Kwartalnik | Korzenie

Jak kontrolować śmierć, czyli kilka słów o umieraniu

"Śmierć matki prześwietla moje życie, ale zmysły się nie wyostrzają. To nieprawda, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Nigdy nie byłam tak słaba jak teraz "- Mira Marcinów, Bezmatek

Godzina 6:20. Szybkie przebudzenie spowodowane głosem mojej rodzicielki. Łazienka, zamiana ubrań, śniadanie i kilka głębokich wdechów na zimnym powietrzu. Godzina 6:45. Wraz z rodzicami i bratem podjeżdżamy pod kościół, gdzie o godzinie 7:00 odbywa się msza w intencji zmarłej. Godzina 18:20. Mija pierwsza wigilia ze świadomością, że moja babcia nie żyje. Jej odejście nie było spowodowane Sami-Wiecie-Czym, ale jej zgon przypadł na czas pandemii.

Pierwszy raz w swoim życiu tak bardzo zostałem zbombardowany faktem istnienia śmierci. Wszystko zaczęło się od niewinnej zbitki białek i RNA. Niektórzy powiedzą, że zaczęło się od niedogotowanego nietoperza, ale po takim czasie, już mnie ten żart nie bawi. Potem ruszyła machina ciągłego obserwowania stron rządowych, w tym Ministerstwa Zdrowia, podającego liczby osób zakażonych i zmarłych. Niby nic, a jednak. Przyśpieszony oddech, palpitacja serca, nadmierna potliwość i uczucie niepokoju, a w głowie jeden wielki chaos mówiący, że wszyscy umrzemy. Trochę śmiesznie, trochę strasznie.

Najzabawniejszy w tym wszystkim jest fakt oporu polskiej wsi przed obostrzeniami w kościele. Gdy końcem września pytam o kwestię maseczek i temu podobnych w miejscu odbycia się mszy pogrzebowej babci, otrzymuję informację, że proboszcz traktuje wszystkie restrykcje na poważnie, a fakt zamykania drzwi dla osób, które przekraczają limit osób na metr kwadratowy, nie jest niczym nadzwyczajnym. Lecz biorąc udział w ostatnim pożegnaniu z ciekawością obserwuję brak zasłoniętych ust i nosów u wielu uczestników oraz liczebność zgromadzonych, kilkunastokrotnie przekraczającą normę. Trochę śmiesznie, trochę strasznie.

Czy problem umierania nas w ogóle dotyczy, postrzegając „nas” jako społeczność studencką? Szukając wiadomości na temat śmiertelności wśród studentów Akademii Górniczo-Hutniczej, trafiam na stronę Centrum Organizacji Kształcenia AGH. W zakładce „O nas” zauważam notatkę o sprawozdaniach podlegających Głównemu Urzędowi Statystycznemu, wysyłam więc do COK mail z pytaniem o jakiekolwiek dane w temacie liczby zgonów studentów. Wyjaśnienie otrzymuję już na drugi dzień. Zostaję odesłany do Biura Rektora i tam też piszę wiadomość. Po tygodniu czekania i braku odzewu stwierdzam, że poszukam informacji w GUSie. Tam też popłyną mój kolejny mail. Otrzymałem odpowiedź po kilku dobach, wraz z załącznikiem, będącym dokumentem podpisanym przez Dyrektor Departamentu Edukacji i Komunikacji. Teraz myślę, że moja prośba musiała zostać dokładnie udokumentowana, a jeśli zacznę zadawać jeszcze więcej pytań, to organy ścigania mogą się mną zainteresować. Teraz już straszniej niż śmieszniej.

Treść tego pisma nie jest wyszukana. Są w nim trzy odnośniki do stron GUSu, a w nich niekończące się dane w Excelu na temat śmierci każdego Polaka, w danym tygodniu określonego roku, a dokładnie, od 2000 do 2020. Sprawdzam przedział wiekowy 20-24, zakładając, że jest to wiek statystycznego studenta. Sumuję magiczną funkcją sum, liczbę wszystkich tych nieżyjących osób na terenie całej Polski. Dla roku 2020 wychodzi 1 215 zmarłych dwudziestoparolatków na 485 441 wszystkich denatów. Co daje w przybliżeniu 0,25%. Jeżeli weźmie się pod uwagę, jak bardzo wyjątkowy był ubiegły rok, to warto zajrzeć do danych z lat wcześniejszych. Mamy więc odpowiednio: 2019 - 0,27% oraz 2018 - 0,3% osób.

Teraz ważne pytanie. Martwić się czy nie? Nie ma na to idealnej odpowiedzi. Skierowanie się bardziej w stronę „tak”, to już dywagacje filozoficzne - a to działka ludzi mądrzejszych niż ja. Skłaniając się zaś ku opcji „nie”, łatwo wyjść na egoistę. Aż przypomina mi się scena z serialu „Fleabag”, w której dwie siostry spotykają się przy grobie matki, a jedna z nich cmentarz wykorzystuje jako trasę sportową do biegania. Fakt takiego zaadaptowania nekropolii druga siostra komentuje następująco: „To niestosowne biegać po cmentarzu. Obnosić się swoim życiem [wśród zmarłych - przyp. D.C.]” [tłum. własne].

