zjedli nam gofry | kwartalnik

Pamiętnik ze zwykłego życia

Twory

Piątek

Siedzę tu i siedzę. Wiem, ile mam do zrobienia, a nie robię nic. Nic potrzebnego. Teoretycznie. Bo czas mam w sumie w większości zajęty – ale niczym, co jest na mojej liście leżącej obok otwartego laptopa. Tu się po prostu nie da tego wykonać. Mój umysł krąży wokó ł mnóstwa wołających mnie rzeczy – niezbyt pilnych i ważnych, ale tak naprawdę bardzo mi potrzebnych. Lubię tu chodzić po sadzie, dotykać trawy stopami, patrzeć na okrągłe i puszyste trzmiele. To mój spokój, oddech, odprężenie. Teraz wszystko zwalnia, nigdzie mi się nie spieszy i nie myślę tak bardzo o goniących mnie terminach. Tutaj goni mnie tylko mój pies i przybiega, żeby go pogłaskać i ochronić przed większymi od niego kotami sąsiadów. Wieczorem nachodzi mnie dziwne napięcie. Myśli, czy dziś zrobiłam coś pożytecznego. Może i nie. Ale jestem tu dopiero pierwszy dzień. To był czas na zatrzymanie, zawieszenie tego, co było jeszcze kilka dni temu.

Sobota

Silne postanowienia, że dzisiaj będę produktywna. Budzik nastawiony na wczesną porę, żeby skorzystać jak najwięcej z tego dnia. Finalnie wstaję prawie dwie godziny później. Lodówka pełna rozmaitości każe mi zrobić wymyślne śniadanie, którym rozkoszuję się kolejną godzinę. Dobra, zajmę się czymś po południu. Projekty na studia, nauka na zaliczenia, napisanie przynajmniej kilku zdań do kolejnego tekstu – lista się wydłuża. A ja robię pranie, sprzątam pokój, tańczę. To też są ważne czynności, ale chyba nie powinny zajmować mi całego dnia. Wieczorem, z lekkim poczuciem winy z powodu „niezrobienia-teoretycznie-niczego”, włączam film. Z wielkim kubkiem herbaty oglądam go w moim pokoju – to dla mnie bezpieczna przystań i doskonale spędzony czas przed snem.

Niedziela

Od rana przekonanie, że dzisiaj też pewnie nic nie zrobię. Trzeba się również przyznać przed samą sobą, że wczoraj było wiele chwil spędzonych w kiepski sposób – najczęściej z telefonem w ręce. Mnóstwo razy w ciągu dnia siadałam przed laptopem, by po chwili odwrócić się od niego. Za każdym razem tłumacząc sobie w głowie: „Jest niedziela, trzeba odpocząć”. Aż przychodzi wieczór. To jest czas, kiedy nachodzi mnie kreatywność. Z jakiegoś powodu w domu jestem w stanie wykonywać tylko rzeczy, które jej ode mnie wymagają. Dlatego teraz piszę i zaczynam nawet nieco żałować, że trzeba jechać z powrotem do Krakowa i przy kolejnej wizycie tutaj zaczynać cały ten proces od nowa. Tyle bym przecież mogła jeszcze zrobić.

Poniedziałek

Teraz będzie inaczej, przecież miejsce nie może mnie ograniczać. Pomimo tego, że jestem już w innym mieście, innym pokoju, otoczona innymi rzeczami – nadal mogę działać. Tyle teorii. W praktyce uderza mnie gwałtownie tempo tutejszego życia. Przypominam sobie wszystkie daty zbliżające się nieuchronnie z wielkim transparentem „DEADLINE”. Nie ma tu na razie miejsca na kreatywność i artystyczne szaleństwa. Teraz trzeba włączyć Excela, zrobić projekt, napisać kolokwium. Ale to jeszcze nie dzisiaj. Jeszcze nie weszłam w ten nowy rytm. Nawet nie próbuję wrócić do pisania. Ukulele, które przywiozłam na początku semestru do akademika zerka spomiędzy pluszowych misiów na parapecie smutno i z tęsknotą.

Wtorek

Nudno tu. Pościelone łóżko, uprzątnięte półki. Nie ma co robić. Zaraz, zaraz, jak to nie ma? Jest i to cała masa. Patrząc na mój plan zajęć z wielkim bólem muszę stwierdzić, że to właśnie dzisiejszy dzień powinien być tym najbardziej produktywnym, bo mam najwięcej wolnego czasu. A terminy coraz bliżej. Im więcej do zrobienia, tym większy stres i tym większy paraliż przed choćby rozpoczęciem czegokolwiek. Otwieram jeden projekt. Dopisałam dwa zdania i wyjustowałam tekst wstępny. W takim razie czas na obiad. A po jedzeniu, wiadomo, chwila odpoczynku. Słońce pięknie świeci za oknem, czuję zapach skoszonej, soczyście zielonej trawy i ostatnie, czego chcę, to siedzieć w tym pokoju i zajmować się studiami.

Środa

Cały dzień zaplanowany, także bez wyrzutów sumienia omijam komputer i zajmuję się swoimi sprawami. Teraz zaczynam czuć ten klimat – zabiegany, szybki, wypełniony do ostatniej minuty, trochę męczący. I zaczyna mi się to podobać. Czuję się niesamowicie efektywna, a czasem nawet efektowna. Najtrudniejsze zajęcia na studiach przeminęły i od razu lżej w głowie. Wieczorem idę tańczyć. Tęsknię za ruchem i muzyką. Dwie godziny treningu to doskonały sposób na przypomnienie sobie, czemu to kocham. Pozytywne zmęczenie pozwala mi, po ciepłym prysznicu, szybko i przyjemnie zasnąć.

Czwartek

Dzisiaj to ja mogę wszystko. Motywacja do nauki i kończenia projektów sięga zenitu – nawet jeśli nie do końca wiem, co w nich robić. Szybkie tempo miastowego życia rozpędziło mnie i teraz nie chcę zmarnować żadnej chwili. W międzyczasie współlokatorka proponuje wyjście na rolki – super, w końcu muszę się tego nauczyć. Już po chwili dreptam niepewnie pingwinim krokiem z płozami zamiast stóp i próbuję okrążyć Błonia. Na początku to trudniejsze niż się wydaje, dlatego siadamy na ławeczce i oglądamy spacerowiczów i biegające pieski. Tu dociera do mnie, że znów mija kolejny tydzień, kolejne zadania skończyłam i kolejne zbliżają się jak ludzie, którzy idą ścieżką szybciej niż ja jadę.