Kwartalnik | Bieguny

W świecie retro melancholii

Gdy w 2011 roku Lana del Rey wraz ze swoim kawałkiem Video Games wkroczyła dumnie do świata popkultury, wielu zastanawiało się, czy ten eksperyment ma szansę się udać. Wspomniana ballada szybko skradła serca milionów słuchaczy, ale mimo wszystko była jednak zupełnie inna niż większość utworów, którymi raczył nas przemysł muzyczny w owym czasie. Co sprawiło, że Lana del Rey cieszy się dziś bardzo mocną pozycją w show-biznesie i nadal może sobie pozwolić na odstępstwa od wszechobecnego mainstreamu?

Do tego artykułu posłuchaj utworu z naszej playlisty: Lana Del Rey - High By The Beach

Kochać lub nienawidzić 
Kto z nas przynajmniej raz nie widział enigmatycznych kadrów, które zostały wykorzystane w teledysku do Video Games? Wielu widząc go w 2011, zastanawiało się, skąd wzięła się ta dziewczyna. To z pozoru niewinne pytanie stało się przyczyną wielu kontrowersji wokół artystki, przez co początki jej kariery nie były łatwe. Później również nie było lepiej. W stronę del Rey kierowano mnóstwo różnego rodzaju zarzutów związanych zarówno z jej muzyką, jak i z życiem prywatnym. Nie przeszkodziło to jednak w gromadzeniu się wokół niej rzeszy wiernych fanów, którzy wiele są w stanie poświęcić, by móc zrobić zdjęcie ze swoją idolką i zamienić z nią kilka słów. Zacznijmy jednak od początku i cofnijmy się o kilka lat wstecz do czasów kiedy Lana del Rey śpiewa pod pseudonimem May Jailer. 

Początków kariery Elizabeth Woolridge Grant znanej dziś jako Lana del Rey można doszukiwać się w 2005 roku, kiedy to wydała swój pierwszy folkowy materiał pod pseudonimem May Jailer. Był to dość nieśmiały początek, ponieważ nie stanowił przełomu w życiu artystki- jeszcze… albowiem niestrudzona wtedy May Jailer zmieniła pseudonim na Lizzy Grant i wydała w 2008 pierwszą profesjonalną epkę. Choć jej popularność wzrosła, to nadal nie była to kariera na miarę Hollywood. Dopiero utwór Video Games przyniósł del Rey niekwestionowaną sławę. Teledysk w ciągu pierwszych pięciu miesięcy od publikacji został obejrzany ponad 20 milionów razy w serwisie YouTube. Dziś liczba wyświetleń opiewa na 200 milionów. Wówczas piosenkarka przyznała, że była twórcą teledysku i montowała go mieszkając w… przyczepie. Media szybko podchwyciły jej słowa, dokonały researchu na temat jej osoby i z prędkością światła ogłosiły światu, że Lana jest córką przedsiębiorcy. Padły wówczas w jej kierunku pierwsze poważne zarzuty, iż okłamuje swoich fanów, a zainteresowanie Hollywood jej osoba zawdzięcza ojcu. Lana szybko żałowała decyzji o tym, że poinformowała świat swojej twórczości ,,z przyczepy". Po pewnym czasie publicznie przyznała, że to był błąd. Dziś nie wiadomo, ile wkładu w rozwój jej kariery wniósł ojciec, ale faktem jest, że Lana w akcie buntu kupiła przyczepę i w niej zamieszkała na jakiś czas. 

Od momentu pierwszego kryzysu w jej karierze minęło już dziewięć lat. Dziewięć lat, w ciągu których Lana del Rey oprowadziła swoich fanów przez wspaniałą podróż, a także rzuciła nowe światło na popkulturę. Hollywood również nie było w tym czasie dłużne del Rey i jej dorobkowi muzycznemu, albowiem stała się ona inspiracją dla wielu gwiazd takich jak The Weeknd, Ariana Grande i wielu innych. Co ciekawe, stanowi ona po dziś dzień inspirację dla gwiazd, których twórczość można określić jako mainstreamową, idealnie dopasowaną w główny nurt. Muzyka del Rey jest swoistym przeciwieństwem tego, co się wokół niej dzieje. Artystka swoimi utworami przenosi się nas do świata Hollywood z lat 50. i 60. Tworzy klimat starego amerykańskiego brzmienia, a swoje inspiracje czerpie z oldschoolowego kina. Utwory te są melancholijne, spokojne, powolne, wyważone. Nie usłyszymy ich w klubie, nie usłyszymy ich na domówkach. Mimo to fanów del Rey to nie zniechęca. Wręcz przeciwnie, del Rey działa jak magnes. Świadczy o tym, chociażby fakt, że w 2015 roku była drugą najczęściej odtwarzaną artystką na Spotify w Stanach, natomiast trzecią najchętniej odtwarzaną za pomocą tego medium na świecie. Nie można jednak idealizować jej twórczości, bo prawdą jest to, że Lanę del Rey albo się kocha, albo nienawidzi. Pośrodku mogą być jedynie utwory Video Games lub Summertime Sadness, dzięki którym kojarzona jest artystka i które przyniosły jej światową sławę. 

