jakiegoś pomieszczenia. Tam znajdował się duży stół. Najpierw przeciągnęła mnie na zimną blaszkę, podobno sprawdzić, ile ważę. Co chwilę się wyrywałem i skomlałem, nie czułem się bezpiecznie w tym miejscu – było takie nieznajome.
— Muszę go zaszczepić na obowiązkowe choroby, ten facet nie miał nawet jego książeczki. Mówił, że wziął go z ulicy i chciał się nim zaopiekować. Jak można takie traktowanie nazywać opieką? Co on miał w głowie…? Nie bój się psiaku, poczujesz tylko lekkie ukłucie. Zaraz będzie po wszystkim — pan miał ciepły, życzliwy głos.
Niedługo potem byłem znowu w swojej klatce. Pani weszła ze mną, niosąc szmatkę, z której trochę kapała woda. Wyrzuciła na podłogę chrupki. Zacząłem się do nich schylać, a ona wtedy pocierała materiałem moje ciało. To było nowe, dziwne, ale całkiem przyjemne uczucie. Robiła to powoli, delikatnie – dbając, żebym miał ciągle smakołyki. Później wzięła szczotkę i mnie wyczesała.
— Od razu lepiej wyglądasz! Mam nadzieję, że nie szarpałam Ci za mocno sierści. Za kilka godzin dostaniesz kolację — powiedziała i wyszła.
***
Nie wiem, jak długo już siedzę w tej klatce. Wiem tylko, że z tego budynku wyszło już pięć psów. Dni mijają mi na gryzieniu zabawki, którą dostałem i czekaniu na posiłki. Trzy razy dziennie ktoś wychodzi ze mną na zewnątrz… w wiadomych celach. Nie narzekam, bo tu nikt na mnie nie krzyczy, nie bije, dostaje jedzenie regularnie i nie jest mi zimno. Całkiem przywykłem do takiej sytuacji. Zbierałem się właśnie na drzemkę, kiedy usłyszałem głosy kilku osób. Zawsze obserwuje przybyłych – ciekawy, którego psa dziś zabiorą.
— Mamy u nas piętnaście psów różnych ras, wielkości i maści. Kilka jest bardzo towarzyskich, żywych. Mamy również dwa szczeniaki znalezione na ulicy, trzech starszych psiaków i garść takich, które potrzebują więcej uwagi czy wręcz tresury. Proszę swobodnie się przyjrzeć każdemu i zdecydować — opisywała to pani, która zazwyczaj podawała mi jedzenie.
I wtedy to się wydarzyło. Nasze spojrzenie spotkało się całkowicie przypadkiem. To była ona. Zaciekawiona podeszła bliżej do mojej klatki.
— A ten? Może pani coś więcej o nim opowiedzieć? — zapytała.
— Nazywamy go Kłapcio, bo ma bardzo oklapnięte uszy. Jest u nas najkrócej. Jego właściciel źle go traktował, przez to bywa nieufny do ludzi. Jest raczej wymagający. Za to obok mamy towarzyskiego mieszańca goldena z huskim, może on byłby dla pani lepszy?
— Nie, czuję, że to on. Chcę go przygarnąć — stwierdziła nieznajoma i włożyła palec pomiędzy kratki.
Nie wiedziałem, jak zareagować, więc automatycznie się odsunąłem. Ciągle jednak wpatrywałem się w kobietę… z lekką nadzieją. Pierwszy raz w życiu pomyślałem, że jest dla mnie jeszcze szansa na lepsze życie.
— Jestem zdecydowana. Chcę dać mu miłość, na jaką zasługuje — z determinacją w głosie potwierdziła kobieta.
To, co wydarzyło się później, było dla mnie tak nierealne, że ledwo zdałem sobie sprawę, co się stało. Nowa pani wyprowadziła mnie na smyczy z klatki i pokierowała w stronę samochodu. Tam usadowiła mnie na kocu z przodu, przed siedzeniem pasażera. Cały czas do mnie mówiła, ale nie docierało do mnie co. W środku czułem jednocześnie nadzieję jak i niepokój. Nie dowierzałem, że czeka mnie szczęście.