Odpowiadając na pytanie - ja bym się martwił, a przynajmniej powinienem. Inaczej wygląda sytuacja, gdy ma się schorzenie przewlekłe i codziennie zastanawia się: Czy to jest ten dzień, w którym odpadnie mi palec u stopy, czy też jeszcze muszę poczekać? Mogę powiedzieć, że częściej niż statystyczny dwudziestoparolatek obcuję z aurą obwieszczającą schyłek życia. Regularne odwiedziny szpitala na zaplanowaną wizytę, potem jakieś badania krwi, a ostatecznie skierowanie do innych lekarzy, którzy sprawdzą, czy moja mechanika jeszcze dobrze chodzi, czy też czeka mnie niedługo oddanie na złom. Jednakże obecność tej aury nie wpływa na moje częste myślenie o śmierci. Powiedziałbym, że robię to tylko pod wpływem bodźców.

Kolejny z nich dotarł do mnie w grudniu. Rodzinne spotkanie wigilijne, niczym się niewyróżniające. Nawet rozmawiano o szczepieniu się na Sami-Wiecie-Co. W jednej z osobnych rozmów słyszę krótką i przygnębiającą historię. Ojciec pewnej dwójki dzieci, w tym chłopca, który uczęszcza teraz do trzeciej klasy, zmarł. W okolicach lata przeszedł, mogłoby się wydawać, że nic nie znaczące, zapalenie nerek. Choroba, z której wielu wyszło. On też. Po tym wycieńczającym dla jego organizmu czasie przyszło Sami-Wiecie-Co. Po tym śmierć. Taka informacja na niewielu zrobi wrażenie. Co innego, gdy dowiedzieliby się o reakcji syna. „Chłopczyk wyłączał się z lekcji i płakał. Wołał, gdzie jest tata, tatuś. Mama dzwoniła do wychowawczyni powiedzieć, że syn nie może uczestniczyć dzisiaj w zajęciach, a chłopak cały dzień płakał” - usłyszałem tego zimowego dnia.

Następny impuls przyszedł w lutym. Po styczniowym rozdaniu nagród Paszportu Polityki widzę, jak wygraną w kategorii „Literatura”, otrzymuje Mira Marcinów, za swoją prozę Bezmatek. Szybki research i już wiem. Jest to swego rodzaju pożegnanie i rozprawienie się ze śmiercią matki przez autorkę. To mi wystarcza. Książka jest już w koszyku na Allegro. Przeczytanie zajęło mi raptem jeden dzień i możliwe, że było to za dużo jak na jedno czytelnicze posiedzenie. Niemniej, najbardziej uderzające w tej książce są zdania, będące jedyną częścią danej strony. Ma się wrażenie, że były spisane pośpiesznie w ciągu dnia na telefonie. Sam tytuł Bezmatek oznacza rodzinę pszczelą pozbawioną matki. Jak zachowują się pszczoły bez matki? Rozpaczają i cierpią po stracie. Koniec końców, umierają. Podobnie jest z autorką książki, tyle że bez tego ostatniego etapu.

Ostatnie przebłyski bodźców pochodzą z Uczelni. Najpierw usłyszałem od znajomej, że Sami-Wiecie-Co zabrało z WFiIS trzech pracowników. Potem zobaczyłem jak WRSS WIMIC zmieniło profil na Facebooku na czarno-biały, co nie mogło oznaczać nic dobrego, i nie oznaczało. Na wydziale ceramiki zmarł prodziekan ds. kształcenia. O nim i o innych nieżyjących profesorach, wspomina Rektor na posiedzeniach senatu, gdzie minutą ciszy upamiętniają ich członkowie. Mimo że nigdy nie doświadczyłem nagłej śmierci jednego z moich prowadzących, to jestem w stanie zrozumieć ten strach w oczach studentów. Mogłoby się wydawać, że Ci starsi ludzie są niezatapialni, patrząc, jak niestrudzenie od wielu lat prowadzą zajęcia z młodzieżą.

Przypomina mi się również to dziwne uczucie niepokoju, gdy moja koleżanka Dorota opisuje mi historię jednej jej prowadzącej na WIMiC. W wiadomości na Teams do uczestników zajęć napisała, że zmienia się termin seminariów na inny dzień. Nigdy już nie wzięła w nich udziału. Dzień później po napisaniu wiadomości zmarła. Prawdopodobnie przez to cholerstwo. Pytam więc Doroty, co czuła gdy ta wiadomość trafiła do niej - Żałowałam, że na przedostatnich zajęciach nie uczestniczyłam z pełnym zaangażowaniem. To było strasznie dziwne uczucie. Mimo że jej personalnie nie znałam, nigdy z nią nie rozmawiałam, to wiadomość o jej śmierci była wstrząsająca. Przeżyłam to bardzo i przez cały dzień byłam poruszona tą informacją.

Ostatnią osobą, o której wspomnę jest emerytowany pracownik mojego wydziału - MS. Odszedł on w sędziwym wieku, a co więcej, pozostawił po sobie nekrolog, który w mistrzowski sposób bierze z matematyki co najlepsze. W dolnej części klepsydry widniał zapis: „Pożegnamy Go 18 stycznia o godzinie (rozwiązanie *) x1:x2 gdzie g(x)=x3-66x2+1209 x-6760, na Cmentarzu Rakowickim”.

Jak teraz wspominam dzień pogrzebu babci to mam przed oczami obraz spuszczanej trumny, ponurego nastroju, wieńców wyrastających jak grzyby po deszczu i uczucie tego intensywnego zapachu palonych świec. Widzę twarze pełne żalu i smutku. W sumie to ironiczne, bo jak wcześniej babcia była dla swoich dzieci źródłem szczęścia, tak jej brak jest źródłem rozpaczy. Myślę, że nie jest to uczucie, które powinno nawiedzać nas często i oby robiło to jak najrzadziej.