Wszystko na przekór
Lana del Rey nigdy nie płynęła z nurtem, nawet wtedy, gdy była ostro krytykowana, nie zrezygnowała ze swojej kreacji artystycznej. Muzyka Grant nie tylko działa jak magnes na fanów, ale też działa jak magnes na krytykę. Czołowym zarzutem jest to, że jej twórczość jest nudna, smutna i na jedno kopyto. Mimo tego, że artystka stroniła od wywoływania kontrowersji swoim zachowaniem, romansami czy też ubiorem, to i tak zawsze wywoływała skandal za sprawą wypowiadanych przez siebie słów, które często były przez opinię publiczną opacznie interpretowane. Przedmiotem krytyki są również często teksty jej piosenek, w których śpiewa o przemocy skierowanej w stronę podmiotu lirycznego, będącego kobietą. Zarzucano bowiem del Rey i zachęca ona kobiecą publiczność do bycia wierno-poddańczymi wobec swoich mężczyzn, oraz że gloryfikuje przemoc skierowaną w ich stronę. Co ciekawe, Lana była podejrzewana o odprawianie rytuałów satanistycznych czy też o uprawianie czarów. Możemy jedynie podejrzewać, iż niewiele jest prawdy w tych pogłoskach, jednak warto się zastanowić, dlaczego z jednej strony tak często del Rey obrywa, a z drugiej strony jest tak bardzo uwielbiana przez swoich fanów. Faktem jest, że począwszy od pierwszego albumu Born to die artystka na każdym z kolejnych rozprawia się z demonami przeszłości, toksycznymi związkami, uzależnieniem od alkoholu, a także dzieli się z nami swoimi pragnieniami i marzeniami. Przybiera to czasami dość ekscentryczną formę. Aby wiedzieć, o czym mowa, warto wsłuchać się w piosenki takie jak Ultraviolence, Cola czy też Off to the races. Mimo tego, że nie są to piosenki, które każdego ich słuchacza zamienią w oddanego fana del Rey, to i tak nie może ona narzekać na brak zainteresowania.

Na początku swojej kariery Grant wykreowała pewną personę rodem z Hollywood lat 50. 60. i to był klucz do jej popularności. Krytycy nazwali ją gangsterską Nancy Sinatrą, a dziewczyny plądrowały ciucholandy w poszukiwaniu strojów w stylu Lany. Mocne makijaże, tapir i długie tipsy to atrybuty del Rey z ery jej płyty Born to die. Nie możemy również zapominać o nonszalancko palonych przez nią papierosach podczas śpiewania piosenek. Każdy fan Lany wie, że nikt z tak wielką gracją nie pali papierosów, jak ona. To, czym podbiła serca fanów zapewne też fakt, iż podczas swoich koncertów zawsze wchodzi z nimi w interakcje - robi selfie, obdarowuje buziakami w policzek i stara się zamienić kilka słów. Del Rey nigdy nie ignorowała fanów, wchodziła również z nimi w dyskusje w mediach społecznościowych. Każdy fan, który miał szczęście stanąć z nią twarzą w twarz, mógł liczyć na to, że będzie mógł ją przytulić. Przy tym wszystkim zawsze starała się zachować normalność. Nigdy nie budowała murów i sztucznego dystansu, zawsze wydawała się być taka jak ,,każdy z nas” mimo milionów na koncie. Być może między innymi to mogło mieć ogromny wpływ na to, że cieszy się ona jednym z największych fanbaseów. Sama mówiła o sobie w ten sposób: chciałam być częścią wysokiej klasy sceny muzycznej. To było pół-natchnienie, bo nie mam wielu przyjaciół, i miałam nadzieję, że spotkam nowych ludzi, zakocham się i otworzę społeczność wokół mnie, tak jak czynili to w latach sześćdziesiątych XX wieku.

