Kwartalnik | Korzenie

Nigdy nie będziesz szła sama

Część pierwsza: Dzieciństwo


Kiedy byłam mała, lubiłam spędzać czas z chłopakami. W ogóle miałam się za chłopczycę, bo lubiłam jeździć na rowerze, pływać, włóczyć się ze znajomymi po mieście i średnio leżało mi bawienie się lalkami. Lubiłam myśleć o sobie, że nie jestem taka jak inne dziewczyny, że daleko mi do nich, że spędzam czas inaczej niż one i to czyni mnie od nich lepszą. Patrzę dziś na tę młodszą, zawziętą siebie, ze współczuciem, ale zrozumieniem – bo chociaż nie miałam jeszcze pojęcia, czym jest feminizm, musiałam czuć już wtedy, że w męskim świecie jedynie męskość ma szansę na sukces. Dlatego starałam się, jak tylko mogłam, stawiać się zawsze na równi z chłopakami, wtapiać się w nich. Żeby przynajmniej mieć to poczucie, że jest się równym, że można wszystko. I faktycznie, gdy ma się tych kilka lat, płeć nie ma jeszcze takiego znaczenia, a moje nieporadne próby uzyskiwania równości miały nawet jakieś prawo bytu. Trudno zliczyć, ile w mojej małej głowie tliło się wtedy złych przekonań i jak błędnie rozumiałam równość. Przez całe moje życie przeszłam przez kilka etapów, na których myślałam o różnicach między płciami różne rzeczy, gdy wierzyłam w inne modele feminizmu, gdy myślałam o sobie i ludziach dookoła zupełnie inaczej. Ale jedno zawsze było pewne: nie chciałam być traktowana gorzej ze względu na swoją płeć. Tylko tyle i aż tyle.

Nigdy nie miałam tego pecha, którego miały niektóre dziewczynki — nikt nie zmuszał mnie do ubierania sukienek, wiązania kokardek ani bawienia się wyłącznie z koleżankami. W swoim pokoju, oprócz lalek miałam też lego, puzzle i książki. Rodzice zachęcali mnie do uprawiania sportu, a większość mojego dziecięcego życia spędziłam z moim najlepszym przyjacielem, wspinając się na drzewa i jeżdżąc na rowerze dookoła domu. Nie pamiętam, lub nie chce pamiętać, żeby ktoś mi mówił, że powinnam zacząć zachowywać się bardziej kobieco. Brnęłam przez większość swojego życia w przekonaniu, że edukacja to rzecz najważniejsza i nie brałam na tej drodze jeńców — uczyłam się, i szło mi to nawet całkiem nieźle. Czyli już od początku nie miałam tak źle. Czy to wystarczyło, żebym mogła przejść przez życie bez martwienia się o to, że jestem kobietą? Chciałabym, ale tak nie było.

Do dzisiaj jest we mnie coś takiego, że to właśnie ja przyciągam wszystkie możliwe dziwne sytuacje. Nie wiem, ile razy w życiu zostałam zaczepiona na ulicy w przeróżnych celach (od tych zwykłych, takich jak zapytanie o drogę, aż po te dziwne, niekomfortowe sytuacje, w których ktoś na przykład komplementował mnie bez mojej zgody), ile razy ktoś mnie śledził, ile razy ktoś do mnie wypisywał i ile się w życiu przez to stresowałam. Szybko stałam się samodzielna, szybko zaczęłam wszystko robić sama, a więc i szybko stałam się obiektem zaczepek, podrywów i niechcianych kontaktów ze strony mężczyzn w różnym wieku, znanych mi lub nie.

Jeżeli miałabym przywołać tylko jedną z tych sytuacji, niech będzie to ta, gdy byłam bodajże na początku gimnazjum. Pamiętam, że chwilę wcześniej umówiliśmy się ze znajomymi, na spotkanie przy ognisku następnego dnia, więc niewiele myśląc, wybrałam się do sklepu po zakupy. Był środek dnia, a ja miałam na sobie niebieską sukienkę — pamiętam to doskonale, bo nie założyłam jej już nigdy więcej — i byłam w supermarkecie, dosłownie kilka minut od mojego domu. Było już ciepło, słonecznie, miałam tak dobry humor, że nawet śpiewałam coś pod nosem. Stałam więc w jednej z alejek sklepowych, wybierając słodycze, kiedy nagle stanął koło mnie jakiś mężczyzna, który zaczął mnie zaczepiać i dotykać moich ramion. Kto nigdy nie był nastoletnią dziewczynką, kto nigdy nie był w tej sytuacji, ten nigdy nie dowie się, jak paraliżujący jest to strach. Jak oblewa cię pot i nie możesz się ruszyć. Jest godzina 15, środek sklepu, dookoła są ludzie. Nikt nie reaguje. Nigdy nie rozumiałam, jak można mieć pretensje do tych młodych kobiet, które nie bronią się paznokciami, zębami i krzykiem — to jest strach, który zjada od środka, który nie pozwala wykonać kroku, który mrozi krew, komórki i myśli. Kiedy wybiegłam już ze sklepu, gdy dotarłam do domu i tato zabrał mnie na policję, czekało tam na mnie kolejne rozczarowanie. Sprawę co prawda przyjęto, nawet udało się dokładnie namierzyć tego mężczyznę za pomocą kamer w sklepie, ale nikt z tym nic nie zrobił. Powiedziano mi jedynie, że ten mężczyzna tam bywa, że często zaczepia kobiety, ale właściwie nic nie można z tym zrobić. To, co robi nie jest wystarczające, aby go ukarać. W wieku kilkunastu lat zdążyłam już zrozumieć, że liczenie na system, na prawo, które mnie uratuje, nie jest najrozsądniejszą opcją.

Kiedy pod koniec gimnazjum rozdawano w mojej szkole nagrody dla laureatów konkursów kuratoryjnych i ogólnopolskich, wśród trzydziestu nagrodzonych osób, znajdowały się jedynie dwie kobiety — w tym ja. Pamiętam, że gdy szłam wtedy na scenę odebrać tę nagrodę, mieszały się we mnie dwa uczucia — duma i złość. Dlaczego złość? Dlatego, że jeden z tych właśnie tytułów zdobyłam, robiąc pracę i badanie dotyczące tego, że kobiety rzadziej odnoszą sukcesy w konkursach tego typu, i jakie są tego powody. Miałam 15 lat i czułam, że chociaż wyłamuję się z własnej tezy, nadal jestem tu jedną z nielicznych.

Autorka ilustracji: Alicja Kupiec