— To Twój nowy dom! — oznajmiła , kiedy wyszedłem z samochodu. Przede mną widziałem niewielki budynek z ogrodem i drewnianym płotem.
Niepewnie szedłem za nią w kierunku drzwi. W środku było przytulnie i przestrzennie. Widziałem porozrzucane gdzieniegdzie zabawki dla psa oraz dwa legowiska. W kuchni stały miski z wodą i jedzeniem. W salonie przywitał się ze mną pan i mniejszy człowiek. Od razu zaczął turlać w moim kierunku piłkę. Okazało się, że to taka zabawa – on rzuca, ja łapię, przynoszę i tak w kółko. Spodobało mi się. Robiliśmy tak, aż czułem, że już nie mam siły. Zjadłem więc i zasnąłem w przeznaczonym dla mnie miejscu.
***
Dni spędzam na zabawie z małym, w domu i w ogródku. Czasem pani wychodzi ze mną na spacer. Raz na jakiś czas przyjeżdża inna pani i wtedy trenujemy różne ,,komendy”. Jak robię, to co mówi, to dostaje przysmaki. Pani się wtedy bardzo cieszy – ja w sumie też. Dosyć męczące są te spotkania, więc szybko wtedy po nich zasypiam. Od kilku dni moje legowisko jest w sypialni. Powoli przekonuję się do bliższych kontaktów z nią i z nim.
***
Ciepło, sucho i wygodnie. Obok mnie, na miękkim łóżku, śpi ona, głaszcząc mnie po karku. Leżę szczęśliwy, bo czuję się kochany. Byliśmy dziś w psim parku, a pani kupiła mi nowego gryzaka. Jutro czeka mnie kolejny dobry dzień… z moją rodziną.
Nie pamiętam, jak się tu znalazłem. Jedyne co znam to krzyki, rzucane rzadko resztki jedzenia i ciągłe uczucie bycia niechcianym. Nieraz myślałem o ucieczce, ale nie wiem, gdzie mógłbym pójść. Nie mam też do końca jak, ponieważ jestem przywiązany do tego domu. Chyba było tak od początku – nie znam innego życia. Jestem skazany na j e g o łaskę. W lepsze dni, widuję g o tylko na chwilę, kiedy dostaję jedzenie. Zostawia mi porcję i odchodzi, czasem przyniesie świeżą wodę. W te gorsze, przychodzi i mnie uderza, zwłaszcza gdy zdarzy mi się długo upominać o jedzenie lub głośno bawić z biegającymi wiewiórkami lub przelatującymi ptakami. Bierze wtedy swój pas, szorstkim donośnym głosem mówi o mnie najgorsze rzeczy i pokazuje swoją siłę i autorytet. Czasami wtedy próbuję jeszcze donośniej wołać o pomoc przechodniów, jednak chyba mnie nie rozumieją. Czym zawiniłem? O co m u chodzi? Dlaczego mnie tu trzyma, skoro nie chce ze mną spędzać czasu? Najgorzej bywało, kiedy z nudów zaczynałem gryźć leżące niedaleko mnie sprzęty ogrodowe. Zdarzyło mi się również rozsypywać śmieci po podwórku. Wtedy mówił, że ,,za karę” nie będzie mnie karmił. W końcu opadły mi siły i od dłuższego czasu tego nie robię. Głównie śpię, od czasu do czasu kopię dołki, co kończy się zazwyczaj agresją z j e g o strony. Nie wiem co poradzić na ilość energii, jaką czuję.
***
Tego dnia zdarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnę. Przyszła grupa ludzi, owinęli mnie w koc i wzięli do ciemnego pojazdu. Opierałem się… ze strachu, że coś chcą mi zrobić. O n tylko stał z boku i mamrotał pod nosem. Zastanawiałem się, co mnie czeka. Droga nie trwała długo – w końcu dojechaliśmy pod niewielki budynek. Gdy mnie wprowadzali, słychać było cichy skowyt. Zamknęli mnie w klatce. Czułem się zdezorientowany.