Chodząc własnymi ścieżkami
Mimo wielu zarzutów, iż muzyka Grant jest nudna i nie ma zbyt wiele do zaproponowania, to i tak nigdy nie zrezygnowała ona z pomysłu na siebie, który przyniósł jej popularność w 2011 roku. Jej muzyka z roku na rok ewoluowała, ale nigdy w stronę konwencjonalnego mainstreamu. Del Rey na przestrzeni lat bawiła się treścią i formą, ale robiła to zawsze w charakterystycznym dla siebie stylu glamour, trzymając się symboliki lat 50. i 60. Mroczne elementy, intrygujący głos, leniwe i niespieszne brzmienia, to cała Lana. Nigdy nie inspirowała ją teraźniejszość, zawsze żyła duchem minionych epok. Pierwsze trzy płyty, Born to die, Ultraviolence i Honeymoon wprawiają fanów w nieco depresyjno-romantyczny nastrój. Lana swoim seksownym barokowym głosem oprowadza fanów po świecie tragi-romansów, zarówno z mężczyznami, jak i z uzależnieniami. Każdy z jej teledysków w owym czasie staje się prawdziwym dziełem sztuki, opowiada historie i przenosi nas w czasie. 

Na pierwszy rzut oka można dostrzec, iż Lana ma pomysł na siebie inny niż jej rówieśniczki z Hollywood. Kolejne dwie płyty Norman Fucking Rockwell i Lust for Life wydają się być swego rodzaju odwilżą i delikatnym przeciwieństwem Born to die, Ultraviolence i Honeymoon. Lana coraz częściej śpiewa o radości życia, oddaje się swoim marzeniom i przemyca coraz więcej szybszych brzmień, co możemy zauważyć, chociażby w The Next Best American Record. Robi w charakterystycznym dla siebie, enigmatycznym stylu. NFR i LFT to manifest, jak sama określa w jednej z piosenek, jest to jej „modern manifesto”, który co prawda nie wywołuje rewolucji, ale ukazuje, iż Lana jest dojrzałą, zaangażowaną artystką. Rezygnując podczas promocji tych dwóch płyt z dość jaskrawych stylizacji, pokazała, że jest w stanie zatrzymać przy sobie fanów.  

Podróż w nieznane 
Lana kreując swoją osobowość sceniczną, za każdym razem zabiera fanów w swego rodzaju podróż. Oprowadzając nas po starym kinie Hollywood, zabierając nas na „wycieczki” po Ameryce lat 50. i 60. pokazała, że da się być artystką kompletną i oryginalną w tak komercyjnej branży, jaką jest branża muzyczna w Stanach Zjednoczonych. Produkty, które tam powstają, są eksportowane na cały świat i ich głównym zadaniem jest potęgowanie zysków. Elizabeth Grant kreując personę, jaką jest Lana del Rey, od samego początku nie wpisywała się w konwencję i była na uboczu głównego nurtu. Trudno określić, czy był to i w jakim stopniu mógł to być celowy zabieg marketingowy, jednak niewątpliwe nie musiał gwarantować zysków. Przyzwyczajenie ludzi do dość ekscentrycznych form bywa trudne i nie zawsze kończy się sukcesem. W tym przypadku niewątpliwie eksperyment się udał i dziś fani na całym świecie mogą delektować się melancholijnymi, retro dźwiękami, dzięki którym mogą poznać stylistykę minionych epok. Są to oryginalne doznania muzyczne, albowiem z każdej strony jesteśmy bombardowani szybkimi, nowoczesnymi brzmieniami, które produkowane są z myślą o podbiciu wszelkich możliwych list przebojów. Wydaje się, iż Lana del Rey nie czuje takiej presji, bo jest świadoma tego, co tworzy i dla kogo tworzy - jej celem nie jest tworzenie muzyki dla wszystkich. Wydaje się, że jej ambicją nigdy nie było zaspokojenie upodobań możliwie jak największej publiczności, ale zaspokojenie tych gustów muzycznych, które odnajdują się w jej stylistyce i wiedzą co gwiazda chce nam przekazać.

Do tego artykułu posłuchaj utworu z naszej playlisty: Lana Del Rey - High By The Beach
Playlista do kwartalnika "Bieguny"