— Biedny maluch, cały jest poraniony. Jak można się tak znęcać nad niewinnym stworzeniem? I taki wychudzony, zaniedbany! Musimy go opatrzyć i przebadać… — usłyszałem skargi dobiegające z korytarza.
Nie do końca zrozumiałem, o co chodzi. Mówili o mnie? Nie zdążyłem się dłużej zastanowić. Weszła pani w fartuchu i położyła przede mną górę jedzenia. Pachniało dobrze, ale podchodziłem do miski powoli, z nieufnością. Kobieta mówiła spokojnym, łagodnym głosem, zachęcając do spróbowania. Głód wziął górę i zacząłem powoli jeść. Było pyszne. Niedługo zasnąłem, zmęczony całą sytuacją.
Obudziły mnie głosy ludzi. Zauważyłem, że przede mną również znajduje się pies w klatce. Duży, biały. Jakaś pani właśnie zapinała go na smycz i wyprowadzała z klatki. Ciekawe gdzie z nim szła? Machał ogonem, więc chyba się cieszył. Po chwili do mnie podeszła inna pani.
— Dzień dobry Kłapciu, weźmiemy Cię na badania, dobrze? Nie bój się, nic Ci tu nie grozi — mówiła powoli, uśmiechając się.
Jaki Kłapciu? To ja? Nie wiedziałem, czy jej ufać, ale uznałem, że nie mam wyboru. Bałem się, że i tak chce mi zrobić krzywdę, więc warknąłem parę razy.
— Wiem, pewnie nie ufasz ludziom, nie dziwię się. Ale patrz, mamy tu sporo innych zwierząt, które też potrzebowały pomocy, jak Ty. Pan weterynarz się o Ciebie zatroszczy i później będziesz czekać na nową rodzinę.
Co to znaczy rodzina? Jaki weterynarz? Nie chciałem nigdzie iść, ale ciągnęła mnie na smyczy w kierunku jakiegoś pomieszczenia. Tam znajdował się duży stół. Najpierw przeciągnęła mnie na zimną blaszkę, podobno sprawdzić, ile ważę. Co chwilę się wyrywałem i skomlałem, nie czułem się bezpiecznie w tym miejscu – było takie nieznajome.
— Muszę go zaszczepić na obowiązkowe choroby, ten facet nie miał nawet jego książeczki. Mówił, że wziął go z ulicy i chciał się nim zaopiekować. Jak można takie traktowanie nazywać opieką? Co on miał w głowie…? Nie bój się psiaku, poczujesz tylko lekkie ukłucie. Zaraz będzie po wszystkim — pan miał ciepły, życzliwy głos.
Niedługo potem byłem znowu w swojej klatce. Pani weszła ze mną, niosąc szmatkę, z której trochę kapała woda. Wyrzuciła na podłogę chrupki. Zacząłem się do nich schylać, a ona wtedy pocierała materiałem moje ciało. To było nowe, dziwne, ale całkiem przyjemne uczucie. Robiła to powoli, delikatnie – dbając, żebym miał ciągle smakołyki. Później wzięła szczotkę i mnie wyczesała.
— Od razu lepiej wyglądasz! Mam nadzieję, że nie szarpałam Ci za mocno sierści. Za kilka godzin dostaniesz kolację — powiedziała i wyszła.
***
Nie wiem, jak długo już siedzę w tej klatce. Wiem tylko, że z tego budynku wyszło już pięć psów. Dni mijają mi na gryzieniu zabawki, którą dostałem i czekaniu na posiłki. Trzy razy dziennie ktoś wychodzi ze mną na zewnątrz… w wiadomych celach. Nie narzekam, bo tu nikt na mnie nie krzyczy, nie bije, dostaje jedzenie regularnie i nie jest mi zimno. Całkiem przywykłem do takiej sytuacji. Zbierałem się właśnie na drzemkę, kiedy usłyszałem głosy kilku osób. Zawsze obserwuje przybyłych – ciekawy, którego psa dziś zabiorą.
— Mamy u nas piętnaście psów różnych ras, wielkości i maści. Kilka jest bardzo towarzyskich, żywych. Mamy również dwa szczeniaki znalezione na ulicy, trzech starszych psiaków i garść takich, które potrzebują więcej uwagi czy wręcz tresury. Proszę swobodnie się przyjrzeć każdemu i zdecydować — opisywała to pani, która zazwyczaj podawała mi jedzenie.
I wtedy to się wydarzyło. Nasze spojrzenie spotkało się całkowicie przypadkiem. To była ona. Zaciekawiona podeszła bliżej do mojej klatki.
— A ten? Może pani coś więcej o nim opowiedzieć? — zapytała.
— Nazywamy go Kłapcio, bo ma bardzo oklapnięte uszy. Jest u nas najkrócej. Jego właściciel źle go traktował, przez to bywa nieufny do ludzi. Jest raczej wymagający. Za to obok mamy towarzyskiego mieszańca goldena z huskim, może on byłby dla pani lepszy?
— Nie, czuję, że to on. Chcę go przygarnąć — stwierdziła nieznajoma i włożyła palec pomiędzy kratki.
Nie wiedziałem, jak zareagować, więc automatycznie się odsunąłem. Ciągle jednak wpatrywałem się w kobietę… z lekką nadzieją. Pierwszy raz w życiu pomyślałem, że jest dla mnie jeszcze szansa na lepsze życie.
— Jestem zdecydowana. Chcę dać mu miłość, na jaką zasługuje — z determinacją w głosie potwierdziła kobieta.
To, co wydarzyło się później, było dla mnie tak nierealne, że ledwo zdałem sobie sprawę, co się stało. Nowa pani wyprowadziła mnie na smyczy z klatki i pokierowała w stronę samochodu. Tam usadowiła mnie na kocu z przodu, przed siedzeniem pasażera. Cały czas do mnie mówiła, ale nie docierało do mnie co. W środku czułem jednocześnie nadzieję jak i niepokój. Nie dowierzałem, że czeka mnie szczęście.
— To Twój nowy dom! — oznajmiła , kiedy wyszedłem z samochodu. Przede mną widziałem niewielki budynek z ogrodem i drewnianym płotem.
Niepewnie szedłem za nią w kierunku drzwi. W środku było przytulnie i przestrzennie. Widziałem porozrzucane gdzieniegdzie zabawki dla psa oraz dwa legowiska. W kuchni stały miski z wodą i jedzeniem. W salonie przywitał się ze mną pan i mniejszy człowiek. Od razu zaczął turlać w moim kierunku piłkę. Okazało się, że to taka zabawa – on rzuca, ja łapię, przynoszę i tak w kółko. Spodobało mi się. Robiliśmy tak, aż czułem, że już nie mam siły. Zjadłem więc i zasnąłem w przeznaczonym dla mnie miejscu.
***
Dni spędzam na zabawie z małym, w domu i w ogródku. Czasem pani wychodzi ze mną na spacer. Raz na jakiś czas przyjeżdża inna pani i wtedy trenujemy różne ,,komendy”. Jak robię, to co mówi, to dostaje przysmaki. Pani się wtedy bardzo cieszy – ja w sumie też. Dosyć męczące są te spotkania, więc szybko wtedy po nich zasypiam. Od kilku dni moje legowisko jest w sypialni. Powoli przekonuję się do bliższych kontaktów z nią i z nim.
***
Ciepło, sucho i wygodnie. Obok mnie, na miękkim łóżku, śpi ona, głaszcząc mnie po karku. Leżę szczęśliwy, bo czuję się kochany. Byliśmy dziś w psim parku, a pani kupiła mi nowego gryzaka. Jutro czeka mnie kolejny dobry dzień… z moją rodziną.
Grafika: Asia Ryba